Kompromitacja PSL i koniec marzeń o wiecznych wójtach. Pełczyńska-Nałęcz odchodzi z rządu

5 min. czytania

Filip Dzięciołowski

23 października 2026 r.

dwukadencyjność

5 min. czytania

Filip Dzięciołowski

23 października 2026 r.

Ludowcy przegrali walkę o samorządowe stołki. Sejm odrzucił projekt PSL, który miał znieść limit dwóch kadencji dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Dla PSL to bolesna porażka, tym bardziej że dwa dni wcześniej 10 posłów ich klubu poparło częściową dekryminalizację aborcji, mimo że sam Władysław Kosiniak-Kamysz głosował przeciw. Politycy PiS nie mają wątpliwości, że ludowcy „stracili cnotę, a rubla nie zarobili”. Głosowanie miało również inne konsekwencje. Z rządu Donalda Tuska odeszła minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, co tylko potwierdza, że miarka się przebrała.

Porażka PSL. Co zakładał projekt ludowców?

Projekt nowelizacji Kodeksu wyborczego został złożony w Sejmie przez PSL w lipcu 2025 roku. Zakładał zniesienie limitu dwóch kadencji z rzędu dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Miał pozwolić im też jednocześnie kandydować na swoje stanowisko oraz do rady powiatu lub sejmiku województwa, czego dziś zabraniają przepisy.

W czwartek 22 października projekt zderzył się ze ścianą. W głosowaniu wzięło udział 437 posłów, a do zwycięstwa ludowcom zabrakło zaledwie dwóch głosów. Politycy PSL spotkali się z brakiem poparcia nawet ze strony własnych koalicjantów. Przeciw głosowali m.in. niektórzy posłowie KO związani z Zielonymi, a podzielone były również kluby Polski 2050 i Lewicy. Przeciw była cała prawica.

Natomiast prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz od dawna przekonuje, że limit kadencji jest niekonstytucyjny, bo „demokracja to jest wybór, a nie limit”. Zapowiadał już, że jeśli dwukadencyjność zostanie, to ludowcy zaproponują podobne ograniczenie dla posłów i senatorów. Zaraz po głosowaniu PSL rzeczywiście ogłosiło taki postulat.

„Stracili cnotę, a rubla nie zarobili”

Porażka PSL zbiegła się w czasie z innym głośnym głosowaniem. Dwa dni wcześniej, 20 października, Sejm przegłosował częściową dekryminalizację aborcji. Ustawa przeszła różnicą zaledwie czterech głosów, a za głosowało 10 posłów klubu PSL-TD, mimo że sam Kosiniak-Kamysz był przeciw. Większość polityków PSL nie poparła tej ustawy: 14 posłów głosowało przeciw, a 2 wstrzymało się od głosu.

Politycy PiS uważają, że to nie był przypadek. Rzecznik PiS Rafał Bochenek twierdzi, że ludowcy poparli aborcję „de facto na życzenie” w zamian za głosy KO i Lewicy w sprawie dwukadencyjności. Finał był jednak taki, że aborcja przeszła, a projekt PSL przepadł. „PSL stracił cnotę” – komentował Bochenek.

Natomiast Sebastian Łukaszewicz z PiS stwierdził, że „PSL sam sobie zrobił polityczną aborcję”.

Niezależnie od tego, czy taki układ rzeczywiście miał funkcjonować, efekt dla PSL okazał się fatalny. Partia, która przez lata przedstawiała się jako obrońca tradycyjnych wartości i polskiej wsi, w kluczowym momencie nie zablokowała liberalizacji aborcji. A w zamian i tak nie dostała tego, na czym jej najbardziej zależało.

Koniec koryta dla wiecznych wójtów?

Z jednej strony trudno się dziwić, że PSL tak bardzo walczyło o zniesienie dwukadencyjności. Ludowcy od dziesięcioleci najwięcej siły posiadają w samorządach, zwłaszcza w małych gminach wiejskich. Wielu wójtów i burmistrzów, którzy są związanych z PSL, rządzi swoimi gminami od wielu kadencji. Dla partii to nie tylko stanowiska, ale też wpływ na lokalne spółki, posady i pieniądze.

Dwukadencyjność oznacza dla nich koniec tej epoki. Zamiast zająć się realnymi problemami wsi, ludowcy woleli walczyć o to, by ich ludzie mogli dalej siedzieć na stołkach bez ograniczeń. Jakby mało im było goryczy, to lewicowa partia Razem przyznała jeszcze Kosiniakowi-Kamyszowi symboliczną „złotą betoniarkę” za betonowanie samorządu.

