Artykuł stanowi przegląd najważniejszych zmian kadrowych w ekipie rządzącej Donalda Tuska w 2013 roku. Autor opisuje kolejno odejścia ministrów, szefów służb i prezesów spółek państwowych – od Tomasza Arabskiego i Michała Boniego, przez Jacka Rostowskiego i Sławomira Nowaka, po Grzegorza Schetynę – pokazując, jak dymisje wymuszone aferami, skandalami i nieudolnością złożyły się na obraz głębokiego kryzysu obozu władzy. Tekst przypomina też przełom sondażowy: rosnącą przewagę PiS nad Platformą Obywatelską.
Rok przełomu w sondażach
Mijający rok w polskiej polityce przyniósł istotny przełom psychologiczny: od wielu miesięcy liderem sondaży pozostaje PiS, coraz wyraźniej dystansujący PO. Rosnące poparcie dla prawicowej opozycji potwierdziły wyniki wyborów w Rybniku, Elblągu i na Podkarpaciu, choć referendum warszawskie pokazało, że Platforma wciąż ma swoje bastiony. Politycznego podsumowania roku warto jednak dokonać w wymiarze personalnym – poprzez coraz głębsze i coraz szybsze przetasowania w obozie władzy. Dlatego przypominamy najważniejsze decyzje kadrowe ostatnich dwunastu miesięcy, które układają się w wyraźny obraz kryzysu ekipy rządzącej. Tak wielu dymisji w tak krótkim czasie nie było już dawno. Czasem odchodzono dobrowolnie, częściej – pod presją afer, skandali lub zwykłej nieudolności.
Ludzie premiera odchodzą po cichu
Tomasz Arabski – lutowe odejście wieloletniego szefa Kancelarii Premiera Tuska odbyło się w iście PRL-owskim stylu: jeden z najwyższych dygnitarzy rządowych postanowił zostać ambasadorem w Hiszpanii, gdzie akurat zwolniła się posada, bo ulubieniec ministra Sikorskiego, Ryszard Schnepf, pojechał do Waszyngtonu. Sam Arabski swój wyjazd tłumaczył podobno chęcią bliższego kontaktu z rodziną, którą – pracując w Warszawie – zostawił w Gdańsku. Trudno jednak nie zauważyć, że umknął też przed zarzutami dotyczącymi katastrofy smoleńskiej, jako główny organizator tamtej tragicznej podróży, a po 10 kwietnia 2010 r. koordynator działań administracji rządowej.
Krzysztof Bondaryk – szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego wytrwał na stanowisku całe 5 lat, awansując po drodze na generała, i nie zaszkodziły mu żadne skandale – ani te związane z działalnością największej służby specjalnej, ani te dotyczące jego osobistego majątku. Tymczasem na samym początku roku niespodziewanie ogłoszono jego dymisję i do dziś ani on sam, ani jego przełożeni nie wyjaśnili jej powodów. Tym bardziej że tuż po odejściu z ABW generał został doradcą ministra obrony ds. bezpieczeństwa cybernetycznego i pełnomocnikiem ds. tworzenia Narodowego Centrum Kryptologii, pozostając w ścisłym kręgu władzy.
Michał Boni – jeszcze niedawno prorządowe media przedstawiały go jako „główny mózg” ekipy Tuska, jedynego wizjonera snującego strategie dla Polski na dziesięciolecia. Gdy jednak po drugim zwycięstwie wyborczym PO objął kierownictwo utworzonego specjalnie dla niego Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, szybko okazało się, że poza gadaniem i publikowaniem stosów grafomanii niewiele potrafi. Jego niedawnemu odejściu z rządu towarzyszyły komentarze tych samych mediów, że „nie sprawdził się” jako minister – co nie przeszkodzi mu jednak w otrzymaniu eksponowanego miejsca na liście do Europarlamentu. Motywacja Boniego jest zresztą jasna: w Komisji Europejskiej w Brukseli pracuje jego najnowsza, trzecia już żona, więc chciałby być blisko niej. Z pewnością umożliwi mu to premier Tusk, któremu Boni wciąż się podlizuje, wysławiając go w wywiadach jako wybitnego przywódcę.
