Czy mediom uda się wylansować nowego lidera “umiarkowanej prawicy” z udeckim
rodowodem?
Nazwisko ministra sprawiedliwości od wielu dni nie schodzi z czołówek mediów.
Rosną grupy jego krytyków i obrońców. Sam Jarosław Gowin najwyraźniej dobrze się
czuje w tej sytuacji, skoro świadomie używa języka budzącego emocje: mówi, że
“ma w nosie” literę prawa, i oskarża “sitwę prawników”. W środowiskach
lewicowo-liberalnych podnosi się wrzawa, że to “powrót języka IV RP”, w
prawicowych nie brakuje ludzi, którzy kibicują ministrowi i wiążą z nim duże
nadzieje. Jaka jest prawda o krakowskim polityku i jaką rolę może on jeszcze
odegrać?
W swojej książce o Platformie Obywatelskiej Janusz Palikot napisał, że Gowin
“jest maksymalnie nastawiony na grę z mediami. Praktycznie nie odkłada telefonu
komórkowego. (…) permanentnie ma słuchawkę przy uchu”. Rzeczywiście, obecny
minister sprawiedliwości osiągnął swoją pozycję właśnie dlatego, że stał się
postacią stale obecną w mediach. Pracował na to przez dwie kadencje – najpierw
jako senator (w latach 2005-2007), a następnie poseł (2007-2011). Szczególnie
istotną rolę w lansowaniu Gowina odegrała Katarzyna Kolenda-Zaleska z TVN, jego
dobra znajoma z “krakówka”, córka pierwszego lidera tamtejszej PO. Nic dziwnego,
że kilka dni temu Kolenda-Zaleska zamieściła w “Gazecie Wyborczej” felieton pod
jednoznacznie brzmiącym tytułem: “Bronię Gowina”.
“Pozytywna szajba”
Jednak aktywność medialna krakowskiego polityka nijak się ma do jego realnych
dokonań. Co prawda zawsze lubił podejmować się zadań, które mogły przynieść mu
rozgłos, ale zwykle były to zadania, z których nic nie wychodziło. W poprzedniej
kadencji Sejmu Gowin był “twarzą” dwóch projektów: ustawy regulującej
zapłodnienia in vitro oraz zmian w konstytucji (przez rok kierował nawet komisją
konstytucyjną). Ale żaden z tych projektów nie został uchwalony. Natomiast
innymi, bardziej “przyziemnymi” tematami krakowski poseł nie raczył się zajmować
– jego praca w Sejmie, mierzona choćby liczbą wystąpień, wypada bardzo miernie.
Od początku było widać, że Gowin czeka na coś “naprawdę poważnego”.
I w końcu się doczekał. Gdy po drugich wygranych wyborach Donald Tusk postanowił
powierzyć mu resort sprawiedliwości, reklamował krakowianina jako człowieka “z
pozytywną szajbą”, który dokona deregulacji gospodarki i usprawnienia wymiaru
sprawiedliwości. Po takiej rekomendacji Gowin był w swoim żywiole: w coraz
liczniejszych wywiadach zapowiadał szeroko zakrojone reformy. Ale gdy ujawnił
listę zawodów, które zamierza “zderegulować”, okazało się, że cała operacja
sprowadza się albo do drobnych, mało znaczących ułatwień (np. zniesienia
egzaminu ze znajomości miasta dla taksówkarzy), albo do uwolnienia zawodów tak
rzadkich (np. trenerzy sportowi, przewodnicy turystyczni, zarządcy nieruchomości
czy marynarze żeglugi śródlądowej), że ich wpływ na poziom bezrobocia – co miało
być głównym argumentem na rzecz całej operacji – jest prawie niezauważalny. W
jedynej kategorii zawodów, która może mieć jakieś znaczenie, a przy tym leży w
kompetencjach ministra sprawiedliwości – w zawodach prawniczych – Gowin akurat
nie miał wiele do zaproponowania, gdyż zasadnicze ułatwienia dokonały się tu już
kilka lat temu dzięki posłom PiS. Można jedynie skrócić czas aplikacji albo
umożliwić płynne przechodzenie z jednej korporacji do drugiej (np. prokuratorów
do adwokatury czy notariatu), ale to raczej zmiany kosmetyczne.
