Tajemnicza śmierć Larkowskiego

6 min. czytania

Redakcja

26 lipca 2013 r.

6 min. czytania

Redakcja

26 lipca 2013 r.

Śmierć Roberta Larkowskiego, publicysty i działacza związanego z ruchem narodowym oraz tradycjonalizmem katolickim, wywołała wiele pytań. Nie tylko dlatego, że odszedł nagle, ale także dlatego, że kilka dni wcześniej w internecie pojawiły się fałszywe informacje o jego rzekomym samobójstwie. Sam Larkowski 16 lipca dementował te pogłoski, a cztery dni później już nie żył.

Sprawa jest tym bardziej niepokojąca, że plotki o jego śmierci nie były niewinną pomyłką, lecz czymś, co wyglądało na świadome rozpowszechnianie kłamstwa. Czy był to tylko okrutny żart? Czy internetowa nagonka mogła mieć wpływ na stan psychiczny i zdrowotny zmarłego? Gdzie kończy się „prowokacja”, a zaczyna odpowiedzialność za słowo? To pytania, które powinny zainteresować nie tylko środowiska narodowe, ale wszystkich dziennikarzy i obserwatorów życia publicznego.

Plotka o śmierci, którą Larkowski musiał dementować

Robert Larkowski był postacią kontrowersyjną. Jego poglądy nie mieściły się w głównym nurcie politycznym i nie znajdowały jednoznacznego poparcia żadnego z dużych ruchów. Mimo to jego śmierć poruszyła szeroko rozumiane środowiska narodowe. Być może dlatego, że zanim faktycznie zmarł, w internecie zaczęto już rozpowszechniać informacje o jego rzekomej śmierci.

16 lipca o godzinie 21.45 użytkownik serwisu YouTube o nazwie toshirskij opublikował krótkie, siedemnastosekundowe nagranie rozmowy telefonicznej z Larkowskim. Osoba dzwoniąca zwróciła się do niego z prośbą o zdementowanie pogłosek, według których miał się powiesić. Larkowski zareagował zdumieniem, a po chwili śmiechem, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że cała sytuacja wcale nie była dla niego zabawna.

Dzwoniący tłumaczył, że na jednej ze stron internetowych rozpowszechniana jest informacja o samobójstwie publicysty. Rozmowa zakończyła się stwierdzeniem, że to absurd, a sama publikacja nagrania miała uciąć krążące plotki. Jednak już sam fakt, że ktoś musiał dzwonić do żywego człowieka i prosić go o potwierdzenie, że nie umarł, pokazuje skalę groteski i okrucieństwa tej sytuacji.

Tego samego dnia Larkowski zamieścił na Facebooku emocjonalny wpis, w którym informował, że czuje się dobrze, a tym, którzy rozpowszechniają informacje o jego „powieszeniu”, życzył jak najgorzej. Był to wpis ostry, pełen gniewu, ale trudno się dziwić człowiekowi, który nagle staje się bohaterem fałszywej informacji o własnej śmierci.

Kto zadzwonił i skąd wzięły się pogłoski?

Według Tadeusza Gluzińskiego osobą, która zaniepokoiła się losem Larkowskiego i zadzwoniła do niego, miał być Antoni Giwojna. Gluziński pisał, że kolega, który wykonał telefon, nie może zobaczyć profilu Larkowskiego, podejrzewa, że został zablokowany, a mimo to bardzo się martwi i prosi o ewentualne odblokowanie.

Przeczytaj również: Nie żyje Artur Skała z „Zakupu w ciemno”

Pytany później o kulisy śmierci Larkowskiego Giwojna przyznał, że nie posiada szczegółowych informacji. Wskazał natomiast, że plotki o rzekomym samobójstwie miały pojawić się na stronie facebookowej RemoveKrautze. Obecnie wpisy te zostały usunięte, choć ślad po nich miał pozostać w wynikach wyszukiwarki Google.

