Artykuł to publicystyczny portret Marka Belki w kontekście jego kandydatury na prezesa Narodowego Banku Polskiego, zgłoszonej przez Bronisława Komorowskiego. Autor prześledza drogę Belki od aktywności w PZPR i zarejestrowania go przez wywiad PRL pod pseudonimem „Belch”, przez funkcje doradcy Aleksandra Kwaśniewskiego, ministra finansów i premiera, aż po posady w MFW, Banku Światowym, JP Morgan i władzach koalicyjnych w Iraku. Tekst opisuje też środowisko łódzkich ekonomistów, „generację ’84” oraz członkostwo Belki w Komisji Trójstronnej.
„Cudowne dziecko” partyjnej Łodzi
Aktywista PZPR, współpracownik wywiadu, doradca Kwaśniewskiego, sympatyk Unii Wolności, człowiek międzynarodowej finansjery. Powszechnie sądzi się, że wysunięcie kandydatury Marka Belki na prezesa NBP było ze strony Bronisława Komorowskiego gestem przedwyborczym, obliczonym na pozyskanie wyborców lewicy. To zapewne prawda – ale z pewnością nie cała. Wybory rozstrzygną się bowiem za kilka tygodni, a prezes banku centralnego, jeśli zostanie teraz wybrany, będzie urzędował przez 6 lat, czyli dłużej niż trwa kadencja prezydenta. Trudno więc uznać decyzję Komorowskiego za doraźną i nieprzemyślaną. Wydaje się raczej, że jest odwrotnie: to świadomy wybór marszałka – a z pewnością i premiera Tuska – na rzecz trwałego sojuszu ze środowiskami, których reprezentantem jest Belka.
Kilkanaście lat temu Adam Glapiński mówił o istnieniu „generacji ’84”, którą zdefiniował jako „pokolenie komunistów, którzy w stanie wojennym mieli około trzydziestu lat. Oni nie byli obciążeni ideologicznie. Nie czytali klasyków marksizmu, nie interesowali się doświadczeniem radzieckim. Byli zapatrzeni w Zachód, jeździli na stypendia do USA, bo sami je sobie w uczelnianych komitetach PZPR przydzielali, zresztą za wiedzą i zgodą Amerykanów. Wszelki opór wobec stanu wojennego, np. w kontaktach towarzyskich na SGPiS-ie, traktowali jako wadę umysłową i niedostatek inteligencji, który każe stawiać na złego konia. Tak zostali wychowani w swych komunistycznych domach. Część z nich równolegle z sekretarzowaniem w PZPR i karierą partyjną należała też do »Solidarności«” (J. Kurski, P. Semka, „Lewy czerwcowy”, s. 106-107).
Czytaj więcej w dziale Felietony…
Do tej definicji niemal idealnie pasuje Marek Belka (rocznik 1952). Niemal – bo Glapiński mówił o dobrze sobie znanym środowisku warszawskim, podczas gdy obecny kandydat na prezesa NBP pochodzi z Łodzi. Ale i tam, na Wydziale Ekonomicznym Uniwersytetu Łódzkiego, w czasach Gierka i Jaruzelskiego dorastała „generacja ’84”. Jej naukowym patronem był prof. Cezary Józefiak, wówczas jeszcze członek PZPR, a po 1989 r. związany z Unią Wolności. Wśród uczelnianych kolegów Belki – uchodzącego za „cudowne dziecko”, skoro studia ukończył i pracę na uczelni zaczął w wieku 21 lat, doktorat obronił w wieku 26, a habilitację w wieku 34 – warto wymienić Annę Fornalczyk, Jarosława Bauca, Bogusława Grabowskiego, Jerzego Pruskiego i Jacka Saryusza-Wolskiego, późniejszych ministrów, prezesów i członków Rady Polityki Pieniężnej. Nie wszyscy wprawdzie należeli do partii, ale ich możliwości rozwoju, zwłaszcza wyjazdów zagranicznych, były wówczas nieporównanie większe niż przeciętnych Polaków.
Towarzysz „Belch”
Sam Belka w latach 70. był stypendystą Fundacji Fulbrighta na Columbia University, a także Amerykańskiej Rady Towarzystw Naukowych na University of Chicago oraz w London School of Economics. Możliwość zagranicznych wojaży zawdzięczał rzecz jasna nie tylko opinii zdolnego naukowca, ale i przynależności do PZPR, datującej się od 1973 r. Wiele lat później tłumaczył swoją postawę: „To nie był klasyczny wybór ideowy. Ktoś mi kiedyś powiedział, że w ogóle po 1968 r. przestało być ideowo w partii. Kilka lat później wydawało się, że po marcowej atmosferze nie ma śladu. To był wczesny Gierek, okres nadziei, wielkiego optymizmu, ludzie myśleli, że idzie na dobre, kraj się otwiera. A w środowisku łódzkich ekonomistów bardzo wiele osób było w partii. A może po prostu była to w tamtych czasach dosyć oczywista droga dla człowieka aktywnego społecznie” („Polityka”, 9.02.2002 r.).