Wielkim reformatorem gospodarki Gowin więc nie zostanie, a i w wymiarze
sprawiedliwości jego deklaracje znacznie wykraczają poza to, co może i chce
zrobić. Szumnie zapowiadana reforma sądownictwa miała polegać na likwidacji
części sądów rejonowych, czyli tych, które są najbliżej obywatela, i
przeniesieniu sędziów do większych jednostek. Na szczęście projekt ten
zawetowało PSL, co oznacza, że nie ma szans na jego uchwalenie. Natomiast sprawa
reformy prokuratury jasno pokazała, że resort Gowina nie wypracował żadnej
spójnej koncepcji i miota się od ściany do ściany. Przed wybuchem afery Amber
Gold w ministerstwie powstał projekt faktycznie z powrotem uzależniający
prokuraturę od rządu, a kilka tygodni później, gdy prokuratorzy znaleźli się pod
pręgierzem opinii publicznej, niespodziewanie zmieniono koncepcję na rzecz
wzmocnienia pozycji prokuratora generalnego.
Temat kontynuujemy w artykule: Grzegorz Lorek wraca do PiS. Kim jest poseł z Piotrkowa?
Wydaje się zatem, że kwintesencją ministerialnej działalności Gowina jest to, co
powiedział ostatnio gdański sędzia Ryszard Milewski: że już w sierpniu miał
telefony od wiceministra, który “żądał, bym robił dyscyplinarki kuratorom,
sędziom, prezesom i sam ich nie ogłaszał, bo minister to zrobi w telewizji”.
Nawet jeśli w tej konkretnej sprawie Milewski kłamie (tak przynajmniej twierdzi
resort sprawiedliwości), to trafnie oddał on prawdziwe oblicze ministra, którego
głównym celem jest promocja własnej osoby.
Katolik tischnerowski
Tak cyniczne podejście krakowianina do polityki może zaskakiwać tych, którzy
przyjmują za dobrą monetę jego wizerunek niezłomnego katolika i konserwatysty.
“Jestem prawicowym mastodontem” – chwalił się w jednym z wywiadów. Ale to tylko
kolejna poza – tak samo, jak pozuje na “szeryfa”, który walczy z “prawniczą
sitwą”. W rzeczywistości Gowin jest typowym przykładem “katolika otwartego”,
wychowanego w środowisku “Tygodnika Powszechnego” (z którym przez wiele lat
współpracował) i miesięcznika “Znak”, którym kierował przez całą dekadę
(1995-2005). Szkoda miejsca na szczegółowe omawianie ówczesnej twórczości Gowina
i zawartości krakowskiego periodyku (zainteresowanych odsyłam na stronę
internetową “Znaku”, gdzie można znaleźć wszystkie numery archiwalne). Tym
bardziej że stanowiły one kalkę poglądów “Gazety Wyborczej” na wszystkie
zasadnicze sprawy – może z wyjątkiem lustracji, której entuzjastą obecny
minister ogłosił się niedługo przed wejściem do czynnej polityki.
Za jego ideowe credo z tamtych czasów można uznać myśl wyrażoną w książce
“Kościół w czasach wolności 1989-1999”: “Jedną z największych strat Kościoła w
ostatniej dekadzie jest zerwanie dialogu z liberalną inteligencją laicką, tymi,
których katolicy powinni traktować – według określenia arcybiskupa Życińskiego –
jako wędrowców wspólnego szlaku. W ciągu ostatnich kilku lat klimat
»Kulturkampfu«, jaki panował na początku dekady, ustępować zaczął nieśmiałym
próbom ponownego nawiązania rozmowy. Od tego, czy uda się nawiązać rzeczową
dyskusję, zależy bardzo wiele”. I takim “nawiązywaniem dyskusji” zajmował się
Gowin jako redaktor naczelny “Znaku”, publikując z jednej strony teksty
“postępowych” księży i działaczy katolickich, a z drugiej – przedstawicieli
“liberalnej inteligencji laickiej”, czyli udeckiego “salonu”.
