17 września 1939. To też była wojna

6 min. czytania

Redakcja

12 listopada 2012 r.

6 min. czytania

Redakcja

12 listopada 2012 r.

II wojna światowa wybuchała dwa razy. 1 września 1939 r. od zachodu, północy i
południa napadła na Polskę z całą mocą III Rzesza Niemiecka, szykując sobie
grunt pod podbój świata. 17 września agresji od wschodu dokonał Związek
Sowiecki. O ile ta pierwsza data nigdy nie wzbudzała kontrowersji i jest
powszechnie znana (może nie wszystkim, bo czołowi posłowie SLD do dziś mają
kłopoty z historią), to 17 września w świadomości Polaków w takiej skali nie
zaistniał. Przyczyniła sę do tego od początku kłamliwa i nachalna propaganda
komunistyczna, która głosiła, że Sowieci weszli jako “wyzwoliciele” mniejszości
i obrońcy “robotników i chłopów”.

Szok, spowodowany agresją niemiecką i od początku popełnianymi zbrodniami przez
“naród panów”, przytłoczył to, co się działo na wschodzie Polski. A warto
przypomnieć, że Sowieci do wbicia nam noża w plecy użyli dwukrotnie większych
sił niż ich najlepsi sojusznicy, też wyznający bratnią ideologię socjalistyczną,
tyle że bardziej brunatną. Sowieci byli bardziej ostrożni w swej strategii
podpalania i zdobywania świata. Przede wszystkim unikali tego, co zgubiło
Hitlera – wojny na więcej niż jednym froncie. Po drugie: im nie chodziło tylko o
kolejny podbój, zagarnięcie terytorium i zniewolenie ludności. Mieli własną
misję – nieść pożar światowej rewolucji, która tak naprawdę była w znacznej
części kontynuacją rosyjskiego imperializmu, ale teraz już przejętego na użytek
ideologii.

Niemcy wyznawali ideologię walki ras. Sowieci wyznawali ideologię walki klas.
Różnice nie były wielkie, w każdej z nich był wróg przeznaczony do
unicestwienia. I każda z tych ideologii była tak samo zbrodnicza. Niemcy jednak
praktycznie niczego nie ukrywali, butni i pewni swej ogromnej siły. Sowieci
przeciwnie. Choć byli potęgą jeszcze większą (co się okazało w ostatecznym
rozrachunku po kłótni w rodzinie i wojny na śmierć i życie między dwoma
najlepszymi sojusznikami), to wszelkie zakusy maskowali skuteczną propagandą.
Wkraczali nie jako napastnicy, ale “wyzwoliciele”. Uznali wszelkie umowy i pakty
za niebyłe, twierdząc kłamliwie, że już polskiego państwa nie ma. Terytorium
powiększyli o większą część Polski niż Niemcy, ale twierdzili, że tylko
“poprawili” granicę dla własnego… bezpieczeństwa. Wystarczy jednak spojrzeć na
ówczesne mapy i od razu widać, kto dla kogo był zagrożeniem.

Z agresją sowiecką wiążą się też takie sprawy, jak ludobójstwo na polskich
oficerach i ludności cywilnej. Setki tysięcy polskich obywateli (tylko z racji
pochodzenia etnicznego lub dodatkowo statusu “klasowego”) wywieziono na Sybir, w
warunki, których na dłuższą metę nie mieli prawa przeżyć. Dziesiątki tysięcy
osadzono w aresztach i więzieniach, gdzie ich stopniowo likwidowano. Na
terytoriach zagrabionych przeprowadzono fikcyjne referendum, w którym
“mieszkańcy miast i wsi” ochoczo, z nadzwyczajnym entuzjazmem poprosili o
wcielenie w skład wielkiego Związku Sowieckiego, co przecież było ich odwiecznym
marzeniem.

Polecamy także: Dlaczego Ukraińcy z UPA zabijali Polaków?

