Mimo 24 lat od upadku PRL agenci komunistycznych służb pozostają nietykalni
4 czerwca to nie tylko rocznica wyborów z 1989 roku, którą rządząca dziś PO
chciałaby corocznie świętować jako Dzień Wolności i Praw Obywatelskich. To także
rocznica obalenia rządu Jana Olszewskiego w 1992 roku. I zarazem pierwszej próby
lustracji, podjętej przez ministra Antoniego Macierewicza na podstawie uchwały
Sejmu z 28 maja 1992 r., której autorem był poseł Janusz Korwin-Mikke.
Tamta uchwała była niezwykle lakoniczna. Oto cała jej treść: “Niniejszym
zobowiązuje się ministra spraw wewnętrznych do podania do dnia 6 czerwca 1992 r.
pełnej informacji na temat urzędników państwowych od szczebla wojewody wzwyż, a
także senatorów, posłów, a do dwóch miesięcy – sędziów, prokuratorów, adwokatów
oraz do sześciu miesięcy – radnych gmin i członków zarządów gmin, będących
współpracownikami Urzędu Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w latach
1945-1990”.
Warto podkreślić, że minister Macierewicz nie wykonał jej w całości. Na liście,
którą dostarczył szefom klubów parlamentarnych, było tylko 66 nazwisk –
najważniejszych osób w państwie, ministrów i parlamentarzystów. Zabrakło nawet
wojewodów, nie mówiąc już o znacznie liczniejszych prawnikach i samorządowcach.
A mimo to próba ujawnienia dawnej agentury w 1992 r. na tyle poważnie
wystraszyła elity III RP, że trzeba było czekać jeszcze 5 lat na uchwalenie
pierwszej ustawy lustracyjnej i kolejne lata na rzeczywistą jej realizację. A
problem tak naprawdę nie został rozwiązany do dziś.
Więcej na ten temat w tekście: Grzegorz Lorek wraca do PiS. Kim jest poseł z Piotrkowa?
Ludzie z listy
Gdy w roku 2013 po “listę Macierewicza” sięgnie ktoś młody, niepamiętający
tamtych czasów, zapewne spyta za zdziwieniem, co takiego emocjonującego było w
tym dokumencie. Przecież ogromna większość nazwisk z tej listy przeciętnemu
Polakowi nic już dziś nie mówi. Ale wtedy było inaczej. Lista, na której jako
agenci SB zostali umieszczeni prezydent Lech Wałęsa, marszałek Sejmu Wiesław
Chrzanowski i lider KPN Leszek Moczulski, była prawdziwym szokiem. To były wtedy
legendy antykomunistycznej opozycji, więc wyborcy, którzy całkiem niedawno
obdarzyli je swoim zaufaniem, musieli poczuć się oszukani.
Dodajmy, że żadna z tych najgłośniejszych wtedy spraw nie została definitywnie
zakończona: Wałęsa nadal procesuje się za nazywanie go agentem, proces
lustracyjny Moczulskiego ciągnie się wiele lat i miał już kilka zwrotów, zaś
zmarły przed rokiem prof. Chrzanowski niby został oczyszczony z zarzutów, ale
coraz głośniej słychać o nowych dokumentach odnalezionych w IPN, które miałyby
go poważnie obciążać.
Zapraszamy do przeczytania podobnego artykułu: Kim są maślarze i kim są harcerze
To zresztą nie są wyjątki, ale niemal reguła dotycząca ludzi z “listy
Macierewicza”. Oczywiście, większość z nich jest już poza polityką, niektórzy
nie żyją (jak szef MSZ Krzysztof Skubiszewski czy ministrowie z Kancelarii
Prezydenta – Lech Falandysz, Jerzy Milewski i Janusz Ziółkowski), ale tylko o
nielicznych można powiedzieć, że ich sprawy zostały ostatecznie wyjaśnione.
Najczęstszą reakcją było zaprzeczanie jakimkolwiek związkom z SB albo ich
bagatelizowanie, co zwykle skwapliwie potwierdzały sądy. Dzięki takiej taktyce
ministrem pozostaje Michał Boni, w Senacie nadal zasiada Włodzimierz
Cimoszewicz, a w Sejmie Eugeniusz Czykwin z SLD (który karierę poselską
rozpoczął jeszcze w 1985 r.!). Były wiceminister finansów Wojciech Misiąg
zajmuje fotel wiceprezesa NIK, Marian Starownik jest PSL-owskim wicewojewodą
lubelskim, zaś Andrzej Gąsienica-Makowski od 15 lat pełni funkcję starosty
tatrzańskiego.
Zmowa sędziów
Nikt już ich dzisiaj nie pyta o fakty ujawnione na “liście Macierewicza”. Tak
samo, jak nikt nie pyta ówczesnego ministra finansów Andrzeja Olechowskiego,
który od tego czasu zdążył być szefem MSZ, dwukrotnie startować w wyborach
prezydenckich i założyć kilka partii (BBWR, Ruch Stu, PO). Olechowski jest
zresztą jednym z nielicznych polityków, którzy przyznali się do współpracy z
PRL-owskimi służbami. Taką samą postawę zalecał swoim kolegom z SLD Leszek
Miller, który pytany dziś o lustrację wspomina: “Dla naszego elektoratu to nie
był problem. Obawialiśmy się jedynie tego, że zostaną wprowadzone ustawowe
zakazy kandydowania. A to wyeliminowałoby jakąś część naszych ludzi, których nie
chcieliśmy tracić. Jednak wprowadzono przepis, że jeśli ktoś sam się przyzna, to
nie ma problemu. Jerzy Szteliga skorzystał z okazji. Przyszedł do mnie, aby się
poradzić. Mówię mu: »Jurek, przyznaj się, a na spotkaniach, jak cię zapytają,
mów zgodnie z prawdą, że służyłeś Polsce Ludowej, i zobaczysz, że na ciebie
jeszcze chętniej będą głosować«. I rzeczywiście tak było” (L. Miller, “Anatomia
siły”, s. 63).
