Euromajdan, który zaczął się w listopadzie 2013 r. po odrzuceniu przez Wiktora Janukowycza umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, na przełomie stycznia i lutego 2014 r. przypomina już wojnę domową. Po uchwaleniu 16 stycznia ustaw ograniczających prawo do demonstracji protesty rozlały się na wschód Ukrainy, w Kijowie są pierwsze ofiary śmiertelne, a w mediach mówi się o brutalności milicji Berkut, snajperach i opłacanych przez władze „tituszkach”. 28 stycznia do dymisji podał się premier Mykoła Azarow. Michał Soska opisuje przebieg wydarzeń i zastanawia się, jak może zakończyć się kryzys. Rozważa trzy warianty: porozumienie władzy z opozycją, rozwiązanie siłowe oraz obcą interwencję, i stawia pytanie o rolę polskich polityków, którzy otwarcie wspierają jedną ze stron konfliktu. Tekst uzupełnia mapa ukraińskich partii, którą publikujemy osobno.
Protesty na Ukrainie trwają już ponad dwa miesiące. Sytuacja po 16 stycznia wyraźnie eskalowała – fala demonstracji rozlała się na wschód, a kijowski „Euromajdan” przypominał najprawdziwsze pole bitwy.
Euromajdan po 16 stycznia: tituszki, Berkut i pierwsze ofiary
Demonstranci szturmowali siedziby władz nie tylko w prounijnych regionach zachodnich, ale także w tradycyjnie sprzyjających Rosji miastach środkowej i wschodniej Ukrainy (w Zaporożu, Dniepropietrowsku, Sumie, Odessie, Czerkasach, Czernihowie) – tam dochodziło do ostrych starć z milicją. W całym szeregu miast, w których opozycja opanowała budynki władz, tworzone są tzw. Rady Narodowe.
Obydwie strony oskarżały o udział w ulicznych bitwach płatnych chuliganów i rozbójników, choć najgłośniej jest o opłacanych przez władze „tituszkach”. W Kijowie polała się krew: w ciągu zaledwie jednej nocy rannych zostało 300 osób, jest 5 ofiar śmiertelnych, 4 z nich zginęły od broni palnej. W mediach powtarzane są informacje o brutalności podległych MSW oddziałów milicji „Berkut”, o strzelaniu do ludzi przez snajperów, o biciu, poniżaniu, porywaniu ze szpitali i karetek, aresztowaniach. Z drugiej strony powszechnie wiadomo o udziale w demonstracjach skrajnych, agresywnych i uzbrojonych członków środowisk neonazistowskich i post-banderowskich.
Płonęły barykady z samochodowych opon, z których unosiły się kłęby gęstego czarnego dymu, a w stronę milicji leciały koktajle Mołotowa, miotane z prowizorycznych wyrzutni. W nocy demonstranci zatrzymali polski autobus z Lwowa do Krakowa na ponad godzinę – jednemu z pasażerów ukradli aparat fotograficzny, a wszystkich sterroryzowali, zmuszając do śpiewania banderowskich pieśni („Sława Ukrainie – Sława Bohaterom” – chodzi o bojowników OUN-UPA).

Protesty nasiliły się po 16 stycznia, kiedy zdominowany przez prezydencką Partię Regionów parlament uchwalił ustawę, ograniczającą swobodę demonstrowania. 22 stycznia, w święto Jedności Ukrainy, padły na Majdanie pierwsze strzały – prezydent Janukowycz wygłosił wtedy orędzie do Ukraińców, życząc im radosnego święta jedności narodowej. Prezydent Janukowycz, którego pozycja wydaje się poważnie naruszona, 25 stycznia przedstawił propozycję objęcia teki premiera i wicepremiera przez dwóch liderów opozycji: Arsenija Jaceniuka (Batkiwszczyna) i Witalija Kliczkę (UDAR), godząc się jednocześnie na ograniczenie kompetencji prezydenta.