Giwojna wyjaśniał, że zadzwonił do Larkowskiego, ponieważ ludzie zaczynali wierzyć w fałszywą informację o jego śmierci. Nagranie rozmowy opublikował po to, aby przeciąć spekulacje i pokazać, że publicysta żyje. W tym momencie nikt zapewne nie przypuszczał, że kilka dni później sprawa nabierze zupełnie innego, tragicznego znaczenia.

17 lipca Larkowski ponownie odniósł się do pogłosek o swojej śmierci. Na Facebooku napisał w charakterystycznym dla siebie, twardym stylu, że „chamy się wieszają, szlachta ginie pod sztandarami”. Kiedy jedna z komentujących osób radziła mu, aby nie przejmował się plotkami, odpowiedział, że martwić powinni się raczej ci, którzy je rozsiewają.

Dziś te słowa brzmią szczególnie ponuro.

Ostatnie dni i niepokojące sygnały

Z relacji znajomych wynika, że sprawa internetowych plotek mogła mocno poruszyć Larkowskiego. Jacek Kosior, administrator jego publicznego profilu na Facebooku, napisał później, że w sobotę rano Larkowski informował go o nieprzespanej nocy. Kosior przyznał, że widział, iż z publicystą jest źle, ale nie przypuszczał, że sytuacja może zakończyć się tak tragicznie.

Larkowski zmarł 20 lipca. Jeszcze rano tego samego dnia miał pisać do Kosiora. Dla wielu znajomych wiadomość o śmierci była szokiem. Adrianna Rafalska podkreślała, że trudno było w to uwierzyć, ponieważ jeszcze w piątkowy wieczór rozmawiała ze zmarłym.

Właśnie ten krótki odstęp czasu między internetowym dementi a faktyczną śmiercią budzi najwięcej pytań. 16 lipca Larkowski odpowiadał na plotki o własnym samobójstwie. 17 lipca komentował sprawę na Facebooku. 19 lipca miał za sobą nieprzespaną noc. 20 lipca już nie żył.

Czy to wyłącznie tragiczny zbieg okoliczności? Czy rozpowszechniane kłamstwa mogły wywołać u niego silny stres? Czy osoby, które rozpowszechniały te informacje, zdawały sobie sprawę z możliwych konsekwencji? A może w ogóle ich to nie obchodziło?

Granice internetowego kłamstwa

W rozmowach ze znajomymi Larkowskiego powraca pytanie, kto pierwszy rozpowszechnił fałszywą informację o jego samobójstwie. Antoni Giwojna sugerował, że mógł to być ktoś o nazwisku Wiśniewski. Z kolei Tomasz Jazłowski, redaktor bloga „Katolik – Głos Tradycji”, którego Larkowski był sekretarzem redakcji, mówił, że nie zna Tomasza Wiśniewskiego i nic o tej sprawie wcześniej nie słyszał. Podkreślał jednak, że Larkowski był człowiekiem bardzo wrażliwym i podobne „żarty” z pewnością przeżył dotkliwie.

22 lipca, gdy informacja o śmierci zaczęła szerzej krążyć wśród użytkowników Facebooka, portal Konserwatyzm.pl opublikował krótki komunikat podpisany przez redaktora naczelnego Arkadiusza Mellera. Wtedy o odejściu Larkowskiego zaczęli pisać jego znajomi, a wraz z tym pojawiły się pytania o granice tak zwanych internetowych żartów.

Zapraszamy do przeczytania podobnego artykułu: Józef Franczak „Lalek” – ostatni Żołnierz Wyklęty. Biografia i śmierć

Bo czy można nazwać żartem rozpowszechnianie fałszywej informacji, że ktoś się powiesił? Czy można bezkarnie pisać o czyjejś śmierci, a potem wzruszyć ramionami, gdy człowiek kilka dni później rzeczywiście umiera? Internet daje złudne poczucie bezkarności, ale słowo opublikowane w sieci potrafi działać tak samo mocno jak słowo wypowiedziane twarzą w twarz – czasem nawet mocniej, bo rozchodzi się szybciej i dociera dalej.

