Nowy komendant główny policji – tak jak większość jego poprzedników – karierę
zaczynał jeszcze w MO
Od tygodnia polska policja ma nowego szefa. Urzędującego przez blisko 4 lata
nadinspektora Andrzeja Matejuka zastąpił nadinspektor Marek Działoszyński,
dotychczasowy komendant wojewódzki z Łodzi. To zmiana zrozumiała: Matejuk był
jeszcze nominatem Grzegorza Schetyny, który kierował resortem spraw wewnętrznych
w początkach rządów PO. Obaj pochodzili z Wrocławia, gdzie Matejuk przez wiele
lat kierował komendą miejską, a następnie wojewódzką policji, więc jego awans na
najważniejszego policjanta kraju w czasach „wszechwładnego” – jak się wydawało –
Schetyny był oczywisty.
Awans Działoszyńskiego już tak oczywisty nie jest. Wątpliwe, by świadczył on o
wpływach któregoś z czołowych polityków łódzkiej Platformy, gdyż zarówno Cezary
Grabarczyk, jak i Krzysztof Kwiatkowski obecnie „liżą rany” po powyborczym
wyrzuceniu z rządu. Zwłaszcza że Działoszyński przyszedł do Łodzi dopiero w
listopadzie 2008 r., nie mając żadnych związków z tym regionem. Jego
wcześniejsza kariera toczyła się głównie w zachodniej części Polski: pochodzi z
Pomorza Zachodniego, studiował w Poznaniu, pracował w różnych jednostkach
milicji i policji obecnego województwa lubuskiego. W 1999 r. przeszedł do Biura
Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji i od listopada 2005 r. przez 3 lata
kierował tą strukturą, pełniącą rolę „policji w policji”, czyli głównie
zwalczającą korupcję wśród policjantów.
Generalicja Komorowskiego
Trudno wymienić jakieś większe sukcesy, którymi mógłby się pochwalić Marek
Działoszyński zarówno w BSW, jak i w Łodzi. Zapewne nie jest złym policjantem,
ale – w opinii ludzi znających tę służbę – niczym specjalnym się nie wyróżnia.
Należy za to do wąskiej grupy funkcjonariuszy, którzy stopień generalski
(nadinspektora) otrzymali już po przejęciu całkowitej władzy przez PO – z rąk
prezydenta Bronisława Komorowskiego (Działoszyński zaledwie w listopadzie 2011
r.). Do grupy tej należą: obecni komendanci wojewódzcy na Podkarpaciu Józef
Gdański, na Mazowszu – Ryszard Szkotnicki, na Dolnym Śląsku – Zbigniew
Maciejewski, na Lubelszczyźnie – Dariusz Działo, w Lubuskiem – Leszek Marzec, w
Małopolsce – Andrzej Rokita, w Świętokrzyskiem – Mirosław Schossler, a także
komendant stołeczny Adam Mularz oraz dyrektor Centralnego Biura Śledczego Adam
Maruszczak.
Przeczytaj również: Wyciek danych żołnierzy z Zegrza. PESEL-e 392 wojskowych na ogólnodostępnym dysku
Większość z nich rozpoczynała pracę jeszcze w Milicji Obywatelskiej, co
oczywiście jeszcze niczego nie przesądza, ale jednak jakoś świadczy o stanie
naszego państwa ponad dwie dekady po upadku PRL. Według statystyk z połowy
ubiegłego roku, na 95 tys. osób zatrudnionych w policji ok. 20 tys. pracuje tam
już powyżej 21 lat, a ponad 800 osób – nawet powyżej 30 lat. W tej ostatniej
grupce znajdują się nadinspektorzy Maciejewski z Wrocławia (pracował w MO od
1976 r.) i Gdański z Rzeszowa (od 1981 r.), natomiast większość policyjnej
generalicji posiada milicyjne rodowody sięgające stanu wojennego i kilku
następnych lat. Wśród nich nadinspektor Działoszyński, który pracę w MO
rozpoczął w 1985 r. Charakterystyczne zresztą, że wszyscy oni – łącznie z nowym
komendantem – podają w swych życiorysach, że pracują „w policji” od roku np.
1981 czy 1985. Nie pamiętają czy nie chcą pamiętać, że policja powstała dopiero
wiosną 1990 roku?
„Tradycja” III RP
Mamy więc taką sytuację, że zdecydowana większość kadry policyjnej to ludzie,
którzy rozpoczęli służbę już w III RP, natomiast ścisła czołówka policji –
szefostwo Komendy Głównej i większość komendantów wojewódzkich – wywodzi się
jeszcze z MO. Nic dziwnego, że co jakiś czas poznajemy takie „kwiatki”, jak to,
że I zastępca komendanta głównego, nadinspektor Kazimierz Szwajcowski, w grudniu
1981 r. był w oddziale podlegającym oficerom SB, który zabezpieczał pacyfikację
kopalni „Wujek”, zaś inny zastępca komendanta głównego, nadinspektor Waldemar
Jarczewski, przez niemal rok (w latach 1979-1980) służył w ZOMO.