Ale jest jeszcze jedna rzecz, o której pamiętamy najmniej. Otóż już 17 września
(a w niektórych miejscach nawet nieco wcześniej) na Kresach Wschodnich
rozpoczęła się rewolta komunistyczna. Nie była ona oddolna i żywiołowa. Bandy
te, czasami bardzo liczne, były dobrze uzbrojone i miały sowieckich instruktorów
i agitatorów. Chodziło o wywołanie terroru i paniki, rozbijanie struktur państwa
na szczeblu podstawowym, mordowanie przedstawicieli władzy (policjantów,
urzędników, sędziów), rozbrajanie i eksterminację grup oficerów i żołnierzy,
którzy cofali się z rozbitych przez Niemców jednostek na wschód. Bandy te zwały
się same “milicjami”, “gwardiami” itp. Ich uczestnicy oznaczali się czerwonymi
opaskami i charakteryzowali się niezwykłym okrucieństwem, porównywalnym z tym,
co robiły później z Polakami bandy UPA. Owe “milicje” i “gwardie” miały mieszane
składy narodowościowe. Najmniej było w nich elementu etnicznie polskiego. Na
Kresach Północno-Wschodnich przeważali skomunizowani Białorusini i Żydzi, zaś na
Południowo-Wschodnich Ukraińcy i Żydzi. Łączyła ich żądza mordu, grabieży i
ideologia. Mieli pewność, że ich działania nie tylko zostaną prawnie rozliczone,
ale zyskają aprobatę sowieckich mocodawców. I tak faktycznie było. Ich ofiarą
padło co najmniej kilka tysięcy Polaków, zarówno żołnierzy, jak i cywilów.
Faktycznie mogło to być jeszcze więcej, nawet kilkanaście tysięcy, albowiem
Sowieci po zajęciu tych terenów starali się skrupulatnie zacierać wszelkie
ślady. Znamy zbrodnie, w których zamordowano jednorazowo nawet po kilkaset osób!
Ich groby dziś albo w ogóle nie istnieją, albo też porosły trawą i krzewami,
idąc w całkowite zapomnienie. Nie ma tam pomników, tablic, krzyży. To spuścizna
sowiecka, ofiary nie tylko zapomnieć, ale jeszcze zacierać po nich wszelkie
ślady.

A do podręczników i literatury agitacyjnej przeszło tylko “bohaterstwo”
komunistycznych bandytów, którzy z bronią w ręku wystąpili przeciwko jednostkom
WP i ludności cywilnej, np. w Grodnie. Srogo za to zapłacili, przeliczając się z
siłami, ale zemsta sowiecka trwała tam latami. Zrewoltowane bojówki
komunistyczne wchodziły w kontakt także z niemieckimi jednostkami wojskowymi,
prącymi na wschód i z niemieckimi siłami bezpieczeństwa, od których otrzymywały
pomoc logistyczną i broń. Cel był bowiem wspólny: rozbicie Polski i jej
zlikwidowanie. Nie dziwią zatem takie fakty, że w niektórych miejscowościach już
zajętych przez Niemców, na ulicach panoszyły się “milicje” wyciągające obywateli
z domów, dokonujące doraźnych egzekucji i – niejako przy okazji – rabujące, co
się da. A wszystko odbywało się pod powiewającymi ideologicznymi flagami. Jedne
były czerwone z sierpem i młotem, drugie też czerwone, ale ze znakiem swastyki.
Tak było w Kobryniu czy w Lubomlu (co jest udokumentowane), ale zapewne i w
innych miejscowościach.

Temat kontynuujemy w artykule: IPN wznowił ekshumacje na Wołyniu. W Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej odnaleziono szczątki kilkudziesięciu ofiar

Niemcy też próbowali uruchomić takie działania dywersyjne przeciwko Polsce na
wielką skalę. Taką rolę miała odegrać “V kolumna” złożona z lojalnych wobec III
Rzeszy polskich obywateli niemieckiego pochodzenia. Ale Sowietom nie dorastali
nawet do stóp i “V kolumna” wielkiej roli nie odegrała, choć również dochodziło
do wydarzeń drastycznych, jak choćby w Bydgoszczy. 

