W Danii jest nas ponad pięćdziesiąt sześć tysięcy, licząc razem z urodzonymi już nad Sundem dziećmi polskich rodziców. Polonia w Danii przez lata była największą nienordycką społecznością imigrancką tego kraju i nadal należy do najliczniejszych. Jej początkiem nie jest jednak rok 2004 ani nawet PRL, lecz wiosna 1893 roku, gdy na wyspę Lolland przyjechało pociągiem czterysta kobiet do wyrywania buraków cukrowych. Duńczycy nazwali je roepolakker – burakowymi Polakami – a piętnaście lat później uchwalili z ich powodu pierwszą w swoich dziejach ustawę o zatrudnianiu cudzoziemców.
Ile Polaków mieszka w Danii?
Duński urząd statystyczny prowadzi trzy osobne liczniki: obywatelstwo, kraj pochodzenia imigranta oraz pochodzenie potomków urodzonych już w Danii. Obywatelstwo polskie ma ponad czterdzieści osiem tysięcy mieszkańców kraju. Razem z drugim pokoleniem jest nas w Danii ponad pięćdziesiąt sześć tysięcy. Polski GUS podaje liczbę wyraźnie niższą, bo liczy wyłącznie emigrantów zameldowanych w Polsce – rozbieżność między obiema statystykami sięga niemal dwudziestu tysięcy osób.
| Wskaźnik | Dane | Źródło |
|---|---|---|
| Osoby polskiego pochodzenia | 56 520 | Danmarks Statistik |
| Obywatele polscy | 48 175 | Danmarks Statistik |
| Potomkowie urodzeni w Danii | 8 522 | Danmarks Statistik |
| Największe skupisko | Kopenhaga – 6 744 osoby | Danmarks Statistik |
Po Kopenhadze najwięcej rodaków mieszka w Aarhus, Odense i Aalborgu, a spore skupisko tworzy podstołeczne Frederiksberg. Rozproszenie po całym kraju jest jednak większe niż w innych państwach skandynawskich, bo Polacy pracują tu zarówno w budownictwie wielkomiejskim, jak i w rolnictwie oraz przetwórstwie na Jutlandii i wyspach. Ilu potomków dawnych robotników sezonowych żyje dziś w Danii, tego nie wiadomo – dokładne statystyki nie są znane, bo ci ludzie od dawna figurują w rejestrach jako Duńczycy.
Dziś Polacy w Danii pracują przede wszystkim w budownictwie, rolnictwie, przetwórstwie spożywczym i logistyce, a część znalazła miejsce w usługach oraz branżach technicznych. Duńczycy stykają się więc z polską obecnością na co dzień: na budowie, w magazynie i w szkolnej klasie własnych dzieci.
Skąd wzięli się Polacy w Danii?
Pierwsi przyjechali kopać torf. W 1877 roku około stu pięćdziesięciu polskich robotników trafiło do Jutlandii. Właściwa historia zaczyna się jednak szesnaście lat później i ma konkretną datę. Wiosną 1893 roku spółka De Danske Sukkerfabrikker sprowadziła na Lolland czterysta kobiet do pracy przy burakach cukrowych. Wysiadły z pociągów w Søllested i Nakskov, a miejscowa gazeta odnotowała, że na dworcach zbierały się tłumy, żeby je oglądać.
Skąd dokładnie pochodziły, historycy do dziś się spierają. Duńskie źródło z 1893 roku mówi o Prusach Wschodnich, nowsze opracowania wskazują przede wszystkim na Galicję. Jednoznacznej odpowiedzi nie ma, bo dokumentacja rekrutacyjna była prowadzona według państw zaborczych, nie według narodowości.
Napływ trwał do końca lat dwudziestych. W rekordowym 1914 roku pracowało w Danii od dwunastu do czternastu tysięcy sezonowych robotników z ziem polskich, z czego blisko pięć tysięcy na samym Lolland-Falster. W tamtejszym okręgu mężczyźni stanowili zaledwie około piętnastu procent – ta migracja miała kobiecą twarz. Ostatnie rekrutacje przeprowadzono na przełomie lat 1929 i 1930, a decyzja o ich zakończeniu miała podłoże polityczne, nie techniczne.
Druga fala przyszła po II wojnie światowej, gdy w Danii znalazło się ponad dwieście trzydzieści tysięcy uchodźców, w tym kilkadziesiąt tysięcy spoza Niemiec. Ślady polskie z tamtego czasu są konkretne: w sierpniu 1945 roku po duńskich boiskach jeździł klub piłkarski „Polonia” złożony z górników ze Śląska, a 15 sierpnia 1947 roku w obozie Kvaglund-Hedelund pod Esbjergiem otwarto polską szkołę. Trzecia fala to lata osiemdziesiąte i emigracja solidarnościowa. Czwarta, największa liczbowo, ruszyła po wejściu Polski do Unii Europejskiej.
