Pokój uśpił czujność. Polska płaci dziś cenę wieloletnich zaniedbań w obronności

7 min. czytania

Jacek Misztal

16 września 2026 r.

Pokój uśpił czujność

7 min. czytania

Jacek Misztal

16 września 2026 r.

Od pewnego czasu coraz częściej słyszymy o konieczności odbudowy obrony cywilnej, przygotowania miejsc schronienia, szkolenia społeczeństwa czy tworzenia planów działania na wypadek sytuacji kryzysowych. Polacy mają wiedzieć, jak zachować się po usłyszeniu sygnału alarmowego, co powinno znaleźć się w plecaku ewakuacyjnym, gdzie szukać informacji i jak przygotować rodzinę na kilkudniowe zakłócenia w dostawach energii, wody czy podstawowych produktów.

Sam fakt, że państwo zaczęło wreszcie traktować te sprawy poważnie, należy ocenić pozytywnie. Trudno jednak przy tej okazji nie postawić innego pytania: dlaczego zaczęliśmy o tym wszystkim na serio rozmawiać dopiero teraz?

Problem nie rozpoczął się bowiem wraz z rosyjską agresją na Ukrainę. Jego źródeł należy szukać znacznie wcześniej, w przekonaniu, które po zakończeniu zimnej wojny opanowało znaczną część europejskich elit politycznych. Wielka wojna w Europie miała przejść do historii. Polska została członkiem NATO, otaczały nas państwa sojusznicze lub przyjazne, a Federacja Rosyjska, mimo kolejnych sygnałów ostrzegawczych, przez długi czas nie była traktowana jako przeciwnik zdolny do wywołania pełnoskalowego konfliktu w naszej części kontynentu.

Wraz z tym zmieniało się również Wojsko Polskie. Proces redukcji armii rozpoczął się jeszcze w latach 90. Stopniowo skracano okres zasadniczej służby wojskowej, ograniczano liczbę powoływanych poborowych, redukowano jednostki, likwidowano część szkół wojskowych i infrastruktury przeznaczonej do szkolenia dużej liczby żołnierzy. Zwieńczeniem tego procesu było zawieszenie w 2009 roku zasadniczej służby wojskowej i oparcie armii przede wszystkim na żołnierzu zawodowym.

Sama profesjonalizacja sił zbrojnych nie musiała być błędem. Współczesna armia potrzebuje doskonale wyszkolonych specjalistów. Obsługi skomplikowanych systemów przeciwlotniczych, walki elektronicznej, nowoczesnej artylerii, czołgów czy systemów łączności nie można nauczyć w kilka miesięcy. Żołnierz zawodowy jest w takich warunkach niezbędny.

Problem polegał na czymś innym. Tworząc armię zawodową nie zbudowano równocześnie wystarczająco szerokiego systemu szkolenia rezerw. Narodowe Siły Rezerwowe, które miały częściowo wypełnić tę lukę, nigdy nie osiągnęły pierwotnie zakładanej liczebności. Tymczasem kolejne roczniki mężczyzn, które odbyły jeszcze zasadniczą służbę wojskową, po prostu się starzały.

Powstał więc paradoks. Polska dysponowała coraz lepiej wyszkolonym żołnierzem zawodowym, ale jednocześnie kurczyła się baza ludzi posiadających choćby podstawowe przeszkolenie wojskowe, których w przypadku wojny można byłoby szybko powołać pod broń.

Przez lata nie wydawało się to problemem. Byliśmy przecież w NATO.

Członkostwo w najpotężniejszym sojuszu wojskowym świata stało się dla części klasy politycznej swoistą polisą ubezpieczeniową. Utrwaliło się przekonanie, że klasyczna wojna obronna na polskim terytorium jest scenariuszem mało prawdopodobnym. Wojsko miało być mniejsze, zawodowe, mobilne i zdolne do współdziałania z sojusznikami. Polscy żołnierze zdobywali doświadczenie w Iraku, Afganistanie czy Kosowie, a armia coraz mocniej przygotowywała się do działań ekspedycyjnych prowadzonych tysiące kilometrów od własnych granic.

