Polska na nowo zaludnia mapę Europy – tym razem nie jako państwo, lecz jako miliony ludzi z polskim paszportem szukających pracy w Londynie, Dublinie, Berlinie czy Mediolanie. Co zostaje z polskości, gdy gospodarstwo domowe przenosi się za granicę? Profesor Piotr Jaroszyński sięga po klasyczne narzędzia filozofii kultury i pyta o jedyną rzecz, której emigrant zabiera ze sobą bez bagażu – i którą najłatwiej traci. O język.
Dla wielu Polaków emigracja stała się już chlebem powszednim. Po prostu wyjeżdżają, by osiąść tam, gdzie czeka na nich praca. Może to być Anglia, Niemcy, Norwegia, Francja czy Włochy. Niektórzy planują pobyt krótszy, inni dłuższy, a jeszcze inni chcą wyjechać na zawsze. I nie ma co się dziwić. Jeżeli własne państwo nie jest zainteresowane tworzeniem takich warunków życia, które dają perspektywy, zwłaszcza ludziom młodym, to ci młodzi będą wyjeżdżać i nikt ich nie zatrzyma, a każda dyskusja zakończy się pytaniem: gdzie mam pracować i za co żyć?
Ale własne państwo to coś więcej niż życie w państwie. W państwie żyją różni ludzie, różne warstwy społeczne, a nawet różne narody. Nie dla wszystkich państwo jest ich państwem. Ich to znaczy pewnym dziedzictwem i zadaniem. Gdy mowa o własnym państwie to w grę wchodzi perspektywa historyczna i kulturowa, szersza i mocniejsza niż wymiar czysto ekonomiczny lub polityczny. Te ostatnie skierowane są na środki do życia, ale nie dają celu i sensu.
Taki cel i sens daje ojczyzna, czyli własne państwo. Dziś ten związek emocjonalny i duchowy z własnym państwem ulega coraz większej erozji. I to jest smutne, ponieważ odbija się na spłyceniu życia
człowieka właśnie w wymiarze duchowym. Symbolem takiego spłycenia jest systematyczne obniżanie poziomu języka ojczystego. By stało się to jaśniejsze, oddajmy głos poecie, bo przecież to
właśnie język jest głównym warsztatem jego pracy. Poeta ten zapytany kiedyś o możliwość wyemigrowania odpowiedział stanowczo: „Nie, nigdy nie miałem pokus emigracyjnych, chociaż nie
uważam emigracji za coś nienaturalnego”. A więc emigracja nie jest niczym niezwykłym, ludzie emigrowali dawniej, emigrują i dziś. Jest tylko jedno ale, jedna przeszkoda, która dla ludzi
na pewnym poziomie kultury, jest przeszkodą zasadniczą. Oto jak tłumaczy to nasz poeta: „Obawiałem się tego, że jeżeli będę emigrantem, to stracę jedyną rzecz, którą w jakiś sposób posiadam, to
znaczy język”. Ktoś powie, że przecież emigranci nadal mówią w swoim języku ojczystym, mówią do końca życia.
Czytaj więcej w dziale Felietony…
Owszem, w zdecydowanej większości tak. Tylko co to jest za język? Co się z nim dzieje przez lata? Rozwija się czy deformuje i zamiera? Oto są pytania. Może nie tak ważne dla emigranta ekonomicznego, ale dla emigranta, którym miałby zostać nasz poeta, są to pytania wielkie. Dlatego wyjaśniał: „Poznałem wprawdzie później emigrantów z mego kraju i mówili chyba językiem poprawniejszym od mego, bardziej rasowym. Ale mój język miał lepszy węch, szybciej pędził. Może zatem chodziło nie o strach przed utratą języka, ale o to, o czym tak wspaniale pisze Canetti:
o walkę o język, o zamieszkanie w jednym języku na stałe”. Właśnie tak, bo nie chodzi tylko o zachowanie języka w jego poprawności, ale o to, by ten język był dla nas doskonałym środkiem, który pozwala przeniknąć wszędzie, gdzie chcemy lub czujemy taką potrzebę. Język nie jak cegłówki, tępe i kanciaste, ale właśnie bystry jak wzrok, czuły jak ucho, subtelny jak dotyk, lotny jak wyobraźnia, precyzyjny jak logika. To jest właśnie ten język, o którym mówi poeta, że tak naprawdę staje się takim tylko język ojczysty w ojczyźnie.
A człowiek wrażliwy i przenikliwy, który pragnie, czy wręcz pała żądzą przylgnięcia do rzeczywistości, by ją odczuwać, rozumieć i wyrażać, bez takiego narzędzia wręcz się dusi, nie ma czym
oddychać, bo nie ma czym nazywać świata, który dźwięczy, pachnie, drży i barwi. Bez języka, który byłby w pełni do naszej dyspozycji w najtrudniejszych nawet warunkach, musi nastąpić niedorozwój albo uwiąd duchowy. Dlatego walka o język jest kluczowa w walce o wolność narodu, bo naród to ostatecznie królestwo ducha osadzone w języku.
Tak też odczytywał swoje miejsce w tej walce o język krzyżując szable z brunatnym i czerwonym totalitaryzmem poeta Zbigniew Herbert („Humanistyka to przygoda”, 1996). Robił to wybornie, najlepiej. Jego poezja, cóż za odtrutka dla oka, ucha i umysłu, nie tylko dawniej, ale i dziś. Dziś jeszcze bardziej, bo gdy elity zupełnie zdziczały, poeta pokaże nam drogę, jasną i czystą jak jasne i czyste potrafi być słowo, polskie słowo.
ⓘ Informacja o publikacji
Tekst Piotra Jaroszyńskiego pt. „Emigracja i język” ukazał się pierwotnie w wydaniu papierowym tygodnika „Nasza Polska” nr 27 z dnia 1 lipca 2014. Reprint na portalu naszapolska.pl w ramach digitalizacji archiwum redakcji. Wszelkie prawa do oryginalnego tekstu zastrzeżone – Piotr Jaroszyński / „Nasza Polska”.
Piotr Jaroszyński