Opozycja taki kompromis stanowczo odrzuciła, domagając się kategorycznie ustąpienia prezydenta. Natomiast po tym, jak demonstranci zajęli jeden z budynków Ministerstwa Sprawiedliwości w centrum Kijowa, szefowa resortu Ołena Łukasz zapowiedziała, że jeżeli nadal będą okupować gmach, zwróci się do Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy z wnioskiem o wprowadzenie stanu wyjątkowego. Po kilkukrotnych apelach Witalija Kliczki, który obawiał się dalszej eskalacji, demonstrujący jednak opuścili państwowy urząd.
Na Ukrainie trwa więc de facto stan wojny domowej. Demonstrantów nie przybywa wprawdzie liczebnie, ale stają się coraz bardziej agresywni i zdecydowani na podjęcie radykalnych kroków, w tym ewidentnego łamania prawa. Wygląda to na punkt kulminacyjny, moment przesilenia, po którym kryzys – który nie może przecież trwać wiecznie – musi się rozstrzygnąć. 28 stycznia do dymisji podał się premier Mykoła Azarow wraz z całym rządem, a Janukowycz tę dymisję przyjął. Wcześniej prezydent odwołał większość ustaw, ograniczających prawo do protestów. Kto będzie nowym szefem rządu, nie wiadomo.
Obecnie parlament debatuje nad ustawą o amnestii dla zatrzymanych podczas ulicznych demonstracji, a w Partii Regionów miało dojść do małego rozłamu: kilkudziesięciu deputowanych (z 204) miało odmówić głosowania za ustawą wprowadzającą stan wyjątkowy. Opozycja dymisję pro-prezydenckiego rządu postrzega jako krok ku zwycięstwu, ale nie jako przełom, zdając sobie sprawę, że objęcie przez nią władzy w dotychczasowym parlamencie oznaczałoby powstanie rządu mniejszościowego. Dlatego też Witalij Kliczko żąda dalszych ustępstw, a w zasadzie pełnej kapitulacji: ustąpienia prezydenta i rozwiązania parlamentu.
Wygląda na to, że Janukowycz się cofa. Czy jednak będzie on gotów na spełnienie żądań opozycji, czyli całkowitą kapitulację? To wątpliwe – oznaczałoby to bowiem jego dymisję, rozwiązanie parlamentu (w którym większość ma prezydencka Partia Regionów), rozpisanie wcześniejszych wyborów oraz powrót do konstytucji z 1994 r., która ustanawiała na Ukrainie system parlamentarno-prezydencki. Nietrudno się też domyślić, że opozycja chciałaby dokonać zemsty na przedstawicielach władzy. Jakie są więc możliwe scenariusze zakończenia tego wielkiego politycznego kryzysu?
Przeczytaj również: Euromajdan 2014. Majdan przed bitwą
Wariant 1: porozumienie władzy z opozycją
Taki wariant do niedawna wydawał się mało prawdopodobny. Obydwie strony posunęły się bardzo daleko, na Majdanie Niepodległości panowały ogień i krew. Prezydent Janukowycz złożył już propozycję objęcia dwóch – poza głową państwa – najważniejszych urzędów przez opozycję, a ta odmówiła; później do dymisji podał się premier wraz z całym rządem, a Janukowycz cofnął większość ustaw ograniczających swobodę demonstracji. Trudno sobie wyobrazić jeszcze dalsze posunięcia – tak samo, jak trudno jest sobie wyobrazić, by Janukowycz spełnił sztandarowy warunek opozycji: własne ustąpienie i rozpisanie nowych wyborów. Pomiędzy Janukowyczem a przedstawicielami głównych ugrupowań opozycyjnych odbyło się już kilka rund negocjacji – bez żadnych efektów. Opozycja nie chce kompromisu – opozycja stawia ultimatum.