Warto przypomnieć, że z zagranicznymi wyjazdami ludzi „generacji ’84” najczęściej wiązała się współpraca z PRL-owskim wywiadem. Tak było i w przypadku Belki. Z materiałów zachowanych w IPN wynika, że funkcjonariusze I Departamentu MSW zarejestrowali go jako swojego współpracownika pod pseudonimem „Belch” przed wyjazdem do USA w 1984 r. Podczas pobytu za oceanem Belka przekazał wywiadowi dwa opracowania ekonomiczne „o wartości porównawczej”, które uzyskał na uniwersytecie w Chicago. Poinformował również o rozmowie, jaką przeprowadziło z nim dwóch funkcjonariuszy FBI. Teczkę „Belcha” zamknięto w 1987 r.
Jeszcze przed tym wywiadowczym epizodem, na początku lat 80., Marek Belka był I sekretarzem POP PZPR na swoim wydziale i to na jego ręce po 13 grudnia 1981 r. wielu towarzyszy oddawało legitymacje partyjne. Jak sam wspominał: „Gdybym nie był tym sekretarzem, tobym pewnie oddał. A tak w moje ręce legitymację oddawała Fornalczykowa, Saryusz-Wolski”.
Nadworny ekonomista prezydenta
Po zmianie ustroju łódzki ekonomista poświęcił się działalności naukowej, co zaowocowało objęciem w 1993 r. funkcji dyrektora Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN. Równocześnie ruszyła jego kariera doradcy: przy Ministerstwie Finansów, Centralnym Urzędzie Planowania, Ministerstwie Przekształceń Własnościowych oraz w rządowej Radzie Strategii Społeczno-Ekonomicznej, której był wiceprzewodniczącym. W lutym 1996 r., dzięki rekomendacji Leszka Balcerowicza, nowy prezydent Aleksander Kwaśniewski powołał Belkę na swojego doradcę ekonomicznego. Rok później, gdy fotel wicepremiera i ministra finansów opuścił Grzegorz Kołodko, zastąpił go właśnie Belka. Urzędował zaledwie 8 miesięcy, do końca rządów Włodzimierza Cimoszewicza, by niedługo potem wrócić na stanowisko prezydenckiego doradcy, na którym spędził kolejne 3 lata. Zasiadał wtedy również w radzie nadzorczej sztandarowego banku postkomunistycznej nomenklatury – BIG Banku Gdańskiego, przekształconego później w Bank Millenium.
Gdy w 2001 r. SLD szykowało się do powrotu do władzy, Belka został oficjalnym kandydatem na ministra finansów, co należy tłumaczyć cichym podziałem wpływów między Leszkiem Millerem a Kwaśniewskim. Szef SLD miał jednak z Belką same kłopoty: na kilka dni przed wyborami przyszły minister ujawnił swoje plany cięć budżetowych, w tym wydatków socjalnych. Prawdopodobnie te zapowiedzi kosztowały postkomunistów kilka procent głosów, a przez to brak samodzielnej większości w Sejmie i konieczność koalicji z PSL. Już w lipcu 2002 r., znów po 8 miesiącach urzędowania, Belka niespodziewanie podał się do dymisji, ustępując miejsca Kołodce. Wiązano to z jego agenturalną przeszłością, ale i z narastającym konfliktem między prezydentem a premierem. Zwycięzcą tego konfliktu okazał się Kwaśniewski, który wiosną 2004 r. wymusił dymisję Millera i przejął inicjatywę w sprawie powołania jego następcy. Tak nowym szefem rządu został Marek Belka.
Z notesu Barbary Labudy
Lewicowy dziennikarz Robert Walenciak tak opisywał kulisy powstania tego gabinetu: „Dwa notesy były najczęściej używane, gdy Marek Belka w kwietniu kompletował swoją ekipę. Pierwszy to notatnik samego premiera – stąd pochodzą nazwiska jego najbliższych współpracowników, a także ministrów resortów gospodarczych. Na czym jak na czym, ale na finansach i gospodarce Belka zna się doskonale, więc ministrów finansów, skarbu czy infrastruktury dobrał według własnego rozeznania. Drugim był notes Barbary Labudy, minister w Kancelarii Prezydenta. Belka zna ją z czasów pracy w Kancelarii Prezydenta. Ich tymczasowe warszawskie mieszkania są w tym samym budynku. W trudnych dniach układania rządu premier schodził dwa piętra niżej, by przy herbacie przegadać państwowe sprawy. Notes Labudy zawierał nazwiska ludzi ze środowiska Unii Wolności, z organizacji pozarządowych, ekspertów” („Przegląd”, 30.08.2004 r.).
