Anna Kanigowska – kobieta, której wywiad dla Onetu stał się jednym z najostrzejszych narzędzi ataku na Karola Nawrockiego w kampanii prezydenckiej – trafiła do aresztu śledczego. Odbędzie prawomocnie orzeczoną karę trzech lat pozbawienia wolności za oszustwo. Jej słowa realnie zaważyły na wyniku wyborów, które Nawrocki wygrał ledwie kilkoma punktami. Dziś, gdy „świadek” siedzi za kratami, wraca pytanie, którego w kampanii nikt na lewicy nie chciał zadać: kto stał za jej nagłym pojawieniem się.
Najważniejsze fakty:
– Annę K. zatrzymała gdańska policja 15 lipca 2026 roku na podstawie nakazu doprowadzenia do odbycia kary
– wyrok: 3 lata pozbawienia wolności za oszustwo z art. 286 § 1 Kodeksu karnego, orzeczony prawomocnie przez Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe
– to nie pierwszy wyrok – wcześniej była skazywana za oszustwa i posługiwanie się sfałszowanymi dokumentami
– w kampanii 2025 roku jej wywiad dla Onetu napędził tzw. aferę kawalerki i uderzył w kandydata na prezydenta
– osadzenie ustalił dziennikarz śledczy Telewizji Republika Marcin Dobski, a fakt potwierdził rzecznik Sądu Okręgowego w Gdańsku
Co Anna Kanigowska mówiła w Onecie?
Wiosną kampanii prezydenckiej 2025 roku Onet opublikował rozmowę z kobietą przedstawioną jako opiekunka „pana Jerzego” – starszego, schorowanego mężczyzny, wokół którego zbudowano tzw. aferę kawalerki Nawrockiego. Kanigowska, która miała zajmować się nim z ramienia opieki społecznej między 2022 a 2023 rokiem, odmalowała obraz porażający: pan Jerzy miał siedzieć zimą w ciemnym i zimnym mieszkaniu, w płaszczu, bo brakowało pieniędzy na prąd.
„Krew mnie zalała, gdy usłyszałam, że Nawrocki opiekował się starszym, chorym człowiekiem”
– mówiła Anna Kanigowska w wywiadzie dla Onetu, twierdząc, że przez rok codziennych wizyt nigdy nie spotkała Nawrockiego i że kandydat rzekomo nie interesował się losem starszego mężczyzny. To właśnie ta relacja – emocjonalna, podana w środku kampanii – stała się paliwem dla medialnego ataku, który z dnia na dzień rozlał się po wszystkich stacjach przychylnych ówczesnej koalicji rządzącej.
Jak jej słowami uderzono w kampanii
Wątek kawalerki spadł na sztab Nawrockiego w najgorszym możliwym momencie – między turami, gdy każdy punkt procentowy decydował o wszystkim. Karol Nawrocki konsekwentnie odpierał zarzuty, tłumacząc, że mieszkanie nabył w ramach umowy dożywocia, zobowiązując się do opieki, i że narracja o „przejęciu” lokum jest wykrzywieniem faktów na potrzeby polityczne. Mimo bezprecedensowej nawałnicy medialnej wygrał wybory i objął urząd prezydenta Rzeczypospolitej – ale przewaga była minimalna, a atak oparty na słowach Kanigowskiej realnie zbliżył go do porażki.
Dziś, po prawomocnym wyroku, obraz wygląda inaczej niż w kampanijnej gorączce. Kluczową narratorką ataku okazała się osoba wielokrotnie skazana za oszustwo i fałszowanie dokumentów – a więc świadek, którego wiarygodność w każdym sądzie zostałaby podważona w pierwszej kolejności.
Kto stał za nagłym pojawieniem się świadka?
I tu pojawiają się pytania, które redakcja stawia wprost. Bo osoby z kilkoma wyrokami za oszustwo rzadko wychodzą przed kamery z własnej, bezinteresownej potrzeby – akurat w decydującej fazie kampanii, akurat z gotową dokumentacją, akurat do właściwej redakcji.
Kto namierzył Annę Kanigowską i skłonił ją do wystąpienia? Kto dostarczył jej „dokumentację”, którą potem posługiwały się media? Czy za pojawieniem się świadka w tak dogodnym politycznie momencie stał wyłącznie przypadek – czy jednak interes tych, którym najbardziej zależało na pokonaniu Nawrockiego? To pytania o mocodawców, a nie o samą Kanigowską. Odpowiedzi na nie nikt z obozu, który z tej afery skorzystał, do dziś nie udzielił.
Nie pierwszy taki świadek. Sprawa Jacka Murańskiego
Kanigowska nie była jedynym wątpliwym „źródłem”, którym w kampanii przeciw Nawrockiemu się posłużono. Na finiszu wyścigu, tuż przed drugą turą, sam Donald Tusk w wywiadzie telewizyjnym powołał się na Jacka Murańskiego – postać ze świata freak fightów, pato-celebrytę wielokrotnie i prawomocnie skazanego za pomówienia.

Murański twierdził, że wie o rzekomych „hakach”, jakie na Nawrockiego miał mieć inny celebryta. Premier podchwycił te rewelacje publicznie, choć wiarygodność Murańskiego kwestionowało nawet jego własne środowisko, a inni zawodnicy domagali się usunięcia go z federacji. Schemat był ten sam, co w przypadku Kanigowskiej: wątpliwy świadek, mocne oskarżenie, idealne wyczucie czasu w kampanii.
Dwa nazwiska, dwie kryminalne lub skandaliczne przeszłości, jeden cel. Gdy opadł kurz kampanii, po jednej i po drugiej „rewelacji” zostało to samo: prawomocne wyroki tych, których słowa miały przesądzić o losach prezydentury – i milczenie tych, którzy chętnie te słowa powtarzali.