Na dalsze rozmowy opozycji z władzami nalegają przede wszystkim przedstawiciele Unii Europejskiej, USA i innych organizacji międzynarodowych. Zaangażowanie polityków z państw UE, w tym z Polski, nie może jednak być przez stronę rządową na Ukrainie postrzegane jako obiektywne i bezstronne, bo każdy zarówno na Zachodzie, jak i na Ukrainie zdaje sobie sprawę, iż Unii i Stanom zależy na przybliżeniu Ukrainy do Zachodu i odciągnięciu od Rosji. Unijny komisarz ds. rozszerzenia Stefan Füle ma ponownie polecieć do Kijowa, by zachęcać obydwie strony do dalszych rozmów. Jednocześnie jednak przywódcy Polski i UE wcale nie ukrywają, że ich celem jest podpisanie i wdrożenie umowy stowarzyszeniowej Ukrainy z UE. Radosław Sikorski rozmawia z szefem MSZ Ukrainy i mówi mu, że celem rozmów z opozycją ma być „przeprowadzenie dalszych reform” i „pozyskanie środków Międzynarodowego Funduszu Walutowego”, czyli dalsze przyciąganie i uzależnianie Ukrainy od bardzo wątpliwej „pomocy” struktur międzynarodowych. Marszałek Senatu Bogdan Borusewicz z kolei publicznie powiedział, że warunkiem kompromisu na Ukrainie jest… ustąpienie prezydenta Janukowycza.
Takie zaangażowanie w ukraiński konflikt trudno postrzegać jako bezstronną mediację – to jest wyraźna ingerencja w sprawy wewnętrzne i próba wywierania wpływu na suwerenne decyzje tego państwa. Doskonale rozumie to strona rządowa, której najbardziej twardogłowi przedstawiciele podkreślają niestety rolę polskich polityków, a także amerykańskich i europejskich organizacji pozarządowych, które finansowane mają być przez CIA, izraelski Mossad czy rząd niemiecki. Witalija Kliczkę oskarżają o związki (także finansowe) zarówno z kanclerz Angelą Merkel, jak i z organizacjami żydowskimi (co spowodowało protesty środowisk żydowskich na Ukrainie przeciwko internetowym publikacjom, także na portalu społecznościowym facebook, jednostki „Berkut”). Krążą plotki o udziale izraelskich komandosów w wydarzeniach na Majdanie.
W każdym razie wewnątrzukraiński kompromis byłby najlepszym rozwiązaniem, ale do niego potrzebna jest dobra wola obydwu stron, a nie stawianie ultimatum i żądań nie do przyjęcia, oraz wycofanie się czynników zagranicznych z bezpardonowej ingerencji w sprawy ukraińskie.
Wariant 2: rozwiązanie siłowe
Najgorsze rozwiązanie byłoby rozwiązaniem siłowym: albo opozycja przeciąga na swoją stronę kolejnych członków resortu siłowego, milicji oraz „Berkutu” i stronie prezydenckiej po prostu brakuje narzędzi na zaprowadzenie porządku w stolicy, albo władza siłą rozpędza „Euromajdan”, aresztuje najaktywniejszych uczestników buntu i przemocą zaprowadza porządek.
W pierwszym przypadku mielibyśmy zapewne rozpędzenie parlamentu, obalenie prezydenta, a w konsekwencji wewnętrzny chaos i anarchię, kłótnie między różnymi frakcjami opozycji i wcześniejsze wybory, które nie przyniosłyby nikomu pełnego zwycięstwa – czyli scenariusz znany z wielu innych państw, w których w ostatnich latach obalono „autorytaryzm” i zaprowadzono „demokrację”. W polityce zewnętrznej Ukraina niewątpliwie stałaby się zdecydowanie prozachodnia, ale trzeba to postrzegać racjonalnie i pamiętać, że ewentualne przyłączenie tego kraju do UE (co wiąże się z ogromnymi przemianami, transformacjami i „dostosowywaniem”) to nie kwestia kilku, a kilkunastu, jeśli nie więcej, lat. Możliwe też, że Rosja upomniałaby się wówczas o swoich rodaków, zamieszkujących na wschodzie i południu Ukrainy (ataman rosyjskich wojsk kozackich już zapowiedział, że z wielką chęcią zaniesie pomoc braciom w Zaporożu i Doniecku).