Roepolakker – polskie koszary na Lolland
Cukrownie nie zamierzały zostawiać sprowadzonych robotnic samopas. Już w 1893 roku wybudowały osiem specjalnych budynków mieszkalnych, każdy dla pięćdziesięciu osób plus nadzorca z rodziną: w Mariebjerg, Vindeby, Horslunde, Vesterborg, Stokkemarke, Ryde, Opager i Kappel. Duńczycy nazwali je polakkaserner – polskimi koszarami. Na Lolland i Falsterze powstało ich w sumie około trzydziestu.
Praca szła na akord. Przerywka i pielenie od końca maja do końca lipca, wykopki od końca września do początku listopada, bez względu na pogodę. Część zapłaty wydawano w naturze: odtłuszczonym mlekiem, ziemniakami i margaryną. Umowa zbiorowa z 1920 roku nakazywała powrót do kraju po sezonie. Mimo to około trzech i pół tysiąca osób nie wróciło – i to ich potomkowie noszą dziś w Danii polskie nazwiska.
Duńskie cukrownictwo zbudowano polskimi rękami – przeważnie kobiecymi, przeważnie bardzo młodymi.
Warunki, w jakich pracowali przybysze, wywołały w Danii debatę publiczną. Prasa robotnicza pisała o nich z mieszaniną współczucia i pogardy, związki zawodowe obawiały się obniżenia płac. Efektem był akt prawny podpisany przez króla Fryderyka VIII 21 sierpnia 1908 roku, znany do dziś potocznie jako Polakloven. Dziewiętnaście paragrafów regulowało zatrudnianie cudzoziemców w rolnictwie, leśnictwie i cegielniach: obowiązek pisemnej umowy w ciągu czternastu dni od przyjazdu, zgłoszenie na policję w ciągu czterech dni, książeczki rozliczeniowe, obowiązkowe ubezpieczenie chorobowe, osobne przepisy dla dzieci poniżej szesnastu lat przyjeżdżających bez rodziców. Grzywny sięgały stu koron, a za namawianie do porzucenia pracy nawet tysiąca.
„Napływ Polaków z południa, przez Gedser i Vamdrup, znów się zaczął. Z każdym dniem przybywa coraz więcej tych biednych, ciemnych niewolników” – Carl Westergaard, „Tyendebladet”, 5 kwietnia 1908 roku.
Jeden z tych budynków przetrwał. Stoi w Tågerup koło Rødby, wzniesiony w 1912 roku przez majątek Lungholm; mieszkało w nim trzydzieści dziewcząt i jeden nadzorca. Od 1984 roku, z inicjatywy redaktora Torstena Elsvora, działa tam Museum Polakkasernen – jedyne muzeum tego rodzaju w Europie. Przed wejściem stoi od 2022 roku rzeźba dwóch roepiger ze stali kortenowskiej, dłuta Steena B. Langvada. Zachowała się też jednostkowa biografia: Anna Oktoba przyjechała do Danii jako czternastolatka, pracowała w majątku Orupgaard pod Nykøbing Falster i zmarła w Danii w 1992 roku.
Polska obecność zostawiła na Lolland ślad także w kamieniu. Kościół świętej Brygidy w Maribo konsekrowano 15 sierpnia 1897 roku; fundusze na jego budowę ksiądz Edvard Ortved zbierał przez trzy zimy, objeżdżając Polskę i Rosję. Z zewnątrz wygląda jak zwyczajna duńska świątynia wiejska, w środku ma kasetonowy strop w stylu południowopolskim. Na msze potrafiło przychodzić trzy tysiące robotników. W Nakskov kamień węgielny pod kościół świętego Franciszka położono 22 kwietnia 1921 roku – cukrownia oddała cegły z rozbiórki, a polscy robotnicy sami oczyścili je z zaprawy. Ksiądz Klessens, który objął parafię w Maribo w 1922 roku, nauczył się polskiego dla swoich wiernych.
Asymilacja poszła jednak szybko. W drugim pokoleniu zaledwie dwadzieścia dwa procent potomków zachowało język polski, a do polskiej organizacji należało pięć procent. Dziś polskie nazwiska na Lolland i Falsterze wymawia się z duńska, a ich nosiciele często dowiadują się o swoim pochodzeniu dopiero w muzeum w Tågerup.
