Rząd Donalda Tuska i Waldemara Pawlaka szuka pieniędzy na zasypanie budżetowej dziury, a jednym z pomysłów ma być szybka sprzedaż państwowej ziemi rolnej. Lider PSL przekonuje, że w zasobach Agencji Nieruchomości Rolnych leżą miliardy złotych, które można stosunkowo łatwo uruchomić. Problem w tym, że za prostą księgową kalkulacją kryją się poważne pytania: kto naprawdę kupi tę ziemię, czy polskich rolników będzie na nią stać i czy wyprzedaż państwowych gruntów nie okaże się kolejnym ciosem w wieś, która już dziś zmaga się z biedą, rozdrobnieniem gospodarstw i brakiem opłacalności produkcji.
Pawlak znalazł pieniądze w ziemi
Wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak uznał, że rząd nie musi gorączkowo szukać nowych źródeł dochodów ani podnosić podatków, skoro ogromne pieniądze znajdują się niemal pod ręką. Nie leżą wprawdzie na ulicy, ale – według tej logiki – całkiem niedaleko, bo w zasobach Agencji Nieruchomości Rolnych.
Pomysł jest prosty: sprzedać państwową ziemię rolną i w ten sposób zasilić budżet. Pawlak wskazywał, że z gruntów pozostających w dyspozycji ANR można byłoby uzyskać nawet kilkanaście miliardów złotych. Wyliczenie wygląda efektownie: Agencja miała w poprzednim roku ponad dwa miliony hektarów, średnia cena hektara wynosiła około 15 tysięcy złotych, więc po przemnożeniu wychodzi 30 miliardów złotych.
Tyle że wieś nie przyjęła tego pomysłu z entuzjazmem. Nawet „Gazeta Wyborcza”, która trudno podejrzewać o szczególną sympatię do Pawlaka, pisała, że jego wypowiedzi budzą wśród rolników śmiech i zdumienie. Przytaczano komentarze w rodzaju: „chłop urwał się z choinki?”. Niby człowiek ze wsi, a mówi jak ktoś, kto kompletnie nie rozumie realiów polskiego rolnictwa.
Bo papierowe miliardy wyglądają dobrze tylko w ministerialnych tabelkach. W praktyce nie całą ziemię można od razu sprzedać. Część gruntów jest objęta wieloletnimi dzierżawami, część obciążona roszczeniami reprywatyzacyjnymi. Szacuje się, że do około 600 tysięcy hektarów zgłoszono tego rodzaju żądania. Gdyby więc z ponad dwóch milionów hektarów udało się upłynnić połowę, rząd i tak mógłby liczyć na poważne wpływy. I właśnie ta perspektywa najwyraźniej pobudziła wyobraźnię premiera.
Polecamy także: Ustawa o najmie krótkoterminowym pisana przez właściciela mikrokawalerek? Wiceminister Ireneusz Raś tłumaczy się z inwestycji
Donald Tusk szybko zainteresował się planem. Po jednym z posiedzeń rządu mówił, że jest zdeterminowany, aby przyspieszyć sprzedaż ziemi w Polsce. W Sejmie od lutego leży projekt nowelizacji ustawy o gospodarowaniu nieruchomościami Skarbu Państwa. Oficjalnie ma on ułatwić rolnikom zakup ziemi państwowej. Nieoficjalnie trudno nie zauważyć, że w tle znajduje się także potrzeba łatania budżetu.
Rok 2016 i koniec ochrony polskiej ziemi
Sprawa staje się szczególnie ważna w kontekście 2016 roku. Wtedy kończy się okres ograniczeń w zakupie polskiej ziemi przez obywateli innych państw Unii Europejskiej. Dwunastoletni, niepełny szlaban na nabywanie i dzierżawę gruntów przez cudzoziemców wynikał z traktatu akcesyjnego. Po jego zakończeniu każdy obywatel UE będzie mógł kupować ziemię w Polsce bez dotychczasowych barier.
PSL próbuje więc przekonywać swój tradycyjny elektorat: kupujcie teraz, póki ziemia może jeszcze trafić w polskie ręce. Potem jej cena wzrośnie, a kto kupi wcześniej, ten może na tym zarobić. Brzmi to jak zachęta do inwestycji, ale w małych i średnich gospodarstwach, do których ludowcy kierują ten apel, często zwyczajnie nie ma pieniędzy.
Waldemar Pawlak sugeruje, że każde niewielkie gospodarstwo mogłoby dokupić choćby hektar. A jeśli rolnik nie ma gotówki? Od tego są przecież banki i kredyty. Tyle tylko, że taka rada brzmi jak oderwana od życia. Nietrudno sobie wyobrazić, jak banki rzucają się na pożyczkobiorców z biednych gospodarstw, które ledwo wiążą koniec z końcem. Rolników nie urządza perspektywa wieloletnich kredytów, zwłaszcza gdy sama produkcja rolna staje się coraz mniej opłacalna.