Według informacji pojawiających się po śmierci Larkowskiego przyczyną zgonu miał być zawał serca. W tekście wskazywano, że u młodszych osób jednym z czynników mogących prowadzić do zawału bywa silny stres. Nie sposób na tej podstawie formułować ostatecznych wniosków, ale nie sposób też przejść obojętnie obok sekwencji wydarzeń: najpierw fałszywa informacja o śmierci, potem dementi, niepokój, bezsenność i nagły zgon.

Pytania o możliwe złamanie prawa przez osoby rozpowszechniające fałszywe informacje o śmierci Larkowskiego zostały skierowane do Komendy Powiatowej Policji w Raciborzu. Chodzi o to, czy publikowanie tego rodzaju treści mogło naruszać przepisy i czy mogło przyczynić się do wywołania stresu u zmarłego.

Pożegnanie tradycjonalisty

Pogrzeb Roberta Larkowskiego zaplanowano na środę o godzinie 13.00 w kościele w Kietrzu, miejscowości, w której się urodził. To właśnie tam miał zostać pożegnany przez rodzinę, znajomych i osoby związane ze środowiskami, w których działał.

W tej sprawie pojawił się jednak jeszcze jeden szczegół, dla wielu osób symboliczny. Msza pogrzebowa miała zostać odprawiona w nowym rycie liturgii, którego Larkowski nie uznawał. Był katolickim tradycjonalistą i akceptował jedynie Mszę trydencką, której szersze sprawowanie oficjalnie umożliwił papież Benedykt XVI.

Także w tym wymiarze jego odejście ma w sobie gorzką ironię. Człowiek, który przez lata trwał przy określonej wizji Kościoła, Polski i tradycji, miał zostać pożegnany w sposób niezgodny z tym, co sam uważał za właściwe.

Śmierć Roberta Larkowskiego pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi. Nie chodzi już tylko o jego poglądy, sympatie czy polityczne spory, w których uczestniczył. Chodzi o coś znacznie szerszego: odpowiedzialność za słowo, za fałszywe informacje, za internetowe szyderstwo, które dla jednych jest „żartem”, a dla innych może stać się realnym ciosem.

Ta sprawa powinna zostać wyjaśniona. Nie dlatego, że Larkowski reprezentował taki czy inny nurt ideowy, ale dlatego, że nikt nie powinien być przedmiotem okrutnej gry w zapowiadanie własnej śmierci.

Napisane przez

Cykl

Osoby

Tematy

Tagi

Udostępnij
Najnowsze

Zełenski wzywa Ukraińców do powrotu. „Potrzebujemy 9,5 miliona ludzi”

Ukraińscy żołnierze będą szkolić Polaków w prywatnej akademii dronowej. Drony lecą na Kreml w spocie promocyjnym

Pomysłodawca roku UPA z zakazem wjazdu do Polski. Szeremeta przez 5 lat nie wjedzie do strefy Schengen

8 lat więzienia za śmierć trzech osób. Sebastian Majtczak skazany, ale wyrok budzi oburzenie

Publikujemy nagranie z firmy od surogacji. Płeć dziecka w VIP, dopłata za bliźnięta, Black Friday. Europoseł Śmiszek: „Europa idzie do przodu”.

800 plus bez corocznych wniosków? Tusk ogłasza koniec biurokracji, ale jest haczyk

Żołnierz z ukraińskim obywatelstwem zatrzymany za szpiegostwo. Miał przy sobie telefony, pieczątki i złoto

Ukraińcy wyjeżdżają z Polski? Największy spadek w UE. Ekspert ostrzega przed skutkami dla gospodarki

Inne kategorie

Czytaj także