Życie polonijne dziś
Polonia w Danii zbudowała swoją sieć wokół Kopenhagi, Aalborga i kościołów prowadzonych przez redemptorystów. Najważniejsze punkty wyglądają tak:
– Polskie Stowarzyszenie Kulturalno-Społeczne „Ognisko” w Kopenhadze przy Nørrebrogade
– Stowarzyszenie Polsko-Katolickie „Orzeł Biały” we Frederiksbergu
– Klub AGORA oraz Związek Polski w Aalborgu, działający od 1988 roku
– Szkoła Polska imienia Marii Skłodowskiej-Curie przy Ambasadzie RP w Kopenhadze
– Szkoła Polska imienia Urszuli Ledóchowskiej z siedzibą w Viborgu
– Polska Misja Katolicka w Danii z siedzibą przy parafii świętej Anny w Kopenhadze, prowadzona przez redemptorystów
– msze po polsku między innymi w Kopenhadze, Hvidovre, Brønshøj, Aalborgu, Aarhus, Odense, Esbjerg, Roskilde i Maribo
– Ambasada RP przy Richelieus Allé w Hellerup pod Kopenhagą
– Museum Polakkasernen w Tågerup, otwarte w sezonie letnim
– media polonijne: portal Polonia.dk, serwis mypolacywdanii.dk oraz polskojęzyczne wydanie Last Week in Denmark
Kilka dawnych instytucji polonijnych już nie działa – federacja skupiająca stowarzyszenia oraz „Informator Polski” zakończyły działalność, a ich adresy internetowe wygasły. Ciężar pracy przejęły parafie, szkoły sobotnie i grupy lokalne, znacznie mniej sformalizowane niż przed laty.
Codzienne życie w Danii toczy się dla nas w dwóch językach naraz. Język duński otwiera drzwi, które angielski zostawia jedynie uchylone: obywatele Unii Europejskiej mogą korzystać z bezpłatnych kursów języka duńskiego, a w części zawodów, zwłaszcza w opiece, edukacji i administracji, potwierdzona znajomość duńskiego jest formalnym wymogiem. Dzieci z polsko-duńskich domów rosną dwujęzycznie: duńskiego uczą się w przedszkolu i szkole, polskiego w domu oraz na sobotnich lekcjach. Polonia w Danii pielęgnuje przy tym własną kulturę, a Duńczycy bywają na polskich świętach, koncertach i wystawach jako goście, nie obserwatorzy. Duńskie społeczeństwo ceni zaufanie, poczucie wspólnoty i równość w kontaktach, więc najkrótszą drogą do niego pozostaje dla nas język oraz zwykła sąsiedzka rozmowa.
Polacy w Danii – najczęstsze pytania
Czy Duńczycy lubią Polaków?
Dzisiejsze nastawienie jest życzliwe i rzeczowe: Polacy uchodzą za pracowitych, punktualnych i niekonfliktowych, a w budownictwie oraz rolnictwie za fachowców trudnych do zastąpienia. Historycznie bywało inaczej – prasa robotnicza początku XX wieku pisała o przybyszach z ziem polskich językiem, który dziś uznalibyśmy za obraźliwy. Duńczycy sami tę zmianę uznają za jedną z lepszych kart swojej historii społecznej, czego dowodem jest muzeum poświęcone roepolakkom. Krótko mówiąc, w Danii lubią Polaków, choć droga do tej sympatii była długa.
Gdzie w Danii mieszka najwięcej Polaków?
Największym skupiskiem jest Kopenhaga, gdzie mieszka blisko siedem tysięcy osób polskiego pochodzenia, a razem z Frederiksbergiem ponad siedem i pół tysiąca. Kolejne są Aarhus, Odense i Aalborg. Poza dużymi miastami Polacy są rozproszeni po Jutlandii i wyspach, gdzie pracują w rolnictwie, przetwórstwie i budownictwie.
Skąd w Danii wzięły się polskie nazwiska?
To spuścizna po robotnikach sezonowych sprowadzanych na plantacje buraka cukrowego od 1893 roku. Około trzech i pół tysiąca osób nie wróciło po sezonie i osiadło na stałe, głównie na Lolland i Falsterze. Ich potomkowie zasymilowali się bardzo szybko: już w drugim pokoleniu tylko co piąty zachował język polski. Nazwiska przetrwały jednak w duńskiej pisowni i są dziś najlepiej widocznym śladem tamtej migracji.
Gdzie można zobaczyć ślady po polskich robotnicach z Lolland?
Podstawowym adresem jest Museum Polakkasernen w Tågerup koło Rødby, mieszczące się w oryginalnym baraku z 1912 roku – to jedyne takie muzeum w Europie. Przed budynkiem stoi rzeźba dwóch dziewcząt burakowych. Ślady sakralne to kościół świętej Brygidy w Maribo z polskim stropem kasetonowym oraz kościół świętego Franciszka w Nakskov, zbudowany z cegieł oczyszczonych przez samych robotników.
Jak się dziś żyje Polakom w Danii?
Warunki są dobre, ale wymagania wysokie. Duński rynek pracy opiera się na układach zbiorowych i silnych związkach zawodowych, więc płace są przyzwoite, lecz wejście bez umowy związkowej bywa trudne. Barierą pozostaje język: duński jest wymagany w administracji, opiece i ochronie zdrowia, choć w budownictwie i branży IT wystarcza angielski. Sporym ułatwieniem jest gęsta sieć polskich szkół sobotnich i parafii, dzięki którym drugie pokolenie nie traci języka tak szybko, jak sto lat temu.