Teoretycznie już dziś cudzoziemcy mogą kupować ziemię w Polsce, jeśli uzyskają zgodę Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. W praktyce wielu z nich czeka na moment, gdy zezwoleń nie trzeba będzie już załatwiać. Po co przechodzić przez procedury, skoro za kilka lat będzie można kupować swobodnie?
Zapraszamy do przeczytania podobnego artykułu: Wyższy ryczałt dla przedsiębiorców od 2027 r. Kto zapłaci więcej?
Dlatego pytanie brzmi: czy obecna sprzedaż ziemi rzeczywiście ochroni ją przed wykupem przez obcy kapitał, czy raczej przygotuje grunt pod dalsze transakcje? Polski rolnik kupi dziś za kredyt, a za kilka lat sprzeda z zyskiem silniejszemu finansowo nabywcy. Wtedy ziemia i tak może odpłynąć z rąk rodzinnych gospodarstw.
Wieś po tysiącu dniach rządu Tuska i Pawlaka
Po tysiącu dniach rządu Donalda Tuska i Waldemara Pawlaka polska wieś jest w stanie głębokiej dekoniunktury. To znaczy – mówiąc prościej – bieda jest tam jeszcze większa niż wcześniej. Młodzi ludzie wyjeżdżają za granicę, gdzie podejmują często najcięższe i najmniej atrakcyjne prace, od których stronią miejscowi. Wielu żołnierzy wysyłanych do Afganistanu również ma wiejskie korzenie. Trudno zakładać, że wszyscy ci ludzie wrócą kiedyś do rodzinnych gospodarstw.
Bo po co mieliby wracać, jeśli ani hodowla, ani uprawa w małym gospodarstwie nie dają godziwego dochodu? Ciężka praca przestaje się opłacać. Rolnik, który dawniej mógł utrzymać rodzinę z ziemi, coraz częściej staje się kimś wypychanym poza własny zawód.
PSL proponuje rozwiązanie, według którego sprzedaż ziemi z zasobów państwowych miałaby być skierowana przede wszystkim do właścicieli małych i średnich gospodarstw. Pominięte miałyby zostać największe gospodarstwa, mające po 500 hektarów i więcej. Takich dużych farm jest w Polsce stosunkowo niewiele, około 6–7 procent.
Struktura polskiego rolnictwa pozostaje rozdrobniona. Średnie gospodarstwo nie osiąga nawet 9 hektarów, podczas gdy średnia unijna wynosi około 17 hektarów. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego mamy ponad dwa miliony gospodarstw rolnych, z czego ponad 1,8 miliona to gospodarstwa powyżej jednego hektara. Polska wieś wciąż więc opiera się na małych gospodarstwach, choć od lat władze obiecują Brukseli, że będą zmierzać do koncentracji ziemi.
Tylko czy taka koncentracja rzeczywiście służy polskiej wsi? Czy małe gospodarstwo rodzinne jest problemem, który trzeba usunąć, czy raczej wartością, którą trzeba chronić?
Gospodarstwo rodzinne tylko na papierze
Konstytucja mówi, że podstawą ustroju rolnego w Polsce jest gospodarstwo rodzinne. Dr Ludwik Staszyński w książce „Wieś na wstecznym biegu” przekonuje jednak, że ten zapis został w praktyce wypłukany z treści. Państwo prowadzi politykę koncentracji ziemi, nie zważając na koszty społeczne i dramat rodzin, które tracą podstawę utrzymania.
Ustawa o kształtowaniu ustroju rolnego z kwietnia 2003 roku uznaje za gospodarstwo rodzinne takie, którego powierzchnia użytków rolnych nie przekracza 300 hektarów. W wielu państwach Unii Europejskiej za gospodarstwa rodzinne uznaje się raczej te, które nie przekraczają 50 hektarów. U nas dopuszczono dodatkowo możliwość powiększania gospodarstw przez zakup państwowych gruntów nawet do 500 hektarów.
Staszyński proponuje prostszą i bardziej naturalną definicję. Gospodarstwo rodzinne powinno być oparte przede wszystkim na pracy właściciela i jego najbliższych, a dochód z tej pracy powinien stanowić podstawę utrzymania rodziny. Tyle teoria. W praktyce polski rolnik coraz częściej jest wypychany z ziemi, a polityka rolna państwa, zamiast mu pomagać, pogłębia jego zależność i biedę.
Małgorzata Olesińska ze wsi Franciszków w gminie Tłuszcz pisała w recenzji książki Staszyńskiego, że „polski chłop, sól polskiej ziemi, jest solą w oku niektórych ludzi od dawna. Szkalowany za przywiązanie do żywicielki, tradycji i Kościoła. Mimo postępującej demoralizacji trwa jeszcze na swoim. Walczy. Przetrwał carat, faszyzm, komunę, jest nadzieja, że dzisiejszej demokracji też się nie da”.
