Prawdziwe horrendum z zamianą zwłok ofiar zamachu smoleńskiego dociera do nas w
pełni tylko dzięki nielicznym mediom niezależnym. Poza nimi blokada, banały,
dezinformacja. Koszmar syna i wnuka śp. Anny Walentynowicz, bliskich śp. Teresy
Walewskiej- Przyjałkowskiej oraz wszystkich innych rodzin ofiar wydaje się nie
mieć końca. Zapowiedziano kolejne ekshumacje; kogo, kiedy, gdzie, nikt nic nie
wie, bo chyba tak od początku miało wyglądać to śledztwo. Wszystko, co dotyczy
tragedii z 10 kwietnia 2010 roku, objęto w Moskwie klauzulą: tajne łamane przez
poufne, podporządkowane resetowi Polski z Rosją po objęciu władzy przez obecnego
prezydenta. Bronią tego milczenia ci, którzy dostali już awanse za tłumienie
własnego sumienia, bronią ci, którzy liczą na dalszą karierę. Zwłoki wozi się do
Wrocławia i Krakowa, gdzie pracują dyspozycyjni, sprawdzeni w dawnych śledztwach
(choćby w sprawie zamordowanego studenta Stanisława Pyjasa), tacy sami
„fachowcy” jak sędzia Ryszard Milewski od afery Amber Gold, ponoć dobry znajomy
prezydenta Gdańska, zwanego „Budyniem”, który ciągnął samolot Plichty.
Przeczytaj również: Norbert Sabina Bobin walczy o wolność dla Sebastiana Majtczaka
Nikogo spoza kręgu wtajemniczonych nie dopuszcza się do śledztwa. Obecni w
czasie ekshumacji opozycyjni posłowie, Antoni Macierewicz, Anna Fotyga, to
największe zagrożenie, nawet jeśli stoją przed zamkniętą bramą cmentarza.
Niebezpieczni są też członkowie rodzin ofiar, zbyt nieufni. Zagrożeniem dla
śledztwa są niezależni eksperci medyczni, szczególnie ci z zagranicy, dlatego
nie udziela się im zgody na udział w czynnościach, no i te kamery telewizyjne
(Ewa Stankiewicz, Grzegorz Braun), których nie wysłała do pracy razwiedka.
Mści się okrutnie oddanie Rosji wszelkich praw do prowadzenia śledztwa
smoleńskiego. Po raz kolejny wychodzą na jaw kłamstwa Ewy Kopacz o wspólnej
pracy rosyjskich i polskich medyków, matactwa Tomasza Arabskiego,
podtrzymującego bezprawny zakaz otwierania trumien zalutowanych w Moskwie. Brak
informacji i dezinformacja reżimowych mediów, gdy trzeba się do czegoś
ustosunkować, pogłębia zakłamany obraz Polski pod rządami Donalda Tuska. Dlatego
zapewne już wkrótce nadejdzie pomoc w postaci kolejnych wysokich notowań
zaufania dla rządu i Platformy, dowód na zdany egzamin z powtórnych
ekshumacji.
Równocześnie w tym samym tempie dogasa afera Amber Gold i kariera ministra
sprawiedliwości Jarosława Gowina. Ponoć już pospadały głowy, bo odwołano szefową
Prokuratury Rejonowej Gdańsk-Wrzeszcz Marzenę Majstrowicz. Mówi się, że wykazała
się brakiem kwalifikacji. Czy jej decyzja o odmowie śledztwa w sprawie Amber
Gold, a po jego uchyleniu przez sąd umorzenie tego śledztwa i w końcu zwieszenie
śledztwa przez panią prokurator aż na 11 miesięcy, po ponownym uchyleniu przez
sąd jej decyzji, to brak kwalifikacji, to tylko zaniedbanie obowiązków i to
przez osobę niedawno powołaną na stanowisko szefa prokuratury rejonowej? W tych
działaniach jest więcej niż sprawność i żelazna prawnicza logika. Widać tu
precyzyjne działanie, według którego, ale a rebours, można bardzo szybko
wykończyć niewygodnego przedsiębiorcę i zniszczyć jego firmę. Podobno pani
prokurator znalazła na forach internetowych zadowolonych klientów Amber Gold i
stwierdziła, że nic złego się nie dzieje, no i te rozmowy z szefem firmy,
Marcinem P., który błagał o wyrozumiałość. Wzruszające jak spektakl sejmowy
„uwiedzionej” posłanki Beaty Sawickiej zalewającej się łzami przed kamerami
telewizyjnymi.
Sprawdź także: Wyciek danych żołnierzy z Zegrza. PESEL-e 392 wojskowych na ogólnodostępnym dysku
Zachęcamy do lektury: Policja i prokurator w Trybunale Konstytucyjnym. Święczkowski pisze do komendanta Boronia i mówi o „zamachu stanu”
Jeżeli dla sędziego Milewskiego jego szefem jest Donald Tusk, to kto był szefem
dla Marzeny Majstrowicz? Czy to możliwe, że prokurator generalny Andrzej
Seremet, który nie może odwołać nawet podrzędnego prokuratora bez zgody Krajowej
Rady Prokuratorów? Ale tym razem Rada poświęciła panią prokurator i odwołała ją
ze stanowiska. Wkrótce przekonamy się, w jakiej nowej prokuraturze znajdzie
sobie pracę. „To przecież mój szef”, tłumaczył się kolega „Budynia” ze swojego
serwilizmu względem premiera, gdy uspokajał fałszywego asystenta szefa
kancelarii Tuska co do składu sędziowskiego i terminów rozpraw w sprawie Marcina
Plichty vel Stefańskiego. I sędzia nadal nie widzi nic złego w swoim
postępowaniu i liczy oczywiście na wsparcie z Krajowej Rady Sądownictwa. Rada
wyraziła jedynie „dezaprobatę” wobec sędziego, ale tylko w stosunku do tych
wątków rozmowy, które „mogły wywołać wrażenie wpływania na niezawisłość
sędziowską”. A więc „mogły”, a nie musiały, zatem sprawa dyskusyjna. Szansą dla
sędziego Milewskiego są dalsze wypowiedzi ministra sprawiedliwości Jarosława
Gowina. Jeżeli nadal będą tak krytyczne w stosunku do środowiska sędziowskiego,
to sędzia może nawet awansować, jak szef BOR-u gen. Janicki po katastrofie
smoleńskiej. Jeśli nie teraz, to po odejściu Gowina. Sędzia zwykle dużo wie, ale
nie każdy znajomy „Budynia”?
Wojciech Reszczyński
Felieton ukazał się w najnowszym numerze tygodnika „Nasza Polska” Nr 39 (882) z
25 września 2012 r.