Marian Janicki – były kierowca prezydenta Wałęsy kierował Biurem Ochrony Rządu od początku rządów Tuska, ale w marcu niespodziewanie podał się do dymisji. Nastąpiło to w równie tajemniczych okolicznościach jak odejście Bondaryka z ABW – tym bardziej że i Janicki niedawno awansował, do stopnia generała dywizji. Trudno uwierzyć, że zmiana na tym stanowisku nie miała związku z zaniechaniami BOR, które mogły doprowadzić do katastrofy smoleńskiej. Kilka miesięcy wcześniej prokuratura postawiła zarzuty niedopełnienia obowiązków zastępcy Janickiego, gen. Pawłowi Bielawnemu, co powszechnie odebrano jako znalezienie „kozła ofiarnego” – zwłaszcza że biegli w opinii dla prokuratury wytknęli BOR znacznie więcej zaniedbań obniżających bezpieczeństwo lotu do Smoleńska. W odpowiedzi Janicki udostępnił prorządowym mediom materiały o locie prezydenta Kaczyńskiego do Katynia w 2007 r., mające dowodzić, że poziom bezpieczeństwa tamtej wizyty (organizowanej za rządów PiS) był o wiele niższy niż w 2010 r.
Afery, gaz i pieniądze
Mikołaj Budzanowski – w kwietniu runęła nagle błyskotliwa kariera młodego ministra skarbu, doktora archeologii z UJ, który miał zapewnić Tuskowi sukces w wydobyciu gazu łupkowego, a nie potrafił dopilnować zwykłego gazu – tego płynącego do nas z Rosji. Okazało się bowiem, że Budzanowski – podobnie zresztą jak sam premier – został zaskoczony podpisaniem w Sankt Petersburgu polsko-rosyjskiego memorandum w sprawie budowy gazociągu z Białorusi przez Polskę na Słowację. Ta sama sprawa kosztowała stanowisko Grażynę Piotrowską-Oliwę, którą Budzanowski wylansował na prezesa PGNiG. Sam były minister szybko sobie poradził: już w lipcu został wiceprezesem Boryszewa – spółki kontrolowanej przez jednego z najbogatszych Polaków, Romana Karkosika.
Marcin Korolec – minister środowiska dowiedział się o swojej dymisji, gdy przewodniczył szczytowi klimatycznemu na Stadionie Narodowym w Warszawie, co uczyniło tę imprezę jeszcze bardziej groteskową. Czarne chmury zbierały się nad nim właściwie od początku: miał „niewłaściwy” życiorys (był wiceministrem gospodarki w rządzie PiS) i otaczał się „niewłaściwymi” ludźmi (jego zastępcą był Piotr Woźniak, PiS-owski minister gospodarki). Korolec – podobnie jak Budzanowski – awansował dwa lata temu głównie ze względu na plany wydobycia gazu łupkowego, ale już na początku jego urzędowania zatrzymano urzędników ministerstwa, którzy mieli przyjmować łapówki za załatwianie koncesji na poszukiwanie tego surowca. Doszła do tego nieszczęsna ustawa śmieciowa, obowiązująca od lipca – i choć Korolec nie był jej autorem, to jemu przyszło ponieść polityczną odpowiedzialność za jej skutki.
Krzysztof Kilian – listopadowa dymisja prezesa Polskiej Grupy Energetycznej, największego producenta energii elektrycznej w kraju, była sporym zaskoczeniem. Pełniący tę funkcję od marca 2012 r. Kilian należał bowiem do grona najbliższych współpracowników i przyjaciół premiera Tuska, z którym niegdyś współtworzył KLD. W swojej karierze bywał szefem gabinetu ministra Janusza Lewandowskiego, dyrektorem generalnym URM u boku premiera Bieleckiego, ministrem łączności w rządzie Suchockiej i wiceprezesem Polkomtela. Jego przejście do PGE wiązano m.in. z planami budowy elektrowni atomowej, ale z czasem między premierem a prezesem doszło do konfliktu wokół inwestycji spółki – zwłaszcza rozbudowy elektrowni Opole, publicznie obiecanej przez Tuska, a kwestionowanej przez Kiliana pod kątem opłacalności.
Sławomir Nowak – dymisję ministra transportu wymusiła w połowie listopada prokuratura, informując o zamiarze wystąpienia o uchylenie mu immunitetu w celu przedstawienia zarzutów dotyczących nieprawidłowości w oświadczeniach majątkowych. Chodziło o słynny zegarek Nowaka, którego pochodzenia minister nie potrafił udowodnić, a który – według tygodnika „Wprost” – miał pochodzić od znajomych biznesmenów zarabiających na kontraktach z państwowymi firmami. Odwołując Nowaka, premier wyraził wprawdzie nadzieję, że sprawa szybko się wyjaśni i będzie mógł wrócić do współpracy z byłym ministrem, ale już kilka dni później zlikwidował jego resort. Nowakowi, politycznemu wychowankowi Tuska i jednemu z jego najbliższych współpracowników, pozostało jeszcze stanowisko szefa pomorskiej Platformy – ale jak długo, zależy wyłącznie od premiera.