To piękne słowa, ale rzeczywistość jest mniej krzepiąca. Wieś coraz częściej sprzedaje ziemię, bo nie ma już siły ani ekonomicznego interesu, by ją uprawiać. Duch Boryny słabnie. W wielu miejscowościach prawdziwych rolników prawie już nie ma. Został sołtys, kilka starszych gospodarstw i coraz więcej domów letniskowych albo całorocznych, należących do mieszkańców miast.
Tam, gdzie rosły ziemniaki i zboże, stoją dziś grille i leżaki. Na dawnych pastwiskach zamiast krów biegają miejskie psy. Wieś zmienia się w zaplecze wypoczynkowe miast, a rolnik, który przez pokolenia był gospodarzem tej ziemi, staje się na niej coraz bardziej obcy.
Importowana żywność i upadek produkcji
Ludwik Staszyński pisze z troską o rolniku rugowanym z ziemi i o polityce rolnej państwa, która wpędza go w biedę – „niewolę naszych czasów”. W sklepach i supermarketach półki uginają się od żywności, ale mało kto zastanawia się, skąd ta żywność pochodzi.
Autor „Wsi na wstecznym biegu” zauważa, że co czwarty plasterek kiełbasy lub szynki i co czwarty kilogram wieprzowiny pochodził w poprzednim roku z Europy Zachodniej. Tymczasem import nie byłby potrzebny, gdyby w Polsce odbudowano towarową produkcję żywca wieprzowego w gospodarstwach rodzinnych.
Problem dotyczy również mleka. Spożywamy go znacznie mniej niż mieszkańcy wielu państw europejskich, a produkcja mleka w Polsce zmniejszyła się o jedną czwartą. Konsumpcja spadła jeszcze bardziej – o 39 procent. Dla wielu grup społecznych żywność jest po prostu zbyt droga, mimo że rolnik wcale nie zarabia na niej godziwie.
Mamy więc paradoks: konsument płaci dużo, rolnik zarabia mało, a coraz większa część żywności przyjeżdża z zagranicy. W takim układzie zyskują pośrednicy, wielki handel i zagraniczni producenci, ale nie polska wieś.
Państwowa ziemia za bezcen i zagraniczne zainteresowanie
Na początku transformacji państwowa agencja przejęła 4,7 miliona hektarów ziemi po byłych Państwowych Gospodarstwach Rolnych i Państwowym Funduszu Ziemi. Ziemię sprzedawano każdemu, kto chciał kupić, często za bardzo niskie ceny.
Więcej na ten temat w tekście: Masz działkę? Po 31 sierpnia możesz zapomnieć o budowie domu
Według danych przywoływanych przez Staszyńskiego, w przeliczeniu na nowe złote za hektar płacono w 1990 roku około 440 zł, w 1991 roku 880 zł, w 1992 roku 1240 zł, a w 2000 roku 4786 zł. Co więcej, grunty sprzedawano często razem z budynkami, inwentarzem i zakładami, na przykład gorzelniami.
Część tego majątku przejęli ludzie, którzy w czasach PRL dorobili się na nielegalnym handlu walutą, tak zwani cinkciarze. Najlepsze kawałki ziemi znalazły nowych właścicieli i dzierżawców już do 1995 roku. Do ubiegłego roku ANR sprzedała 2,7 miliona hektarów i wydzierżawiła 1,7 miliona hektarów, często spółkom polsko-zagranicznym, w których polski udział bywał jedynie dekoracją.
Minister rolnictwa Marek Sawicki zastrzegał, że nikt nie chce naruszać obowiązujących okresów dzierżawy, ale jednocześnie podkreślał, że państwowa ziemia nie może być w praktyce traktowana jak własność dzierżawców. Mówił: „Państwo skutecznie przez 20 lat wyzbywało się władztwa nas swoją własnością i dziś trzeba ją przywrócić”.
Słowa te brzmią rozsądnie, ale przychodzą bardzo późno. Ziemia rolna na świecie nie przybywa, a jej wartość będzie rosła. Polska ziemia interesuje farmerów z Holandii, Niemiec, Danii, Irlandii i wielu innych krajów. Dla nich nasze grunty są atrakcyjne, bo wciąż relatywnie tanie i położone w państwie należącym do Unii Europejskiej.
Dlatego sprzedaż ziemi rolnej jako sposób na łatanie budżetu to pomysł niezwykle ryzykowny. Budżetową dziurę można zasypać na chwilę, ale ziemi raz sprzedanej łatwo się już nie odzyska. A jeśli państwo traktuje własność rolną jak zapas gotówki na trudniejsze czasy, to znaczy, że nie prowadzi polityki rolnej, tylko wyprzedaż majątku.
Na końcu pozostaje pytanie najważniejsze: czy polska ziemia ma być podstawą bytu rodzinnych gospodarstw, czy kolejną pozycją w budżetowym rachunku? Jeśli rząd Tuska i Pawlaka wybierze to drugie, zapłacą za to nie ministrowie, lecz polska wieś.
Wiesława Mazur
Artykuł ukazał się w „Naszej Polsce” nr 33 (772) z 17 sierpnia 2010 r.




