Pod warszawskim ratuszem uczestniczka protestu przeciwko odstrzałowi dzików wołała do mikrofonu o obronę dziczki Marlenki. Dzień później przy Wiejskiej ruszył abortomat, który na kod wydaje tabletki do przerywania ciąży. Zadajemy więc pytanie, które samo się nasuwa: dlaczego w tej wrażliwości nie ma miejsca dla nienarodzonych dzieci?
„Brońmy Marlenkę!” na placu Bankowym
Protest przeciwko odstrzałowi dzików odbył się 28 września o godz. 17:00 pod Urzędem Miasta Stołecznego Warszawy na placu Bankowym. Za plecami mówców wisiał żółty baner z hasłem „Zmieńmy prawo łowieckie na dobre”, a przy mikrofonie stanęła kobieta w błękitnej koszuli, która podniesionym głosem wzywała zebranych do obrony dziczki Marlenki. Zwierzę doczekało się imienia, osobowości i publicznego apelu.
Organizatorami zgromadzenia były grupy Dziki Zostają, Nie Trzaskać Dzików oraz Warszawski Ruch Antyłowiecki. Na transparentach pojawiały się hasła w rodzaju „nie strzelać do dzików” oraz „prawa zwierząt to prawa człowieka”, a organizatorzy zapowiadali, że chcą „powstrzymać rzeź dzików w stolicy”.
Co przewiduje uchwała sejmiku
Bezpośrednim powodem protestu jest uchwała Sejmiku Województwa Mazowieckiego przyjęta 22 września 2026 roku na wniosek prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego. Dokument obowiązuje przez dwa lata i nie wprowadza liczbowego limitu dzików, które mogą zostać objęte redukcją. Dopuszcza dwie metody: odstrzał albo odłów połączony z uśmierceniem zwierzęcia, w zależności od terenu i bezpieczeństwa mieszkańców.
Uchwała dotyczy wyłącznie dzików, które trwale utraciły naturalny lęk przed człowiekiem i regularnie przebywają w pobliżu bloków, szkół, terenów rekreacyjnych oraz dróg. Każda interwencja ma być opisana w protokole z uzasadnieniem, a z realizacji przepisów składa się sprawozdania co kwartał.
Skalę problemu pokazują liczby z okresu od stycznia do lipca 2026 roku, kiedy w stolicy odnotowano 14 434 zgłoszenia dotyczące dzików, 159 ataków na ludzi i 42 ataki na psy.
Kontrmanifestacja, policja i łoś z Bielan
Po drugiej stronie placu stanęła kontrmanifestacja Konfederacji i Ruchu Narodowego z wicemarszałkiem Sejmu Krzysztofem Bosakiem, który podsumował ją krótko: „Normalność sama się nie obroni”. Wystąpienia były zakłócane i policja musiała interweniować, aby zgromadzenie mogło toczyć się dalej.
Kilka dni wcześniej, 25 września, działacze Warszawskiego Ruchu Antyłowieckiego blokowali bramę Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt. Tego samego wieczoru Lasy Miejskie dostały zgłoszenie o łosiu potrąconym przez samochód na ul. Pułkowej na Bielanach. Gdy pracownicy dotarli na miejsce około 23:10, zwierzę już nie żyło. Lasy Miejskie stwierdziły, że bezpośrednim skutkiem blokady było opóźnienie interwencji i odebranie pracownikom możliwości wcześniejszego udzielenia pomocy cierpiącemu zwierzęciu. Aktywiści odpowiedzieli, że zablokowali tylko jeden samochód jadący do interwencji wobec dzika.
Pytanie do pani od Marlenki
Doceniamy wrażliwość, bo świat bez niej byłby gorszy. Mamy jednak jedno pytanie do kobiety, która tak przejmująco wołała o Marlenkę: czy równie głośno protestuje pani wtedy, gdy zabijane są nienarodzone dzieci?
Przy ul. Wiejskiej 9, tej samej, przy której mieści się Sejm, w lokalu Abotak 29 września uruchomiono abortomat wydający tabletki poronne na kod. Maszynę postawiły Women Help Women i Aborcyjny Dream Team. Ma 22 skrytki, kod przychodzi po kontakcie z aktywistkami, a w paczce są mifepriston, mizoprostol i instrukcja. Kinga Jelińska z Women Help Women nazwała to „interwencją” i podała, że organizacja pomaga dziennie w około 130 aborcjach. Prawnik cytowany w naszym tekście ocenił, że taki proceder może wyczerpywać znamiona pomocnictwa w przestępstwie zagrożonym karą do trzech lat więzienia.
Pod ratuszem nikt nie apelował o obronę tych dzieci. Nie dostały imion, nie trafiły na transparenty i nikt nie płakał przy mikrofonie. Marlenka ma swój protest, plac Bankowy i mikrofon. Dzieci z abortomatu mają tylko numer skrytki.
Źródła: Interia Zielona, Lasy Miejskie – Warszawa, Sejmik Województwa Mazowieckiego.




