Katastrofa smoleńska z 10 kwietnia 2010 roku wciąż pozostaje jednym z najbardziej bolesnych i najważniejszych wydarzeń najnowszej historii Polski. Zginęło w niej 96 osób, z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele. Jednak wokół tej tragedii narosło znacznie więcej pytań niż tylko te dotyczące samego przebiegu lotu, działań rosyjskich służb, pracy komisji czy postawy polskich władz.
W cieniu Smoleńska pojawia się bowiem także inny, rzadko podejmowany przez główne media temat: seria zgonów osób, które w różny sposób były związane z katastrofą, jej przygotowaniem, dokumentowaniem, badaniem albo komentowaniem. Trudno bez pełnej wiedzy przesądzać, co naprawdę stało za każdą z tych śmierci. Nie można jednak udawać, że nie ma pytań. A jeśli media mają jakąkolwiek powinność wobec opinii publicznej, to jest nią właśnie informowanie – także wtedy, gdy sprawa jest niewygodna, trudna i otoczona milczeniem.
Cisza wokół śmierci ludzi związanych ze Smoleńskiem
10 kwietnia to data kojarzona przede wszystkim z tragiczną śmiercią polskiej delegacji lecącej do Katynia. Ale w kolejnych miesiącach i latach odchodzili również ludzie, których nazwiska pojawiały się w kontekście tej tragedii. Jedni mieli wiedzę organizacyjną, inni byli ekspertami, jeszcze inni mogli mieć dostęp do materiałów, nagrań albo analiz.
Czy ci, którzy wiedzieli zbyt dużo o katastrofie smoleńskiej, musieli zginąć? To pytanie brzmi dramatycznie i wymaga ogromnej ostrożności. Łatwo postawić tezę, znacznie trudniej ją udowodnić. Ale równie łatwo jest przemilczeć niewygodne fakty, zbyć wszystko przypadkiem i nie zadawać żadnych pytań.
A przecież pytania pozostają. Dlaczego śmierć jednych osób wywoływała medialną burzę, a śmierć innych niemal natychmiast znikała z debaty publicznej? Dlaczego o niektórych zgonach informowano krótko, zdawkowo, bez pogłębienia sprawy? Dlaczego w przypadku ludzi związanych ze Smoleńskiem tak często pojawiały się słowa: samobójstwo, wypadek, zawał, choroba, nieszczęśliwy zbieg okoliczności?
Grzegorz Michniewicz. Śmierć przed katastrofą
23 grudnia 2009 roku zmarł Grzegorz Michniewicz, dyrektor generalny Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Był podwładnym Tomasza Arabskiego. Według oficjalnych informacji miał popełnić samobójstwo, wieszając się na kablu od odkurzacza.
Data jego śmierci budziła pytania. Stało się to już po ustaleniu wizyt w Smoleńsku Donalda Tuska i Władimira Putina, a także w dniu, w którym do Polski po remoncie wrócił Tu-154M – samolot, który kilka miesięcy później rozbił się pod Smoleńskiem. Maszyna miała wrócić z remontu z licznymi usterkami.
Śmierć Michniewicza była zaskoczeniem dla ludzi, którzy go znali. W ich relacjach nie jawił się jako człowiek planujący odebrać sobie życie. Jeszcze krótko przed śmiercią kontaktował się z żoną, umawiał się na następny dzień, wysyłał wiadomości do znajomych. Mimo to sprawa szybko została wyciszona. Główne media nie poświęciły jej wiele uwagi.
Bp Mieczysław Cieślar i Krzysztof Knyż. Zgony, o których niewiele mówiono
18 kwietnia 2010 roku, kilka dni po katastrofie smoleńskiej, w wypadku samochodowym zginął ewangelicki biskup Mieczysław Cieślar. Miał zostać następcą ks. Adama Pilcha, pełniącego obowiązki naczelnego kapelana ewangelickiego Wojska Polskiego, który zginął w Smoleńsku.
Cieślar nie był postacią przypadkową. Zajmował się między innymi sprawami inwigilacji środowisk protestanckich przez Służbę Bezpieczeństwa PRL. Był więc osobą posiadającą specjalistyczną wiedzę na temat mechanizmów działania służb i kontroli nad środowiskami religijnymi. Jego śmierć również nie stała się przedmiotem szerszej medialnej analizy.