Jacek Rostowski – importowany z Londynu minister finansów, sprawujący ten urząd najdłużej w III RP, przeżył w tym roku wzlot i upadek. Jeszcze w lutym otrzymał funkcję wicepremiera, a 9 miesięcy później odszedł z rządu. Był to skutek bankructwa jego polityki, która doprowadziła do załamania finansów publicznych. Wyszło to na jaw w lipcu, gdy okazało się, że w kasie państwa zabraknie w tym roku 24 mld zł (przy planowanym pierwotnie deficycie 35,6 mld zł). Budżet trzeba było pospiesznie nowelizować, zawieszając przy tym pierwszy z tzw. progów ostrożnościowych, uniemożliwiających bezkarne zadłużanie państwa. Ostatecznie podważyło to wiarygodność Rostowskiego jako ojca „zielonej wyspy”, w dodatku uwikłanego w konflikt wokół OFE, skąd również mają pochodzić pieniądze ratujące finanse państwa.
Konflikty w partii, wojsku i resortach społecznych
Jarosław Gowin – jako minister sprawiedliwości rozpoczął deregulację dostępu do zawodów, zlikwidował 79 sądów rejonowych, wywołując przy okazji małą wojnę Platformy z PSL, sprzeciwił się premierowi w sprawie tzw. związków partnerskich, aż wreszcie stracił stanowisko – i to z dość błahego powodu: medialnej wypowiedzi o eksperymentach na polskich zarodkach dokonywanych w Niemczech. Odwołując Gowina pod koniec kwietnia, Tusk otworzył mu drogę do kandydowania na szefa PO. Krakowski polityk uzyskał zadziwiająco dobry wynik (20 proc. głosów), którego jednak nie potrafił w partii wykorzystać. Na początku września wystąpił z PO, pociągając za sobą zaledwie dwóch posłów, a własne ugrupowanie założył dopiero trzy miesiące później.
Zapraszamy do przeczytania podobnego artykułu: Rozwój Plus Morawieckiego ma klub parlamentarny. Rozłam w PiS
Mirosław Karapyta – to jedyny ważny polityk PSL i zarazem jedyny marszałek województwa, który stracił stanowisko w mijającym roku, a konsekwencje tej dymisji okazały się dalekosiężne dla całej sceny politycznej. Karapyta od 2007 r. był wojewodą podkarpackim, a od 2010 r. marszałkiem – dzięki lokalnej koalicji PO-PSL-SLD, która odsunęła od władzy PiS. W kwietniu został jednak zatrzymany, a prokuratura postawiła mu siedem zarzutów korupcyjnych. Miesiąc później go odwołano, ale dwóch radnych sejmiku ze wspierającej go dotąd koalicji poparło kandydata PiS i w ten sposób prawica odzyskała władzę na Podkarpaciu. Ponieważ nowym marszałkiem został dotychczasowy senator, konieczne były wybory uzupełniające, które przyniosły druzgocące zwycięstwo kolejnemu kandydatowi PiS.
Janusz Nosek – wrześniowa dymisja szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego wynikła z bardzo tajemniczego konfliktu wokół wiceministra obrony Waldemara Skrzypczaka. Wydaje się jednak, że generał Nosek prędzej czy później i tak zostałby odwołany, należał bowiem do ekipy Bogdana Klicha, a obecny minister Tomasz Siemoniak nie miał kontroli nad działaniami SKW. Noska obciążało wiele skandalicznych spraw: nieprofesjonalne działania kontrwywiadu w sprawie katastrofy smoleńskiej, libacje alkoholowe organizowane w lokalach SKW, inwigilowanie polityków opozycji, a przede wszystkim podana w maju informacja, że prezydent Putin polecił rosyjskiej Federalnej Służbie Bezpieczeństwa zawarcie porozumienia o współpracy z polskim SKW (choć FSB to służba cywilna, której odpowiednikiem jest ABW).
