Donald Tusk i minister finansów Andrzej Domański polecieli do Indii z liczną delegacją przedstawicieli polskich firm. Premier mówi o „gospodarczej ofensywie” i zapowiada, że „nikt nas nie zatrzyma”. Celem jest co najmniej podwojenie wymiany handlowej do 2030 roku. Problem w tym, że już dziś Polska kupuje od Indii trzy razy więcej produktów, niż sama im sprzedaje. Natomiast poprzednie wielkie zapowiedzi rządu Tuska nieraz kończyły się na papierze.
Po co Tusk pojechał do Indii?
W tym tygodniu miała miejsce pierwsza wizyta polskiego premiera w Indiach od 16 lat. Poprzednio szef polskiego rządu gościł tam w 2010 roku. Obecny wyjazd jest tak zwaną rewizytą, czyli odpowiedzią na to, że w 2024 roku do Warszawy przyjechał premier Indii Narendra Modi. Wtedy właśnie podpisano partnerstwo strategiczne, które obejmuje m.in. obronność, nowe technologie, zieloną energię i przemysł spożywczy.
Wraz z premierem do Indii poleciała delegacja ok. setki polskich firm. Za biznesową część wizyty odpowiada Team Poland, czyli m.in. Polska Agencja Inwestycji i Handlu, Polski Fundusz Rozwoju i Bank Gospodarstwa Krajowego. W programie znalazły się dwa fora gospodarcze. Pierwsze odbyło się w Nowym Delhi, drugie w Bengaluru, który jest nazywany indyjską Doliną Krzemową. Tusk rozmawiał również z premierem Modim. Po wizycie w Indiach szef polskiego rządu leci do Wietnamu.
Tusk już z pokładu samolotu zapowiadał wielkie rzeczy.
„Polska idzie po nowe możliwości i nikt nas nie zatrzyma”
– Donald Tusk, premier
Co rząd chce załatwić w Indiach?
Najważniejszym celem wyprawy do Azji jest podwojenie wymiany handlowej z Indiami do 2030 roku. Zapowiadał to minister Domański. Premier przekonywał na forum w Nowym Delhi, że oba kraje mogą sobie nawzajem otwierać drzwi. „Chcemy, aby Polska była bramą do Europy dla firm z Indii” – mówił Tusk. Indie mają być z kolei bramą do rynku azjatyckiego dla polskich przedsiębiorstw.
Jako obszary współpracy premier wymienił obronność i technologie podwójnego zastosowania, górnictwo, energetykę, farmację, sztuczną inteligencję, cyfryzację i sektor kosmiczny. Były minister rolnictwa Marek Sawicki z PSL wskazuje także na przetwórstwo żywności. Według niego w Indiach marnuje się ok. 70 proc. płodów rolnych, zanim trafią do konsumentów. Wynika to z braku chłodni i deficytu zakładów przetwórczych.
Najbardziej konkretnym efektem wizyty jest porozumienie bydgoskiej PESY z indyjską firmą Jupiter Wagons. Zakłada ono transfer technologii oraz wspólną produkcję lokomotyw i pojazdów pasażerskich w Indiach. Firmy zamierzają też współpracować przy pojazdach wodorowych i dostawach komponentów. Nie podano jednak ani wartości ogłoszonego kontraktu, ani liczby pojazdów, ani terminów.
Polska kupuje w Indiach trzy razy więcej, niż sprzedaje
Rządząca koalicja wielokrotnie już udowodniła w ostatnich latach, że wyborców da się oszukać na wiele sposobów, ale niektórym liczbom ciężko zaprzeczyć. A te jednak nie pozostawiają złudzeń. W 2024 roku polski eksport do Indii wyniósł 1,44 mld dolarów, natomiast import z Indii 4,36 mld dolarów. Oznacza to deficyt rzędu prawie 3 mld dolarów. W 2025 roku łączna wymiana wyniosła ok. 5,68 mld euro. Do Indii wysyłamy głównie koks, złom, kauczuk syntetyczny, jabłka oraz przyrządy i urządzenia medyczne. Kupujemy z kolei leki, obuwie, odzież, tytoń i olej napędowy.
Na deficyt zwraca uwagę Konfederacja Korony Polskiej. Partia Grzegorza Brauna pyta wprost, kto naprawdę zarobi na podwojeniu handlu z Indiami.
Rząd zapowiada podwojenie wymiany, ale nie ujawnia jednak, czy to polski eksport ma rosnąć. Jeśli w podobnym tempie urośnie import, to obecny deficyt pogłębi się jeszcze mocniej. Tymczasem Tusk sam przyznaje, że chce zrobić z Polski „bramę do Europy” dla indyjskich firm. Kto naprawdę skorzysta na tej ofensywie, okaże się dopiero za kilka lat. Biorąc jednak pod uwagę historię poprzednich „ofensyw” gospodarczych Tuska, to obecne ogłoszenie nie napawa optymizmem.
Na horyzoncie pojawiła się również nowa umowa handlowa UE z Indiami. Jej wstępny kształt uzgodniono już w styczniu 2026 roku. Na jej podstawie mają zostać całkowicie zniesione lub obniżone cła na ok. 90 proc. towarów. Bruksela zapewnia, że wrażliwe sektory unijnego rolnictwa, takie jak wołowina, drób i cukier, zostaną ochronione.
Wielkie zapowiedzi, skromne efekty
Nie da się zaprzeczyć, że Indie to rzeczywiście ogromny rynek. Według prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego kraj ten w 2027 roku wyprzedzi Japonię i stanie się czwartą gospodarką świata. Problem w tym, że Indie same są potęgą produkcyjną i chcą przyciągać do siebie zagraniczne firmy. Premier Modi zapraszał między innymi polskie przedsiębiorstwa do programu „Make in India”. Porozumienie PESY wpisuje się w ten schemat, bo pociągi mają powstawać w Indiach, a nie w Bydgoszczy.
Sam premier w Bengaluru wyraźnie dobrze się bawił. Pochwalił się w mediach społecznościowych, że szef rządu stanu Karnataka nazwał go „maharadżą”, i zadeklarował gotowość „do każdego poświęcenia dla polskich firm”.
Rząd Tuska ma też na koncie zapowiedzi, z których niewiele wyszło. Zapowiadał między innymi walkę z umową UE z Mercosurem, która uderza w polskich rolników. Mimo to umowa jest stosowana od 1 maja 2026 roku, a TSUE odrzucił polski wniosek o jej zawieszenie. Opozycja nazywała tę walkę „politycznym teatrem”. Teraz natomiast rząd ogłasza „ofensywę”, którą będzie można rozliczyć dopiero w 2030 roku.



