Zbigniew Żmigrodzki w felietonie „Cenzura wciąż żywa – teraz jeszcze lepsza!” z 26 kwietnia 2017 r. rozprawia się z paradoksem polskiej wolności słowa po 1990 r. Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk z 350-osobową kadrą zlikwidowano formalnie w 1990 r., ale „liberałowie” z Unii Demokratycznej i Kongresu Liberalno-Demokratycznego zainstalowali na jego miejsce inną, znacznie skuteczniejszą – cenzurę politycznej poprawności. Publicysta przypomina, że amerykańska „political correction” była już w latach 80. przedmiotem osobnej katedry na jednej z uczelni. Obejmowała ona początkowo zakaz krytykowania mniejszości rasowych, potem seksualnych, wreszcie ideologii lewicowo-liberalnej. Żmigrodzki wskazuje, że polska „nowa cenzura” jest mniej widoczna, ale bardziej skuteczna – realizowana przez mainstreamowe media, korporacje i uczelnie. „Dopóki nie skończymy z tym wyjątkowym mentalnym przekleństwem, na nic się nie przydadzą żadne dobre zmiany”.
Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk z jego 350-osobową kadrą zlikwidowano w 1990 roku, ale „liberałowie” z UD i KLD zainstalowali na jego miejsce inną, znacznie skuteczniejszą – cenzurę politycznej poprawności. Zaistniała już wcześniej na Zachodzie, w USA była nawet katedra „political correction” w jednej z uczelni.
Obejmowała ona początkowo zakaz krytykowania Murzynów i Żydów, a następnie homoseksualistów – „seksualnych inaczej”. Stopniowo została uzupełniona o nakazy generalnej krytyki „konserwatyzmu”, „nacjonalizmu” i wszelkiej prawicy – a także „klerykalizmu”, czyli przekonań religijnych, szczególnie wiary katolickiej i księży, zwanych w kręgach wyznawców owej cenzury „czarnymi” (autentyczne pytanie redaktora GW do podwładnych: kto dziś dowala czarnym?). Cały ten bagaż indoktrynacyjny wniesiono do Polski poprzez polityków „liberalnych” i media, a wdrożony został skwapliwie do stosowania w wydawnictwach, księgarniach, bibliotekach i w całym obiegu kulturowym. Ponadto – wprowadzony do umysłów sporej części tzw. populacji. „Ależ to wszystko jest prawicowe!”- usłyszałem od zarządzającej biblioteką paniusi, proponując jej uzupełnienie czasopism w czytelni o kilka tytułów… „Zaraza” political correction nie ustępuje – księgarze nie znają w ogóle takich wydawców, jak „Capital”, LTW czy „Nortom” ( wymieniłem przykładowo kilka z kilkudziesięciu), bronią się przed ich książkami biblioteki publiczne, bibliotekarki nawet o nich nic nie wiedzą). Jeżeli nie skończymy z tym wyjątkowym mentalnym przekleństwem, na nic się nie przydadzą żadne „dobre zmiany” i głupie ględzenie, że skończył się komunizm.
Wszystkie nasze artykuły z działu Felietony…
Zbigniew Żmigrodzki