Rząd Belki nie był więc – jak się często sądzi – kolejnym rządem SLD. W rzeczywistości stanowił pozaparlamentarny „rząd zaufania” prezydenta Kwaśniewskiego, którego marzeniem od czasów „okrągłego stołu” był sojusz „światłej” części postkomunistów ze środowiskiem Unii Wolności. Warto zauważyć, że w ekipie Belki tylko kilka resortów objęli politycy SLD, i to wyłącznie ci uchodzący za „ludzi Kwaśniewskiego”: MSZ – Cimoszewicz, MON – Jerzy Szmajdziński, MSWiA – Ryszard Kalisz, rolnictwo – Wojciech Olejniczak. Pozostałe stanowiska premier obsadził „bezpartyjnymi fachowcami”. Jednych znał z kręgów finansowych, jak ministra finansów Mirosława Gronickiego, głównego ekonomistę Banku Millenium, ministra skarbu Jacka Sochę, wieloletniego szefa Komisji Papierów Wartościowych i Giełd, czy ministra infrastruktury Krzysztofa Opawskiego, wcześniej kierującego Radą Giełdy Papierów Wartościowych. Innych podpowiedziała Labuda, czyli tak naprawdę środowisko Geremka, Michnika i Kuronia. Sztandarową postacią był tu minister edukacji Mirosław Sawicki, wychowanek „drużyn walterowskich”, marcowy „komandos”, współpracownik KOR, a w III RP wysoki urzędnik MEN, awansowany przez premiera Cimoszewicza na wiceministra tego resortu. Zastępczynią Sawickiego została Anna Radziwiłł, była wiceminister edukacji z rządu Mazowieckiego, senator Unii Demokratycznej i przewodnicząca Rady Fundacji Batorego. Na fotel ministra zdrowia wrócił Marek Balicki, wówczas senator SdPl, wcześniej wieloletni poseł UD, a prezesem NFZ Belka uczynił Jerzego Millera, byłego wiceministra finansów u boku Balcerowicza (o Millerze – obecnie szefie MSWiA – pisaliśmy w poprzednim numerze „NP”). Funkcję szefa Agencji Wywiadu otrzymał zaś Andrzej Ananicz, były wiceminister spraw zagranicznych z czasów Skubiszewskiego i Geremka.
Pechowy demokrata
Nominacje te nie mogły podobać się dużej części SLD, ale ponieważ szefem partii był Krzysztof Janik, kolejny „człowiek Kwaśniewskiego”, nastroje niechętne Belce pacyfikowano. Sytuacja zmieniła się na przełomie 2004 i 2005 roku, gdy na kongresie SLD Janik przegrał rywalizację z Józefem Oleksym, a Unia Wolności postanowiła przyjąć nową nazwę: Partia Demokratyczna – demokraci.pl. Jednym z liderów „nowej” formacji został wicepremier i minister gospodarki w rządzie Belki Jerzy Hausner, demonstracyjnie występując z SLD. Niedługo potem przynależność partyjną zmienił także sam Belka, który zresztą szykował się do tego wcześniej.
Jak wspominał lider UW Władysław Frasyniuk: „Poznałem go na parę dni przed tym, gdy został premierem. Jako kandydat na szefa rządu zaproponował mi rozmowę i nagle podczas niej uzmysłowiłem sobie, że mam do czynienia z osobą, której kompletnie nie znałem, a która myśli podobnie jak ja. Uświadomiłem sobie, że Belka ma niezwykłą odwagę, bo pyta mnie – szefa partii pozaparlamentarnej – o różne rzeczy związane z rządem, problemami kraju, nawet z konkretnymi nazwiskami. Poprosił na przykład, by eksperci związani z Unią Wolności przygotowali mu pewne analizy. W pewnym momencie powiedziałem nawet: »Panie premierze, żeby była jasność, ja jestem z UW, a pan jest z SLD«. A on na to: »A tak, rzeczywiście. Ale nie mam żadnego innego środowiska, do którego mógłbym się zwrócić z przekonaniem, że szczerze i bezinteresownie powie, co należy zrobić«. Tak właśnie powiedział” („Głos Wielkopolski”, 15.04.2005 r.).