2 czerwca 2010 roku w Moskwie zmarł Krzysztof Knyż, operator „Faktów” TVN. Według oficjalnej wersji przyczyną śmierci była sepsa. Jednak w zachodnich mediach pojawiały się informacje sugerujące, że miał zostać zamordowany we własnym mieszkaniu.
Więcej na ten temat w tekście: Nie żyje Artur Skała z „Zakupu w ciemno”
Knyż był jednym z operatorów obecnych w Smoleńsku. Według dostępnych informacji miał filmować podejście do lądowania polskiego samolotu prezydenckiego. Miał też należeć do pierwszych reporterów, którzy znaleźli się na miejscu katastrofy, zanim rosyjskie służby zmusiły dziennikarzy do opuszczenia terenu.
Czy materiał, który zarejestrował, mógł mieć znaczenie? Czy mógł być powodem, dla którego jego śmierć powinna zostać szczegółowo wyjaśniona? Takich pytań właściwie nie zadawano. TVN ograniczył się do krótkiej informacji o śmierci swojego operatora.
Prof. Marek Dulinicz. Archeolog, który miał jechać do Smoleńska
6 czerwca 2010 roku w wypadku samochodowym zginął prof. Marek Dulinicz. Był szefem grupy archeologicznej, która miała wyjechać do Smoleńska i rozpocząć badania na miejscu katastrofy Tu-154M. Według dostępnych informacji to właśnie on miał aktywnie zabiegać o przyspieszenie tej ekspedycji.
Do misji polskich archeologów doszło dopiero pięć miesięcy po jego śmierci. Co istotne, ich prace prowadzono na potrzeby rosyjskiej, a nie polskiej prokuratury. Oznaczało to, że znaleziska mogące mieć znaczenie dowodowe w śledztwie dotyczącym przyczyn katastrofy były przekazywane stronie rosyjskiej.
Śmierć Dulinicza mogła więc wzbudzać pytania, zwłaszcza w kontekście planowanych badań terenowych i możliwych dowodów znajdujących się na miejscu katastrofy. Jednak media głównego nurtu nie łączyły tej sprawy z innymi tajemniczymi zgonami osób pojawiających się w smoleńskim kontekście.
Siergiej Tretjakov. Były agent, który pisał o Smoleńsku
W czerwcu 2010 roku w Stanach Zjednoczonych zmarł Siergiej Tretjakov, były funkcjonariusz KGB, a następnie rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego, który w 2000 roku przeszedł na stronę Amerykanów. Oficjalnie miał umrzeć na zawał serca. Wcześniej pojawiały się także informacje, że zachłysnął się kawałkiem mięsa.
Włoski tygodnik „L’Espresso” pisał jednak, że część międzynarodowych obserwatorów nie wierzyła w naturalny charakter jego śmierci. Sprawa nabiera szczególnego znaczenia w świetle dokumentów ujawnionych przez WikiLeaks. Wynikało z nich, że Tretjakov korespondował z szefem Stratforu, ośrodka analitycznego określanego czasem jako jedna z agend związanych z amerykańskim wywiadem.
W tej korespondencji Tretjakov miał rekonstruować wydarzenia z 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem. Dwanaście dni po katastrofie pisał, że Rosjanie posiadają scenariusze pozwalające na zabijanie zachodnich przywódców. Zwracał też uwagę, że napięte relacje między Władimirem Putinem a Lechem Kaczyńskim nie były żadną tajemnicą.
Sprawą zainteresowały się media zagraniczne. W Polsce śmierć byłego rosyjskiego funkcjonariusza, który komentował katastrofę smoleńską w tak jednoznaczny sposób, została właściwie przemilczana.
Eugeniusz Wróbel. Najbardziej dramatyczna śmierć
15 października 2010 roku w Zalewie Rybnickim odnaleziono poćwiartowane zwłoki Eugeniusza Wróbla. To jedna z najbardziej wstrząsających śmierci wśród osób wiązanych z tematyką smoleńską.
Wróbel był wybitnym specjalistą od spraw lotniczych. Zajmował się między innymi komputerowymi systemami sterowania lotem, nawigacją satelitarną w lotnictwie, przepisami i prawem lotniczym. W niektórych dziedzinach uważano go za jednego z najlepszych ekspertów w Polsce. Był także wiceministrem transportu w rządzie Prawa i Sprawiedliwości.
Według ustaleń śledczych miał zostać zabity i poćwiartowany przez własnego syna. Syn początkowo przyznał się do zbrodni, później jednak miał temu zaprzeczyć. Bardzo szybko uznano go za niepoczytalnego i skierowano na obserwację psychiatryczną.