Trudno zresztą spodziewać się czegoś innego po kimś, kto był uczniem i
przyjacielem ks. Józefa Tischnera. Gowin od wielu lat propaguje legendę tego
księdza-filozofa, z którym przeprowadził kilka wywiadów-rzek (podobnie zresztą,
jak z arcybiskupem Życińskim), a w 2003 r. założył Wyższą Szkołę Europejską im.
Tischnera i aż do ubiegłego roku był jej rektorem. Do Rady Patronackiej uczelni
– pod przewodnictwem Władysława Bartoszewskiego – pozyskał takie nazwiska, jak
Zbigniew Brzeziński, Jerzy Buzek, Norman Davies, Bronisław Geremek, Aleksander
Hall, Jerzy Jedlicki, Ryszard Kapuściński, Jan Kułakowski, Tadeusz Mazowiecki,
Czesław Miłosz, Jan Nowak-Jeziorański, Piotr Nowina-Konopka, Jacek
Saryusz-Wolski, Barbara Skarga, Aleksander Smolar, Jerzy Szacki, Andrzej Zoll,
biskup Tadeusz Pieronek, ojciec Maciej Zięba czy abp Józef Życiński (obecnie do
tego gremium należy też sam Gowin). Ważnym partnerem i sponsorem szkoły jest
niemiecka Fundacja Adenauera (związana z CDU, czyli partią kanclerz Angeli
Merkel), do tego stopnia, że jedną z katedr – Katedrę Integracji Europejskiej –
nazwano imieniem Konrada Adenauera, pierwszego kanclerza RFN, który
konsekwentnie odmawiał uznania polskiej granicy na Odrze i Nysie.
Rok temu Jarosław Gowin powiedział reporterowi “Gazety Wyborczej”:
“Funkcjonariusz Watykanu, katolicki ajatollah – te łatki od lat przykleja mi
skrajna lewica. A mnie z wieloma poglądami bliżej do Kościołów protestanckich
niż katolickiego. Mój projekt ustawy bioetycznej oficjalnie poparli polscy
hierarchowie ewangeliccy, zaś zganiło wielu biskupów. Moje przekonania nie są
skrajne. Ewoluują”. To wyjątkowo szczere wyznanie powinno dać do myślenia tym
katolikom, którzy widzą w krakowskim polityku obrońcę najważniejszych dla nich
wartości. Bo to oczywiście prawda, że dla Magdaleny Środy i innych feministek
Gowin jest “katolickim fundamentalistą” – taką łatkę może zresztą otrzymać
każdy, kto neguje prawo do aborcji na życzenie, małżeństwa homoseksualne i
bezpłatną antykoncepcję. W rzeczywistości jednak katolicyzm Gowina nie ma nic
wspólnego z “fundamentalizmem”, co widać na konkretnych przykładach. Wprawdzie
minister ostro krytykuje konwencję Rady Europy o przeciwdziałaniu przemocy wobec
kobiet, której słusznie zarzuca promowanie feminizmu i homoseksualizmu, ale nie
przeszkadza mu zasiadanie w rządzie, który tę konwencję właśnie przyjmuje.
Deklaruje się jako przeciwnik aborcji, ale w sierpniu 2011 r. wraz z większością
Platformy (i swoim siostrzeńcem, Łukaszem Gibałą, który później przeszedł do
Ruchu Palikota) głosował za odrzuceniem obywatelskiego projektu ustawy
zakazującej zabijania dzieci nienarodzonych – chociaż 15 posłów PO miało odwagę
poprzeć ten projekt. A kilka miesięcy później nie miał dość charakteru, by
sprzeciwić się (jak 20 jego kolegów z Platformy) powołaniu Wandy Nowickiej na
wicemarszałka Sejmu i tylko wstrzymał się od głosu.
