Jak w głębokim PRL-u, w stolicy obowiązuje bierutowski dekret o komunalizacji
gruntów miejskich.
Niemniej jakieś procesy reprywatyzacyjne zachodzą (pojawiają się podejrzani
spadkobiercy), choć magistrat o nich nie informuje. Zaskoczeni lokatorzy
dowiadują się po zwiększonym czynszu, że kamienica ma właściciela. Miasto nie
może pochwalić się zabytkową substancją, ale podczas gdy np. zastawia się
historyczną przestrzeń placu Piłsudskiego banalnym rondlem N. Fostera lub po
prostu burzy praską parowozownię czy modernistyczne wille na Saskiej Kępie, to
stalinowski Pałac Kultury wpisano na listę zabytków. Ma on szansę stać się
wieczystą dominantą stolicy, gdyż urbaniści nie wyobrażają sobie innej
koncepcji, jak tylko otaczanie go wianuszkiem pretensjonalnych wieżowców.
To właśnie tutaj obraduje stołeczna rada. Gdy posiedzenie prowadzi Ligia
Krajewska – nieodmiennie żuje gumę. Gdy na mównicy staje wiceprezydent A.
Jakubiak – to nie wyjmuje rąk z kieszeni. W 60-osobowej radzie PiS ma tylko 21
miejsc. Wiceprezydent Kochaniak pozwala więc sobie nie odpowiadać na pytania
opozycji. Stołeczna prezydentka przez 4 lata nie potrafiła doprowadzić do budowy
szpitala południowego. Ma jednak sukcesy w sekularyzacji przestrzeni miejskiej.
Spowodowała, że w ciągu jednej nocy usunięto wszystkie krzyże przydrożne.
Inwestycje aferalno-polityczne
Pod rządami PO-SLD stolica zawsze miała gest. 10 lat temu P. Piskorski
uroczyście otwierał most Świętokrzyski, który miała wybudować nomenklaturowa
spółka Elektrim (w zamian za grunty, jakie otrzymała), ale w końcu wyłożyła
tylko 60 mln zł, a 100 mln – miasto. Most tyleż absurdalny – bo niewłączony w
miejską sieć uliczną – co kosztowny, bo takie są konstrukcje podwieszane. Nad
niewielką rzeką, jaką jest przecież Wisła, wystarczyłaby przeprawa na słupach,
ale wtedy nie byłoby tak wielkiej inwestycji, czyli okazji do dorabiania się.
Jakoż afera mostowa ukazała współpracę biurokracji stołecznej z
przedsiębiorstwami. Jednak jej rozmiary i skomplikowane powiązania przekroczyły
– jak się wydaje – wyobraźnię prokuratorów.
Ten specyficzny rozmach inwestycyjny kontynuuje obecna prezydentka stolicy. Parę
stacji metra powstaje w ślimaczym tempie za olbrzymie pieniądze. Podobnie most
Północny. Tak jakby to inwestorzy dyktowali ceny, wykorzystując zbliżające się
Euro 2012. Nie bacząc na zadłużenie miasta, które dochodzi do ustawowej granicy
60% budżetu (w 2009 roku ok. 9 mld zł), prezydentka inwestuje blisko 0,5 mld zł
w stadion Legii (właściciel: koncern medialny ITI), jakby chciała zapewnić sobie
dozgonną wdzięczność „zaprzyjaźnionych mediów”.
Zachęcamy do lektury: Referendum ws. odwołania Trzaskowskiego. Rusza zbiórka podpisów
Nie wiadomo, czy zdąży przed wyborami przeciąć wstęgę w nadwiślańskim centrum
naukowym (zainicjowanym przez jej poprzednika) czy choćby na którejś z
remontowanych ulic (jak zwykle przed wyborami). Co do tych ostatnich, to
zapanowała „paryska moda” na chodniki szersze od jezdni, gdy w mieście przybywa
pojazdów. O zapowiadanych od dawna parkingach podziemnych pod placami nie
wspomina się nawet w obietnicach przedwyborczych.
.
Kadry z klucza partyjnego
SLD-owscy radni chcą w szkołach etyki zamiast religii (choć konstytucyjnie to
rodzice decydują o wychowaniu swoich dzieci). Widać, że kampania wyborcza
zaczęła się na dobre, bo lewaccy kandydaci do samorządu wspaniałomyślnie oferują
Warszawę „nowoczesną i sexy”, co miałoby być szeroko reklamowane w świecie.
Hasła usiłującej przelicytować ich prezydentki brzmią mniej atrakcyjnie, choć
równie mgławicowo, bo stolica ma być „estetyczna, przyjazna, dostępna”. Jak
miałoby się to realizować w praktyce – nie wiadomo, bo np. postulowaną przez PiS
linię tramwajową z Żerania do Tarchomina po prostu zablokowano. Tymczasem PO ma
kłopoty ze swymi radnymi (i działaczami), m.in. mokotowskimi, którzy – na
szczęście dla niej – sami zrezygnowali z członkostwa w partii, gdy ich matactwa
wyszły na jaw.