Polecamy także: Ksiądz Jerzy Popiełuszko – biografia, śmierć i przesłanie błogosławionego męczennika
Sprawa budziła wiele pytań. Rodzina Wróbla uchodziła wcześniej za wzorową. Nic nie wskazywało na poważne problemy psychiczne syna. Pokój, w którym miało dojść do zabójstwa i ćwiartowania ciała, nie zawierał śladów, jakich można by się spodziewać po tak brutalnym czynie. Trudno wyobrazić sobie człowieka w stanie szaleństwa, który dokonuje takiej zbrodni, a następnie z niezwykłą starannością usuwa wszelkie ślady.
Wróbel był ekspertem komisji sejmowej badającej przyczyny katastrofy smoleńskiej. Wcześniej wypowiadał się krytycznie na temat oficjalnych wyjaśnień dotyczących upadku tupolewa. Jego śmierć pozostawiła po sobie wyjątkowo dużo wątpliwości.
Dariusz Szpineta. Ekspert, który krytykował dokumentację lotu
2 grudnia 2011 roku podczas urlopu w Indiach zmarł Dariusz Szpineta, 39-letni pilot, instruktor pilotażu, ekspert lotniczy i założyciel firmy Ad Astra Executive Charter. Według informacji, które pojawiły się po jego śmierci, miał powiesić się albo zostać znaleziony powieszony w hotelowej łazience.
Szpineta był autorem opracowania „Operacja »Kłamstwo smoleńskie«”, w którym krytycznie analizował dokumentację dotyczącą lotu rządowego Tu-154M do Smoleńska. Wskazywał między innymi, że lot ten powinien być traktowany jako lot wojskowy.
Dwa lata przed śmiercią ujawnił prokuraturze informacje dotyczące korupcji w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego, gdzie za łapówki miało dochodzić do handlu licencjami pilota. Był więc nie tylko ekspertem lotniczym, ale także człowiekiem, który naraził się środowiskom zainteresowanym ukrywaniem nieprawidłowości.
Znajomi z trzynastoosobowej grupy, z którą wyjechał do Indii, mówili, że przed śmiercią był w dobrym nastroju. Nic nie wskazywało na zamiar odebrania sobie życia. Był zawodowym pilotem, instruktorem i pasjonatem lotnictwa. Także ta śmierć nie stała się przedmiotem szerszego zainteresowania mediów.
Pytania, których nie wolno zamykać
Każdy z tych zgonów można próbować wyjaśniać osobno. Jeden jako samobójstwo, drugi jako wypadek, trzeci jako chorobę, czwarty jako zbrodnię rodzinną. Tak właśnie najczęściej przedstawiano te sprawy. Problem w tym, że zebrane razem tworzą ciąg, którego nie sposób całkowicie zignorować.
Temat kontynuujemy w artykule: Wyciek danych żołnierzy z Zegrza. PESEL-e 392 wojskowych na ogólnodostępnym dysku
Nie chodzi o wydawanie wyroków bez dowodów. Chodzi o elementarną uczciwość w stawianiu pytań. Czy osoby związane z organizacją, dokumentowaniem, analizowaniem albo komentowaniem katastrofy smoleńskiej nie powinny być objęte szczególną uwagą opinii publicznej? Czy śmierć ludzi posiadających specjalistyczną wiedzę nie powinna być badana z wyjątkową starannością? Czy media nie powinny patrzeć władzy i służbom na ręce właśnie wtedy, gdy sprawy są najtrudniejsze?
Tymczasem nad tymi zgonami zapadła cisza. I to cisza szczególna – grobowa nie tylko w przenośni. Zamiast dociekliwości mieliśmy zdawkowe notki. Zamiast pytań – szybkie zamykanie tematu. Zamiast debaty – milczenie.
Katastrofa smoleńska nie zakończyła się 10 kwietnia. Jej konsekwencje, pytania i cienie rozciągnęły się na kolejne miesiące i lata. Wśród tych cieni są także śmierci ludzi, którzy w różny sposób dotykali tej sprawy. I dopóki wszystkie okoliczności nie zostaną rzetelnie wyjaśnione, dopóty pytanie postawione na początku będzie powracać: czy ci, którzy wiedzieli zbyt dużo, naprawdę zginęli przypadkiem?