Tyle tylko, że NATO nigdy nie miało zastępować narodowych sił zbrojnych. Sojusz miał je wzmacniać. 24 lutego 2022 roku przekonaliśmy się, jak bardzo niebezpieczne może być pomylenie tych dwóch rzeczy.

Rosyjska agresja na Ukrainę brutalnie zweryfikowała wizję świata, w którym wielkie konflikty zbrojne miały należeć do przeszłości. Okazało się, że współczesna wojna, pomimo dronów, satelitów, precyzyjnych rakiet i coraz bardziej zaawansowanych technologii, nadal wymaga ogromnej liczby żołnierzy, rezerw, milionów sztuk amunicji, zaplecza remontowego, przemysłu zdolnego uzupełniać straty i infrastruktury pozwalającej szkolić kolejne oddziały.

Innymi słowy – wiele rzeczy, które przez lata uznawano za relikt poprzedniej epoki, nagle ponownie okazało się potrzebnych.

I w tym właśnie momencie pojawia się kolejny paradoks polskiej polityki obronnej. Z jednej strony po 2022 roku zaczęto mówić o gwałtownym zwiększaniu liczebności wojska, odbudowie potencjału obronnego, zakupach nowego uzbrojenia, szkoleniu społeczeństwa i przygotowaniu kraju na możliwość poważnego kryzysu. Z drugiej – Polska rozpoczęła bezprecedensowe przekazywanie Ukrainie sprzętu znajdującego się wcześniej na wyposażeniu własnych sił zbrojnych.

Skala tej pomocy była ogromna. Do połowy 2024 roku Polska przekazała Ukrainie między innymi 318 czołgów, 586 pojazdów opancerzonych, 137 systemów artyleryjskich, samoloty MiG-29, śmigłowce Mi-24 oraz olbrzymie ilości amunicji. Trafiały tam T-72, PT-91, Leopardy, bojowe wozy piechoty i inne rodzaje uzbrojenia. Według danych przedstawionych już w 2026 roku łączna wartość zrealizowanych donacji wojskowych wyniosła 16,45 miliarda złotych.

Zdecydowana większość tej pomocy została przekazana jeszcze za poprzedniego rządu. Zmiana władzy nie oznaczała jednak zerwania z dotychczasową polityką. Obecny gabinet kontynuował przekazywanie uzbrojenia, choć już na wyraźnie mniejszą skalę.

Co więcej, okazało się, że na Ukrainę trafiły nawet pociski PAC-3 do systemu Patriot – a więc uzbrojenie należące do jednego z najważniejszych elementów polskiej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Latem tego roku zaczęto natomiast otwarcie mówić o możliwości przekazania kolejnych.

Trudno nie dostrzec tu sprzeczności. Z jednej strony przedstawiciele państwa przekonują Polaków, że żyjemy w okresie największego zagrożenia militarnego od zakończenia II wojny światowej. Mówi się o rosyjskich rakietach i dronach, ochronie infrastruktury krytycznej, potrzebie budowy wielowarstwowej obrony przeciwlotniczej i konieczności przygotowania ludności na sytuacje kryzysowe. Z drugiej strony to samo państwo przekazuje innemu państwu nawet część posiadanej amunicji do systemu, który ma chronić polskie niebo.

Można oczywiście argumentować, że Ukraina walczy obecnie z Rosją, a więc z państwem stanowiącym potencjalne zagrożenie także dla Polski. Można przekonywać, że każdy rosyjski czołg zniszczony pod Charkowem czy w Donbasie nie pojawi się kiedyś na granicy NATO. Nie zmienia to jednak jednej podstawowej zasady: pierwszym obowiązkiem polskiego rządu jest zapewnienie bezpieczeństwa własnemu państwu i jego obywatelom.

