Izrael już dawno uderzyłby na Iran, gdyby nie wstrzemięźliwa postawa Stanów
Zjednoczonych, których ubiegający się o reelekcję prezydent Barack Obama
chwilowo wstrzymuje się z decyzją o daniu Izraelowi zielonego światła na
przeprowadzenie operacji. Wywołuje to oburzenie izrelskiego premiera Benjamina
Netanyahu. Oświadczył on w jednym z wywiadów, iż „to nie on zostanie utopiony w
amerykańskich wyborach”. Próbował też wraz z partią Likud wpływać na rozkład sił
i przebieg kampanii w USA, jednakże bezskutecznie, gdyż faworyzowany przez niego
stary przyjaciel Mitt Romney nadal cieszy się mniejszym poparciem żydowskiej
ludności Ameryki niż Obama (70 do 25) – tak przynajmniej wynika z badań, jakie
przeprowadził Instytut Gallupa. Przez ostatnie trzy lata powtarzano w prasie
zapierające dech historie, że Obama traci poparcie Żydów, głównie przez
napięcia, jakie istnieją między nim a premierem Netanyahu – nic z tych rzeczy.
Obama, owszem, tracił poparcie Żydów jednakże tylko w chwilach, kiedy tracił
poparcie całego swojego elektoratu, którego część stanowiła ludność żydowska.
Należy przy tym zauważyć, że zamieszkujący Stany Zjednoczone Żydzi nie
postrzegają kwestii relacji Izraela i USA jako kluczowej, stąd wpływanie przy
pomocy tej sprawy na kampanię wyborczą musi być z góry skazane na niepowodzenie.
Eksperci przewidują, że Tel Awiw będzie chciał uderzyć na Iran przed 6
listopada, obawiając się, że w przypadku reelekcji Obamy, prezydent USA będzie
się czuł mniej zobowiązany do zaangażowania wojsk amerykańskich po stronie
Izraela. Może też próbować wymusić na Izraelu ustępstwa w kwestiach Palestyny,
co jednak wydaje się mało prawdopodobne, podobnie zresztą jak i wspomniany
termin agresji.
Obama zwleka z wydaniem zgody na udzielenie wsparcia Izraelowi, gdyż zatrudnieni
przez niego doradcy nie do końca są w stanie przewidzieć konsekwencji takiego
kroku, co wydaje się szczególnie ważne w kontekście kampanii wyborczej – z
przeprowadzonej symulacji komputerowej wynika, że USA, włączając się do wojny po
stronie Izraela, poniosłyby znaczne straty w ludziach, co z pewnością nie
przysporzyłoby Obamie zwolenników. Zaryzykowałabym zatem stwierdzenie, że w
momencie reelekcji Obamy, kiedy już będzie sprawował swój urząd drugą kadencję,
nie będzie widział absolutnie żadnych przeciwwskazań do agresji na Iran, przy
czym prace tego kraju nad programem nuklearnym będą stanowiły jedynie pretekst
do ataku. Stanie się tak, gdyż w Stanach Zjednoczonych istnieje zbyt silne
lobby, które chce zarobić. Powtórzy się zatem sytuacja z czasów wojny w Iraku,
który to kraj zniszczono i odbudowano, zarabiając na tym gigantyczne pieniądze –
w „Naszej Polsce” pisaliśmy o tym wielokrotnie. Poza tym pozostaje jeszcze
kwestia sparaliżowania irańskiej pomocy dla Hamasu czy Hezbollahu, co też nie
jest bez znaczenia.
Tymczasem Stany Zjednoczone nieoficjalnie już są w stanie wojny z Iranem, o czym
świadczą przeprowadzane ataki cybernetyczne oraz dokonywane przez siły specjalne
zamachy na irańskich naukowców.
Więcej na ten temat w tekście: Wojna w Iranie. Tyle USA wydały na atak – Hegseth podał kwotę
Anna Wiejak
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze tygodnika „Nasza Polska” Nr 39 (882) z
25 września 2012 r.