Późniejszy okres współpracy niemiecko-sowieckiej był z obu stron doskonały.
Sowieci dostarczali Niemcom ogromne ilości surowców, w tym niezbędnego do
prowadzenia dalszych agresji paliwa (ropy). Dochodziło do wymiany więźniów oraz
ludności. NKWD i Gestapo świetnie się dogadywały w prowadzeniu wspólnych
operacji przeciwko polskim strukturom konspiracyjnym, przez konferencje i
wymianę informacji. Taka bratnia symbioza trwała aż do poranka 22 czerwca 1941
r. Wtedy to Niemcy “zdradziecko” napadli na Związek Sowiecki. Słowo
“zdradziecko”, choć oficjalnie stosowane w politgramocie (i spotykane nawet do
dziś), brzmi w kontekście tego, jak to było, fałszywie, a nawet humorystycznie.

Jest zastanawiające, jak dużo było podobieństw między dwoma okupacjami.
Eksterminacja elit, ludności cywilnej, ogromne wysiedlenia i przesiedlenia,
zwalczanie (nawet wspólne) wszelkich odruchów polskiego oporu, publiczne
egzekucje… Czy jedne zbrodnie, te niemieckie, zasługują na pamięć szczególną
(która i tak pospiesznie, na skutek splotu wielu świadomie podejmowanych
działań, słabnie z dnia na dzień), a drugie, sowieckie, mają pozostać
zapomniane?

Zapraszamy do przeczytania podobnego artykułu: „Chłopcy silni jak stal”

Po 1989 r. polskie państwo nie zrobiło w zasadzie nic, aby ofiary 17 września (i
dni następnych) szczególnie upamiętnić. Co więcej, władze państwowe nadgorliwie
i służalczo dbają, aby szczególnie upamiętniać Sowietów. Przykładem może być
choćby okazały pomnik bolszewików w Ossowie (to skutek działań organu rządowego)
czy z ogromnym pietyzmem odrestaurowany szkaradny w swej wymowie pomnik
“czterech śpiących” (działania władz samorządowych).

Pomnika poświeconego pamięci pomordowanych przez komunistyczne bandy
terrorystyczne nie ma i zapewne nie będzie. A przecież ich uczestnicy, co prawda
coraz mniej liczni, dożywają w Polsce swych dni w dostatku, otoczeni niezwykłym
szacunkiem (także władz) za zasługi późniejsze. Ujawnianie ich przeszłości
byłoby “nieeuropejskim grzebaniem w życiorysach”. Czasem jednak trzeba.

Leszek Żebrowski
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze tygodnika „Nasza Polska” Nr 39 (882) z
25 września 2012 r.

Napisane przez

Udostępnij

Cykl

Osoby

Tematy

Tagi

Nie masz jeszcze konta na naszym Portalu? ZAREJESTRUJ SIĘ

Udostępnij

Napisane przez

Najnowsze

Ius primae noctis: prawo pierwszej nocy. Prawda czy mit

Porzucanie dzieci w starożytnym Rzymie. List Hilariona do żony

Kolejna rocznica na Reducie Ordona, która odbyła się na szczątkach jej obrońców.

Wolf Messing – jasnowidz Stalina, który przewidział klęskę Hitlera

Zmarła Danuta Szlajmer „Siódemka”. Powstanka miała 99 lat

Kłomino – opuszczone miasto widmo w Polsce. Zostały cztery budynki i garstka ludzi

Czy Muzeum Żydów Polskich „POLIN” chce wybielić komunistyczną prokurator?

Berta Bauer: kim była i co wydarzyło się w Licheniu w 1944 roku

Inne kategorie

Czytaj także