Zapraszamy do przeczytania podobnego artykułu: Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko” – biografia legendarnego dowódcy 5. Brygady Wileńskiej AK
Taka była ekipa komendanta Matejuka. A jaka będzie następna? Komendant
Działoszyński już wybrał swoich zastępców, z których najdłuższy staż w mundurze
posiada następca Jarczewskiego, nadzorujący pion prewencji, nadinspektor
Krzysztof Gajewski. Pracę rozpoczął w 1983 r. w jednym z gdańskich komisariatów
MO, w 1999 r. został tamtejszym komendantem miejskim policji, w 2006 r. otrzymał
funkcję komendanta wojewódzkiego w Bydgoszczy, a w październiku 2010 r. zajął to
samo stanowisko w Gdańsku. A więc kolejny generał, który większość życia spędził
w mundurze.
Polecamy także: Policja i prokurator w Trybunale Konstytucyjnym. Święczkowski pisze do komendanta Boronia i mówi o „zamachu stanu”
A przecież zanim do władzy doszła Platforma, w policji rozpoczęły się zasadnicze
zmiany. Ich inicjatorem był szef MSWiA w rządzie PiS, Ludwik Dorn, który jako
pierwszy w III RP złamał niepisaną zasadę, że na czele policji musi stać
policjant. Komendantem głównym mianował bowiem Marka Bieńkowskiego, który w
latach 90. podjął służbę w Straży Granicznej i za rządów AWS stanął na czele tej
formacji, otrzymując stopień generała brygady. „To był wtedy jedyny generał w
służbach mundurowych, który wstąpił do nich po 1990 roku” – podkreślał po latach
Dorn, dodając: „Po dojściu do władzy SLD w 2001 został zdymisjonowany i znalazł
się bez pracy. A to znaczyło, że gdy był szefem Straży Granicznej, to nie
zajmował się wypychaniem materacyka, na którym miękko wyląduje. Znalazł
zaczepienie w NIK, gdzie przeszedł drogę od samego dołu, od zrobienia aplikacji
kontrolerskiej”.
Dorn wybrał Bieńkowskiego, gdyż – jak wspominał – „chciałem zreformować policję
i wiedziałem, że żaden komendant główny, który jest wysokim oficerem policji,
nie wesprze mnie w tym skutecznie”. Co prawda obaj mieli na swoje reformy
niewiele ponad rok, ale nawet po dymisji Dorna, gdy na czele resortu stanął
Janusz Kaczmarek, komendantem głównym uczynił także człowieka spoza policji –
prokuratora Konrada Kornatowskiego (co zresztą okazało się wielką pomyłką, ale
jednak z zupełnie innych powodów). Dopiero minister Schetyna, ściągając do
Warszawy Andrzeja Matejuka, powrócił do „tradycji” III RP, czyli stawiania na
czele policji mundurowych weteranów, którzy karierę zaczynali jeszcze w czasach
Gierka.
Pozorne odmłodzenie
Na pierwszy rzut oka zmiany personalne na szczytach tej służby wyglądają na
odmłodzenie: 40-letni szef MSW Jacek Cichocki jest znacznie młodszy od swoich
poprzedników, nowy wiceminister nadzorujący policję Michał Deskur również jest
młodszy od swego poprzednika, gen. Adama Rapackiego, a i komendanta
Działoszyńskiego dzieli aż 9 lat od komendanta Matejuka. Tyle że Działoszyński –
tak samo, jak Matejuk i Rapacki – w mundurze przepracował większość życia, więc
trudno się spodziewać, że będzie popierał ewentualne zmiany uderzające w
interesy policyjnej biurokracji (w samym tylko kierownictwie policji pracuje
1800 osób, podczas gdy w służbie kryminalnej i prewencji wakuje ponad 6,5 tys.
etatów!). Ale też trudno przypuszczać, by obecna ekipa rządowa na takie zmiany
się pokusiła. Dla premiera Tuska i jego kolegów policja jest tylko jednym ze
źródeł budżetowych oszczędności (stąd plany zmian w emeryturach „mundurowych”) i
oczywiście ważną gwarancją utrzymania władzy – w sytuacji, gdyby nastroje
społeczne nagle się zradykalizowały. A któż lepiej wywiąże się z tego zadania
niż generałowie, którzy pierwsze szlify zdobywali w MO?
Paweł Siergiejczyk
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Naszej Polski” Nr 3(846) z 17 stycznia
2012 r.