Natomiast w drugim przypadku najprawdopodobniej zacieśniłyby się związki Ukrainy z Rosją, niekoniecznie na mocy samych decyzji Janukowycza: Unia, USA i organizacje międzynarodowe nałożyłyby karne sankcje na Ukrainę, co wepchnęłoby ją automatycznie w objęcia Moskwy.
Nikt na poważnie jednak do zupełnej eskalacji nie dąży. Premier Azarow mówił wprawdzie, iż demonstrujący na majdanie są terrorystami i przestępcami, którzy ponoszą odpowiedzialność za zabitych i rannych, i groził użyciem siły „zgodnie z prawem”, by „zapewnić bezpieczeństwo”. Ale ten sam premier, uważany za człowieka Janukowycza, podał się wraz z całym rządem do dymisji, a prezydent dymisję tę przyjął. Takiego ustępstwa na rzecz opozycji nie spodziewał się chyba nikt.
Warto jednak zwrócić też uwagę na takie akcenty, jak oficjalne stanowisko Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, która na swojej stronie internetowej ostrzega, że otrzymuje coraz większą ilość gróźb przeprowadzenia zamachów terrorystycznych na elektrownie atomowe i inne strategiczne instalacje. Według SBU, taki zamach miałby katastrofalny wpływ nie tylko na samą Ukrainę, ale i na jej sąsiadów. Takie ostrzeżenia można także postrzegać jako usankcjonowanie i zapowiedź represji wobec domniemanych terrorystów, oczywiście z szeregów opozycji.
Wariant 3: obca interwencja
Wprawdzie polityka jest nieprzewidywalna i wydarzyć się w niej może wszystko, ale rozbiór czy rozpad Ukrainy wydaje się mało prawdopodobny. Niemniej jednak i takie pogłoski krążą po świecie. Rosyjska prasa podała, że Rumunia i Węgry szykują się do wojny, chcąc „w obronie własnych obywateli” zbrojnie zaprowadzić stabilizację na terenach, które kiedyś do nich należały: Węgry na Zakarpaciu, a Rumunia na Bukowinie, w Besarabii, a także w Mołdawii i Naddniestrzu. Co ciekawe, spekulacje na ten temat prowadzone były dość intensywnie w mediach węgierskich i rumuńskich.
Niewątpliwie jednak sama Rosja byłaby zainteresowana odzyskaniem prawobrzeżnych ziem Ukrainy, przeważająco prorosyjskich, rosyjskojęzycznych i prawosławnych. O gotowości zbrojnej interwencji zapewnił już ataman rosyjskich wojsk kozackich, można też spotkać się z pogłoskami o ruchach rosyjskich wojsk w kierunku granic z Ukrainą.
Taka sytuacja – ogarnięta wojną domową, pogrążona w chaosie Ukraina, na którą od zachodu i południa uderzają Rumunia i Węgry, a od wschodu Rosja – sprzyjałaby także odzyskaniu dawnych kresów wschodnich przez Polskę. Ale taki scenariusz to oczywiście tylko political fiction. Polska, Węgry i Rumunia są członkami UE, a przede wszystkim państwami zbyt słabymi i biednymi, by ryzykować międzynarodowe konsekwencje zbrojnej interwencji, czyli de facto ataku, na jakiekolwiek państwo. Ponadto Ukraina posiada bardzo silną i liczną armię, która bez większych problemów poradziłaby sobie z siłami węgierskimi, rumuńskimi czy polskimi.
Michał Soska
ⓘ Informacja o publikacji
Artykuł Michała Soski pt. „Quo vadis, Ukraino?” ukazał się pierwotnie w wydaniu papierowym tygodnika „Nasza Polska” nr 6 (953) z dnia 4 lutego 2014 roku, s. 1, 12-13. Reprint na portalu naszapolska.pl w ramach digitalizacji archiwum redakcji. Wszelkie prawa do oryginalnego tekstu zastrzeżone – Michał Soska / „Nasza Polska”. Zdjęcia: archiwum „Nasza Polska”, skan wydania nr 6 (953)/2014, s. 1, 12-13.