Waldemar Skrzypczak – były dowódca Wojsk Lądowych utrzymał się na fotelu wiceministra obrony niespełna półtora roku. W resorcie odpowiadał za sprawy uzbrojenia, co siłą rzeczy postawiło go w centrum walki o ogromne pieniądze, jakie można zarobić na zamówieniach dla wojska. Od wielu miesięcy jego wiarygodność kwestionowała Służba Kontrwywiadu Wojskowego, która cofnęła mu certyfikat dostępu do informacji niejawnych. Początkowo premier Tusk i minister Siemoniak stanęli po stronie wiceministra, a nawet odwołali szefa SKW, ale pod koniec listopada „Gazeta Wyborcza” ujawniła list Skrzypczaka do izraelskiego ministerstwa obrony, w którym pojawiła się nazwa jednego z producentów samolotów bezzałogowych. Po tej publikacji, zarzucającej mu faworyzowanie konkretnej firmy, wiceminister podał się do dymisji. Sam twierdzi jednak, że padł ofiarą służb specjalnych i lobbingu koncernów zbrojeniowych.
Zapraszamy do przeczytania podobnego artykułu: Grzegorz Lorek wraca do PiS. Kim jest poseł z Piotrkowa?
Barbara Kudrycka – minister nauki i szkolnictwa wyższego odeszła w listopadzie, po 6 latach „reformowania” polskich uczelni i instytutów. Jej pomysły i działania wywołały protesty dużej części środowiska naukowo-akademickiego, a polityczne pogróżki Kudryckiej (wobec autora i promotorów biografii Wałęsy czy profesorów angażujących się w badanie katastrofy smoleńskiej) pokazywały, jak traktuje autonomię szkół wyższych. Dlatego sama wolała odejść, zapewniając sobie u premiera miejsce na liście do Europarlamentu, w którym zasiadała przed objęciem funkcji ministra.
Joanna Mucha – powołanie młodej i ładnej posłanki na ministra sportu było prawdziwym szokiem, tym bardziej że nigdy wcześniej nie zajmowała się tą dziedziną. Szybko okazało się, że nie ma pojęcia o sporcie, co potwierdzały jej kolejne wpadki. Gorzej – zaczęła traktować resort jak prywatny folwark, mianując choćby swojego fryzjera wicedyrektorem Centralnego Ośrodka Sportu. Dwa lata jej urzędowania nie przyniosły niczego pozytywnego i tylko potwierdziły, że istnienie takiego ministerstwa nie ma sensu. Niestety, premier Tusk panią Muchę odwołał, ale resort utrzymał, obsadzając go kolejnym partyjnym kolegą.
Sprawdź także: Policja i prokurator w Trybunale Konstytucyjnym. Święczkowski pisze do komendanta Boronia i mówi o „zamachu stanu”
Krystyna Szumilas – dwuletnie urzędowanie minister edukacji, która wcześniej przez 4 lata była zastępczynią Katarzyny Hall, upłynęło pod znakiem walki o obniżenie wieku szkolnego. Już na początku kadencji przeforsowała w Sejmie przesunięcie wprowadzenia obowiązku szkolnego dla 6-latków, ale nie uspokoiło to coraz liczniejszej grupy zaniepokojonych rodziców, którzy zebrali prawie milion podpisów pod wnioskiem o referendum w tej sprawie (a także w kilku innych kluczowych kwestiach oświatowych). Wniosek odrzuciła w Sejmie koalicja rządowa na początku listopada, co jednak nie uratowało pani minister, skonfliktowanej nie tylko z rodzicami, ale i ze środowiskiem nauczycielskim – wokół planów zmian w Karcie Nauczyciela.
Grzegorz Schetyna – byłemu wicepremierowi i marszałkowi Sejmu przez wiele miesięcy wróżono powrót do rządu, a stało się dokładnie odwrotnie: stracił nawet to, co jeszcze realnie posiadał, czyli władzę nad Platformą na Dolnym Śląsku. Październikowy zjazd regionalny w Karpaczu nieoczekiwanie wygrał protegowany Tuska, Jacek Protasiewicz, a ujawnienie w mediach nagrań świadczących o korumpowaniu delegatów jeszcze pogorszyło sytuację Schetyny i chyba ostatecznie pogrzebało jego szanse na utrzymanie się w zarządzie PO (choć dotąd był formalnie pierwszym wiceprzewodniczącym partii). Wśród znaczących polityków Platformy pozostało jeszcze kilku „schetynowców” (Grupiński, Halicki), ale nie mają oni już większego wpływu na politykę partii.
Paweł Siergiejczyk