Chcąc wykorzystać „efekt nowości” demokratów, Belka postanowił podać się do dymisji i doprowadzić do wcześniejszych wyborów parlamentarnych w czerwcu 2005 r. Towarzyszyło temu pamiętne wystąpienie premiera 3 marca w Sejmie, gdy krzyczał do posłów: „Koniec teatru politycznego, do roboty!”. Mało kto jednak pamięta, że zaraz po tej tyradzie Belka opuścił gmach parlamentu i udał się do siedziby Fundacji Batorego, gdzie oświadczył: „Od pierwszych dni działania mojego rządu formułowałem program bliski temu, co mówią inicjatorzy Partii Demokratycznej”. Demonstracja ta na niewiele się jednak zdała – prezydent odmówił przyjęcia dymisji szefa rządu i mimo wszystko postanowił trzymać się SLD, zwłaszcza że w tym czasie Oleksego zastąpił Olejniczak. Efekt był taki, że Belka urzędował do końca października 2005 r., a we wrześniowych wyborach PD uzyskała niespełna 2,5 proc. głosów. Sam Belka startował do Sejmu z Łodzi, gdzie zdobył prawie 13 tys. głosów – mniej niż lokalni liderzy PiS i PO.
Człowiek najwyższego zaufania
Po tej nieudanej przygodzie z polityką były premier wybrał karierę za granicą. Już na początku 2006 r. objął funkcję sekretarza wykonawczego Komisji Gospodarczej ONZ ds. Europy, a 3 lata później został dyrektorem Departamentu Europejskiego w Międzynarodowym Funduszu Walutowym. Nie były to zresztą pierwsze zagraniczne posady w jego życiorysie. Już na początku lat 90. został konsultantem Banku Światowego, dla którego realizował projekt badania funkcjonowania polskich przedsiębiorstw. Gdy po raz pierwszy opuścił rząd w 1997 r., szybko zdobył posadę doradcy rządu Albanii, przeżywającej wówczas kryzys finansowy. Po odejściu z gabinetu Millera został doradcą ds. Europy Środkowej i Wschodniej jednego z największych amerykańskich banków – JP Morgan. Od czerwca 2003 r. pełnił funkcję szefa koalicyjnej Rady Koordynacji Międzynarodowej w Iraku, a 4 miesiące później został dyrektorem ds. polityki gospodarczej w Tymczasowych Władzach Koalicyjnych w Iraku, odpowiedzialnym za reformę walutową, stworzenie nowego systemu bankowego i nadzór nad gospodarką. W Bagdadzie urzędował do kwietnia 2004 r., gdy został premierem rządu RP.
Nawiązując do tych faktów, Ludwik Dorn stwierdził: „Postawmy pytanie, co Polska z tego miała. Nic. A firmy innych krajów – i owszem. To jest kluczowe pytanie. (…) Ponadto z ręki amerykańskiej takie funkcje w Iraku mógł otrzymać tylko ktoś, kto cieszy się najwyższym zaufaniem. Takim zaufaniem nie obdarza się za darmo. Wolałbym, żeby szefem NBP został jednak ktoś, do kogo nasi amerykańscy przyjaciele mają mniejsze zaufanie”. Dorn dodał również: „Nie chciałbym, żeby polski bank centralny był oddziałem nieformalnego bytu, jakim jest pewien układ interesów międzynarodowej finansjery” (wywiad dla portalu onet.pl, 28.05.br.).
Warto w tym miejscu wspomnieć o jeszcze jednym fakcie. Otóż Marek Belka jest również członkiem Trilateral Commission (Komisji Trójstronnej) – zakulisowego gremium skupiającego wybranych członków elit politycznych i gospodarczych trzech kontynentów: Europy, Ameryki i Japonii. Powstało ono w 1973 r. z inicjatywy Davida Rockefellera i Zbigniewa Brzezińskiego, a wśród jego członków są takie postaci jak Henry Kissinger, Jimmy Carter czy Bill Clinton. Do Polskiej Grupy Komisji Trójstronnej należeli lub należą także: Andrzej Olechowski, Janusz Palikot, były prezes Orlenu Zbigniew Wróbel, była szefowa Agory Wanda Rapaczyńska, redaktor naczelny „Polityki” Jerzy Baczyński oraz dominikanin o. Maciej Zięba. Komisja spotyka się co jakiś czas w innym miejscu, a jej obrady są poufne. Co ciekawe, jedno z takich spotkań odbyło się także w Warszawie – w maju 2004 r., akurat kilka dni po tym, jak Belka został premierem.
Paweł Siergiejczyk