Wszystko to jednak nie zraża prezydentki, która obiecuje „zmiany na lepsze, ciąg
dalszy nastąpi”. Mieliby realizować je m.in. K. Czuma, który skompromitował się
jako asystent społeczny swego ojca, ministra sprawiedliwości, a nawet były
burmistrz Ursynowa, który zaprzepaścił milionowe odszkodowanie od nieterminowej
firmy. W końcu PO i tak dysponuje milczącą większością (jedna trzecia radnych
nie zabrała głosu podczas całej kadencji), więc idzie do wyborów – jak wskazał
G. Schetyna – by wygrać. Ostatecznie, jest o co się bić, gdy prezydentka trzy
razy w roku obdarowuje burmistrzów i członków władz dzielnic kilkutysięcznymi
premiami.
Sprawdź także: Od 206 tys. zł za spacery dendrologiczne po KPO dla kultury. Wokół minister Cienkowskiej znów gorąco
Miejska poprawność polityczna
Przy placu Grzybowskim nie było miejsca ani na pomnik ludobójstwa ukraińskich
nacjonalistów, ani Polaków ratujących ludność żydowską przed niemieckim
barbarzyństwem, ale jakoś znalazła się przestrzeń dla wieżowców. Przestrzeń
publiczna jest własnością wspólną, nie tylko rządzącej koalicji PO-SLD.
Tymczasem pozwala ona sobie realizować osobliwą politykę historyczną. Zamiast
sprzedać na złom lub przekazać do muzeum komunizmu pomnik „braterstwa broni
polsko-radzieckiej” blokujący ruch na Pradze, magistracki urzędnik (zapewne
wzruszony braterskim uściskiem Tuska z Putinem) zwraca się do państwa
rosyjskiego o konsultację w sprawie przeniesienia monumentu pod pobliską
cerkiew. Jak na stolicę kondominium rosyjsko-niemieckiego – posunięcie całkiem
na miejscu. Takim samym wydaje się decyzja koalicji PO-SLD o likwidacji
Instytutu Kresowego – ośrodka badań i multimedialnego muzeum.
Kultura komunalna
Stołecznym magistrat hojnie finansuje tzw. organizacje pozarządowe. Pod tym
szyldem skupiają się z reguły ludzie zaradni i zapobiegliwi, którzy posiedli
sztukę korzystania z grosza publicznego. Zamiast zarabiać bądź szukać sponsorów,
artyści eksperymentują bezkarnie i bez ryzyka na koszt podatników. Wystarczy
mieć pomysł – ot, choćby opleść neonem ścianę kamienicy, zabawić się w
graficiarzy czy przebrać ludzi w złote kombinezony i polecieć z nimi do Brukseli
– by miasto sypnęło dziesiątkami tysięcy złotych.
Zachęcamy do lektury: Techno przy Pałacu w Wilanowie. Ratusz: nie badamy wpływu na środowisko
Od czasu, gdy w Warszawie maszerują sobie homo-parady, a Muzeum Narodowe
eksponuje subkulturę homo-erotyczną – miasto może śmiało pretendować do konkursu
o miano europejskiej stolicy kultury. Niemniej ten argument w kampanii wyborczej
prezydentki jest mocno wątpliwy, bo rozstrzygnięcie konkursu dopiero w 2011
roku, zaś impreza pod nazwą „Europejska stolica kultury” – pięć lat później. Na
razie prezydentka kontentuje się więc ufundowaniem nikomu niepotrzebnych fontann
na Podzamczu i postawieniem tam dziwacznych konstruktów M. Abakanowicz (za 0,9
mln zł).
Obok obywateli-podatników
Podczas gdy w krajach rozwiniętej gospodarki rynkowej (i demokracji lokalnej)
miasta nie sprzedają przedsiębiorstw samorządowych, to koalicja PO-SLD chciałaby
zarabiać na prywatyzacji, by dokładać do budżetu. Jest to wbrew złym
doświadczeniom warszawiaków (stołeczną energetykę przejęła niemiecka firma), jak
również wbrew logice, bo usługowe firmy komunalne są z reguły monopolistami, a
takimi lepiej (korzystniej dla mieszkańców) kieruje magistrat niż prywatny
właściciel. Przede wszystkim jednak prywatyzacja jest sprzeczna z interesem
mieszkańców – płacą więcej za prąd, będą więcej płacić za ciepło, gdy
prezydentka (już po wyborach) sprzeda miejskie ciepłownictwo.
Skoro społeczna kontrola nad poczynaniami magistratu pozostaje na papierze,
trzeba sięgnąć po kartkę wyborczą. Bo trudno rozstrzygać, dlaczego miejski
urzędnik wybiera droższą ofertę na wagony metra, ale też nie sposób dopłacać do
jego decyzji. Dlatego to wyborcy powinni wymusić działania magistratu zgodne z
ich interesem. Tymczasem patologii nie brakuje. Oto magistrat – z
prowincjonalnym kompleksem – chwali się, że sławny architekt zechce postawić w
mieście wytwór swojej wybujałej wyobraźni. I nie ma znaczenia, że nie pasuje do
istniejącej zabudowy, utrudniając życie mieszkańcom. W przypadku
kontrowersyjnego wieżowca Daniela Liebeskinda protestujących określono po prostu
jako… antysemitów.
Jerzy Pawlas
Artykuł ukazał sie w tygodniku „Nasza Polska” nr 43 (782) z 26 października 2010
r.