Pełczyńska-Nałęcz: „Wartości są ważniejsze niż stołki”

To głosowanie okazało się kroplą, która przelała czarę goryczy również dla minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz z Polski 2050. Tuż po nim ogłosiła, że odchodzi z rządu.

„Dwukadencyjność samorządów została utrzymana. Tak zdecydował dziś Sejm. Wygraliśmy! […] Koalicja, w tym niestety znaczna część posłów Polski 2050, stanęła przeciw ludziom, a za politykierskimi układami. […] Odchodzę z rządu Donalda Tuska, bo wartości są dla mnie ważniejsze niż stołki”

– Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz

Minister przekazała też, że zostawia Polskę 2050 „w rękach jej założyciela, który odszedł, ale jednak wrócił”, czyli Szymona Hołowni. Życzyła mu, by „przypomniał sobie, w imię jakich wartości szedł do władzy”. Według mediów jej relacje z koalicją już od dawna stawały się coraz gorsze. Wśród przyczyn wymienia się m.in. walkę o przywództwo w Polsce 2050 i to, że Donald Tusk nie zgodził się na jej awans na wicepremiera. Głosowanie w sprawie dwukadencyjności sprawiło jednak, że miarka się przebrała. Hołownia zapewnia, że Polska 2050 zostaje w koalicji. Jednak odejście jednej z najbardziej rozpoznawalnych twarzy tej partii pokazuje, że w obozie władzy coraz mocniej trzeszczy.

Co to jest dwukadencyjność w samorządach?

Dwukadencyjność to zasada, zgodnie z którą wójt, burmistrz czy prezydent miasta może pełnić swoją funkcję najwyżej przez dwie kadencje. Wprowadził ją rząd PiS poprzez ustawę ze stycznia 2018 roku. Projekt miał na celu rozbicie lokalnych układów i ograniczenie sytuacji, w których jedna osoba rządzi gminą przez kilkadziesiąt lat i obsadza swoimi ludźmi urzędy oraz spółki komunalne.

Warto zaznaczyć, że przepisy nie działają wstecz. Kadencje liczone są od wyborów samorządowych w 2018 roku, a jedna trwa obecnie pięć lat. Co za tym idzie, wójtowie, burmistrzowie i prezydenci, którzy rządzą od 2018 roku, nie będą mogli ubiegać się o to samo stanowisko w wyborach w 2029 roku. Zwolennicy dwukadencyjności zasłaniają się argumentem, że według sondaży popiera ją większość Polaków.

Co znaczy „stracić cnotę, a rubla nie zarobić”?

„Stracić cnotę i rubla nie zarobić” to popularne powiedzenie, którego używa się, gdy ktoś poświęcił swoje zasady albo dobre imię dla korzyści, a ostatecznie nic na tym nie zyskał. Ktoś zrobił coś wbrew sobie lub wbrew temu, w co wierzy, licząc na nagrodę, której ostatecznie nie dostał. Został więc i bez honoru, i bez zysku.

W polityce powiedzenie pojawia się szczególnie często. Używa się go wobec partii, które idą na zgniłe kompromisy z koalicjantami, porzucają swoje postulaty w zamian za stanowiska albo popierają cudze projekty w nadziei na rewanż, który nigdy nie następuje. W ten właśnie sposób przeciwnicy PSL oceniają obecną sytuację ludowców.

Źródła: Wirtualna Polska, „Rzeczpospolita”. Opracowanie: Nasza Polska.

Cykl

Tematy

Tagi

Udostępnij
Najnowsze

Kwaśniewski staje w obronie Tuska. Były działacz PZPR uczy Nawrockiego, jak patrzeć na Rosję

Sejm przegłosował dekryminalizację aborcji. Zdecydowały cztery głosy

Sondaż CBOS: tylko cztery partie w Sejmie. Koalicjanci Tuska pod progiem, prawica z przewagą

Francja płonie, a dziennikarka Newsweeka wskazuje na Rosję. Wpis Długosz wywołał falę drwin

Sok z Buraka profil na Facebooku: kto z polityków płacił i kto zamawiał treści?

Mąż Biedronia porównał płonącą Francję do Marszu Niepodległości. Nawet Terlikowski nie wytrzymał

„Jesteście głupcami”. Wałęsa beszta krytyków, a mieszkańców Krakowa poucza w obronie „wspaniałego Premiera Tuska”

Atak na policjantkę pod TK. Tusk nie czekał na fakty: „odpowiedzialność spada na Nawrockiego”

Inne kategorie

Czytaj także