Temat kontynuujemy w artykule: Rozwój Plus Morawieckiego ma klub parlamentarny. Rozłam w PiS
Hall, Rokita, Gowin
Katolicyzm Gowina jest więc taki, jak środowisko, z którego wyszedł. Nie można
przy tym zapominać, że jego “flirt” z polityką nie zaczął się w roku 2005. Już
bowiem w 1990 r. związał się z Forum Prawicy Demokratycznej, założonym przez
Aleksandra Halla, które następne weszło w skład Unii Demokratycznej. Wtedy też,
przed pierwszymi wyborami prezydenckimi, znalazł się w komitecie wyborczym
Tadeusza Mazowieckiego, którym kierował Henryk Woźniakowski, późniejszy szef
wydawnictwa “Znak” (wydającego m.in. książki Jana Tomasza Grossa). Wprawdzie
entuzjaści Gowina z okolic “Rzeczpospolitej” i tygodnika “Uważam Rze” od dawna
podkreślają, iż w poprzedniej dekadzie skonfliktował się on ze środowiskiem
udeckiej “warszawki” i “krakówka”. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że był to
typowy konflikt ambicjonalny, a nie ideowy: po prostu pochodzący z
prowincjonalnego Jasła Gowin, zamiast pokornie zająć miejsce, jakie łaskawie
przyznali mu “mędrcy” z “Tygodnika Powszechnego”, wyszedł przed szereg i
postanowił robić karierę na własny rachunek. A właściwie na rachunek Donalda
Tuska, któremu zawdzięcza karierę poselską i rządową – bo z krakowską Platformą
również zdążył się skłócić.
Jednak “pozytywna szajba” ministra sprawiedliwości może się objawić nie tylko w
rządzie. Od początku jego urzędowania nie milkną głosy licznych “sierot po
PO-PiS-ie”, liczących na to, że Gowin stanie się nowym liderem “umiarkowanej
prawicy”, znacznie bardziej atrakcyjnym dla wyborców niż Kaczyński czy Ziobro.
Pomijając już całkowitą abstrakcyjność takich rozważań, warto zauważyć, że nie
jest to pierwsza próba tworzenia “umiarkowanej prawicy”. Najpierw rolę lidera
takiej formacji miał pełnić Aleksander Hall, potem Jan Rokita, teraz nadzieje
wiąże się z Gowinem. Charakterystyczne, że wszyscy oni wywodzą się z udecji, co
jasno wskazuje, o co w tym scenariuszu chodzi: celem jest zajęcie prawej strony
sceny politycznej przez ugrupowanie związane z “salonem” i jego zagranicznymi
protektorami, a więc takie, które pod sztandarami konserwatyzmu, obrony
tradycji, Kościoła itd. zagwarantuje ciągłość linii politycznej wyznaczonej przy
“okrągłym stole”.
Zapraszamy do przeczytania podobnego artykułu: Policja i prokurator w Trybunale Konstytucyjnym. Święczkowski pisze do komendanta Boronia i mówi o „zamachu stanu”
Trudno oprzeć się wrażeniu, że coraz większe zamieszanie wokół ministra
sprawiedliwości ma na celu przede wszystkim wykreowanie go na samodzielnego
lidera politycznego – tak, by w pewnym momencie móc powiedzieć wyborcom: oto
powstaje nowa jakość, której przewodzi niezłomny “szeryf” i obrońca wartości
chrześcijańskich. W obliczu postępującej kompromitacji PO taka “nowa jakość”
może okazać się szybko potrzebna. Pewnie dlatego “operacja Gowin” nabrała tempa.
Paweł Siergiejczyk
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze tygodnika „Nasza Polska” Nr 40 (883) z 3
października 2012 r.