Lider postkomunistów ma tu na myśli ustawę uchwaloną – mimo sprzeciwu jego
partii – w kwietniu 1997 r., która nakładała na osoby pełniące funkcje publiczne
(m.in. parlamentarzystów, wyższych urzędników państwowych, sędziów,
prokuratorów, adwokatów) obowiązek składania deklaracji dotyczących ewentualnej
współpracy ze służbami specjalnymi PRL. Oświadczenie o takiej współpracy nie
powodowało żadnych konsekwencji, natomiast sankcjom podlegała jedynie próba
zatajenia prawdy. Mimo tak ułomnej konstrukcji ustawa była ogromnym krokiem
naprzód, gdyż w ogóle rozpoczynała proces ujawniania agentury, jednak szybko
okazało się, że zapisów ustawowych nie da się tak łatwo wprowadzić w życie. O
prawdziwości oświadczeń miał bowiem rozstrzygać Sąd Lustracyjny, do którego
przez wiele miesięcy nie udało się wybrać sędziów – wskutek bojkotu przez
większość środowiska sędziowskiego.
Polecamy także: Rozwój Plus Morawieckiego ma klub parlamentarny. Rozłam w PiS
Sędziowie okazali się zresztą w ogóle najsłabszym ogniwem procesu lustracji,
także po nowelizacji ustawy w czerwcu 1998 r. (już za rządów AWS), gdy
wyznaczono Sąd Apelacyjny w Warszawie do orzekania prawdziwości oświadczeń
lustracyjnych. Dzięki zaangażowaniu powołanego niedługo potem rzecznika interesu
publicznego Bogusława Nizieńskiego udało się rozpocząć lustrację, jednak
skuteczność działań Nizieńskiego jako prokuratora lustracyjnego była bardzo
ograniczona ze względu na kuriozalne nieraz wyroki sądów. Tak było np. w
sprawach Lecha Wałęsy czy Mariana Jurczyka, których uznano za niewinnych, pomimo
ewidentnych dowodów współpracy z SB. Lista podobnych decyzji sędziów jest
zresztą długa i ciągle przybywa na niej nowych przykładów skandalicznych
interpretacji – by wspomnieć choćby niedawny wyrok uniewinniający Tomasza
Turowskiego, który jako agent PRL-owskiego wywiadu udawał jezuitę, a później,
już będąc dyplomatą, nadal współpracował z wywiadem III RP.
Lustracja internetowa
Procesy lustracyjne nie budzą dziś takich emocji jak wcześniej – nie tylko
dlatego, że zwykle odbywają się przy drzwiach zamkniętych. Po prostu większość
znanych postaci życia politycznego ma już lustrację za sobą: albo otrzymali
satysfakcjonujące wyroki sądowe (polityków ostatecznie skazanych za kłamstwo
lustracyjne można policzyć na palcach jednej ręki!), albo Biuro Lustracyjne IPN,
które od 2007 r. pełni funkcję prokuratorską, umorzyło ich sprawy, nie
posiadając wystarczająco mocnych materiałów, by kierować akt oskarżenia do sądu.
Trzeba bowiem pamiętać, że o możliwości sądowego zlustrowania danej osoby
decyduje często przypadek, a właściwie stan zachowania dokumentacji w archiwach
IPN, czyli decyzje podwładnych gen. Czesława Kiszczaka, którzy w latach
1989-1990 przetrzebili dużą część zasobów archiwalnych MSW.
W tej sytuacji kluczowe znaczenie posiada internetowy katalog Biura
Lustracyjnego IPN, w którym zamieszcza się informacje o zasobie archiwalnym
dotyczącym osób sprawujących funkcje publiczne. Możemy w nim wyczytać, kiedy i
pod jakimi pseudonimami zostali zarejestrowani np. eurodeputowani Marek Siwiec z
Europy Plus i Arkadiusz Bratkowski z PSL, poseł PO Dariusz Rosati, zasiadająca w
Radzie Polityki Pieniężnej Zyta Gilowska czy członek Krajowej Rady Radiofonii i
Telewizji Sławomir Rogowski. A także wielu samorządowców różnego szczebla. Ale
już nie znajdziemy tu ambasadorów i innych pracowników MSZ, wśród których
odsetek dawnej agentury jest szczególnie duży, czy urzędników rządowych poniżej
szczebla wiceministra oraz szefów państwowych firm. Takich jak prezes Poczty
Polskiej Jerzy Jóźkowiak, który niedawno został zdemaskowany jako współpracownik
wywiadu wojskowego PRL.
Całkowicie poza lustracją pozostają ludzie mediów, wykładowcy akademiccy,
działacze sportowi – tę listę można jeszcze ciągnąć. Przed koniecznością
składania oświadczeń lustracyjnych uchronił ich wyrok Trybunału Konstytucyjnego
z maja 2007 r. Badanie ich przeszłości pozostało domeną indywidualnych
historyków i dziennikarzy, którzy nie dysponują żadnymi sankcjami prawnymi.
Można więc z całą pewnością powiedzieć, że w elitach III RP mamy więcej osób
niezlustrowanych niż zlustrowanych. I pewnie to się już nie zmieni…
Paweł Siergiejczyk
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze tygodnika „Nasza Polska” Nr 23 (918) z 4
czerwca 2013 r.



