Choć minął zaledwie miesiąc od skandalicznych demonstracji przeciwko wizycie
Benedykta XVI w Madrycie, już doszło do kolejnej awantury. Tym razem podczas
wizyty papieża w swojej ojczyźnie, gdzie przemówił on 22 września w Bundestagu.
Protestowała jednak nie tylko młoda hołota, ale i lewaccy parlamentarzyści.
Benedykt XVI jest pierwszym zwierzchnikiem Kościoła katolickiego przemawiającym
w niższej izbie niemieckiego parlamentu. I fakt ten bardzo wzburzył niemiecką
lewicę. “Papież nie ma czego szukać w parlamencie!” – krzyczała deputowana z
ramienia partii Lewica (Die Linke), Ulla Jelpke. Następcom Joschki Fischera i
Daniela Cohn-Bendita nie podoba się fakt, że przed niemieckim parlamentem
przemawia głowa Kościoła, co – ich zdaniem – jest nie do przyjęcia w warunkach
rozdziału państwa i religii. Faktem jest jednak, że to sam Bundestag decyduje o
tym, kto może w nim przemawiać: prawo takie przyznał m.in. Władimirowi Putinowi,
Kofi Annanowi, Szymonowi Peresowi czy Władysławowi Bartoszewskiemu.
Już długo wcześniej w Niemczech było wiadomo, że przemówieniu papieża w sali
plenarnej Bundestagu towarzyszyć będzie skandal: połowa frakcji Lewicy miała
zbojkotować wystąpienie papieża. Do uzasadnienia takiego zachowania, które w
odniesieniu do głowy każdego innego państwa (a papież jest przecież także
przywódcą państwa Watykan) uchodziłoby za obrazę, lewakom służą inwektywy i
obelgi pod adresem papieża, który jest “w każdym względzie wrogo nastawiony do
seksualności”. “Za zbrodniczy uważam sposób, w jaki przez lata odnosił się do
zapobiegania rozprzestrzenianiu wirusa AIDS” – oznajmiła Jelpke. Także
parlamentarzyści SPD (socjaldemokraci) i Zielonych byli wrogo nastawieni do
obecności Benedykta XVI w Bundestagu. Powstał też związek “Der Papst kommt”
(“Papież nadchodzi”), nawołujący do demonstracji antypapieskich na ulicach –
podobnych do tych w Madrycie. Lewacy w Bundestagu czuli się – jako “ateiści
popierający ścisły rozdział państwa i religii” – urażeni zarówno samą obecnością
papieża, jak i jego stosunkiem do homoseksualizmu. Krążyły też plotki, że jednak
część deputowanych Lewicy będzie obecna w sali plenarnej, by dać wyraźnie do
zrozumienia Benedyktowi XVI, że nie jest mile widziany w Bundestagu – m.in.
przez idiotyczny pomysł, by nosić na palcach prezerwatywy. Jedyna katolicka
deputowana Lewicy, Kornelia Möller, została do tego stopnia zastraszona przez
swoich towarzyszy, że publicznie przepraszała za swoją wiarę, której wyrzec się
miała już półtora roku temu w geście protestu wobec skandali seksualnych w
Kościele.
Niedyplomatyczne, delikatnie rzecz ujmując, wystąpienia, agresywna retoryka
Lewicy i zapowiedź bojkotu zjednoczyły jednak, jak mało który temat, niemiecką
chadecję (CDU i bawarską CSU) oraz kręgi kościelne. Niemieccy biskupi
skrytykowali frakcję Lewicy, w obronie obecności Benedykta XVI w Bundestagu
stanęła wyraźnie kanclerz Angela Merkel. Sama wizyta w parlamencie wypadła
stosunkowo łagodnie i bez większych emocji. Wejściu papieża towarzyszyły
umiarkowane brawa, miejsca posłów frakcji Lewicy pozostały co prawda puste, za
to nieobecnych przedstawicieli Zielonych i socjaldemokracji zastąpili w sali
plenarnej ich poprzednicy lub inni politycy. Co prawda sporo deputowanych
wspomnianych ugrupowań miało szaliki w “gejowskich” barwach tęczy lub czerwone
wstążki symbolizujące “solidarność z chorymi na AIDS” (czyli poparcie
antykoncepcji), ale po kilku ciepłych słowach Benedykta pod adresem ekologów
znów nastąpiły brawa, choć umiarkowane. Wszyscy deputowani wstali też z miejsc
po zakończeniu przemówienia i wszyscy, mocniej lub słabiej, bili brawa.
Podczas gdy papież udawał się w kierunku stadionu olimpijskiego, by tam odprawić
mszę, przy placu Poczdamskim w Berlinie – przy którym znajduje się najważniejsza
katolicka świątynia niemieckiej stolicy – zebrała się kilkutysięczna
demonstracja lewacko-“gejowska”. Tradycyjnie pojawiły się transparenty “Papieżu,
idź do domu”, kilka lesbijek przebrało się za zakonnice, kilka innych osób – za
wielkie, chodzące prezerwatywy. Władze stołeczne nie zgodziły się na pomysł CDU,
by udekorować ulice billboardami z papieżem, a szef założonego przez Bertolda
Brechta (działającego w NRD i długo bojkotowanego w RFN za lewackie poglądy)
teatru “Zespół Berliński” wystawił antykatolicką sztukę Rolfa Hochhutha
“Namiestnik”, wykorzystywaną w czasach komunizmu jako instrument propagandy
antykościelnej. Generalnie jednak obyło się bez zapowiadanej ulicznej rewolucji,
nawet sam Benedykt XVI w lekceważący sposób odniósł się do stosunkowo nielicznej
demonstracji. Przed Bramą Brandenburską stanęło tylko dwóch ateistów z
transparentem: “Papież jest antychrystem”. Czy należy się zatem cieszyć?
Niestety nie, gdyż – jak konstatują niemieckie gazety – więcej emocji wzbudziły
plany wizyty i jej zapowiedź niż sama obecność papieża, którą większość Niemców
przyjęła z obojętnością. W 3,5-milionowej stolicy Niemiec katolików jest bowiem
tylko 9 proc. – prawie tyle samo co muzułmanów – a 2/3 mieszkańców Berlina uważa
się za bezwyznaniowych.
Wszystkie nasze artykuły z działu Kościół…
Michał Soska
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze tygodnika „Nasza Polska” Nr 40 (831) z 4
października 2011 r.