Pomagać można z nadwyżek. Znacznie bardziej dyskusyjne staje się przekazywanie uzbrojenia, którego następcy znajdują się dopiero w produkcji, dostawach albo na etapie osiągania gotowości bojowej.

Podpisana umowa nie jest przecież czołgiem stojącym w jednostce. Kontrakt na wyrzutnie nie jest jeszcze gotowym dywizjonem. A informacja o planowanych dostawach pocisków nie oznacza, że znajdują się już one w magazynach.

Pomiędzy podpisaniem wielomiliardowej umowy a uzyskaniem realnej zdolności bojowej mijają niekiedy lata. Trzeba wyprodukować sprzęt, dostarczyć go, wyszkolić załogi, przygotować zaplecze techniczne, części zamienne, amunicję i odpowiednią infrastrukturę.

Dlatego nie wystarczy odpowiedzieć na krytykę stwierdzeniem, że przecież kupujemy Abramsy, K2, Apache, F-35, systemy Patriot czy setki innych rodzajów nowoczesnego uzbrojenia. Owszem, kupujemy. Problem polega na tym, kiedy cały ten sprzęt znajdzie się w jednostkach i kiedy osiągnie pełną gotowość bojową.

Bezpieczeństwa państwa nie mierzy się wartością podpisanych kontraktów, lecz zdolnością do prowadzenia działań w chwili, gdy pojawia się realne zagrożenie.

Podobnie wygląda kwestia obrony cywilnej. Przez wiele lat pozostawała ona na marginesie zainteresowania państwa. W 2024 roku Najwyższa Izba Kontroli alarmowała, że w schronach i ukryciach można zapewnić miejsce niespełna czterem procentom mieszkańców Polski. W dodatku znaczna część istniejących obiektów nie spełniała odpowiednich wymagań technicznych.

Dopiero od początku 2025 roku zaczęła obowiązywać nowa ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej. Pojawiły się programy szkoleniowe, inwestycje, inwentaryzacja miejsc schronienia i próby odbudowy systemu, który przez lata w praktyce pozostawał w stanie głębokiego zaniedbania.

Mówi się również o planach ewakuacji ludności. To zagadnienie samo w sobie wymagałoby osobnej dyskusji, bo skuteczność ewakuacji zależy od rodzaju zagrożenia, czasu ostrzeżenia, możliwości transportowych i bardzo wielu innych czynników. Sam fakt przygotowania dokumentów nie oznacza jeszcze, że w sytuacji rzeczywistego kryzysu wszystko przebiegnie zgodnie z zapisanym scenariuszem.

Nie w tym jednak leży sedno problemu.

Najważniejsze jest to, że dziś próbujemy odbudowywać jednocześnie niemal wszystko: liczebność armii, rezerwy, zapasy amunicji, przemysł zbrojeniowy, obronę przeciwlotniczą, infrastrukturę, system ochrony ludności i świadomość społeczeństwa.

A rzeczy, które niszczono lub zaniedbywano przez kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat, nie powstają na nowo w ciągu jednej kadencji parlamentarnej.

Można kupić czołgi. Można zamówić rakiety. Można wybudować schron. Znacznie trudniej w krótkim czasie wyszkolić setki tysięcy rezerwistów, odbudować przemysł zdolny do masowej produkcji amunicji, stworzyć zaplecze szkoleniowe i przede wszystkim zmienić sposób myślenia społeczeństwa, które przez lata przyzwyczajano do tego, że bezpieczeństwo jest czymś oczywistym i zapewnionym niejako automatycznie przez nasze członkostwo w NATO.

Nie jest.

Silne sojusze są jednym z fundamentów polskiego bezpieczeństwa, ale żaden sojusz nie zwalnia nas z obowiązku posiadania własnej silnej armii, własnych rezerw, własnego przemysłu obronnego i społeczeństwa przygotowanego przynajmniej w podstawowym stopniu na sytuację kryzysową.

Wojna za naszą wschodnią granicą brutalnie przypomniała nam prawdę, o której przez lata woleliśmy nie pamiętać.

Państwo, które chce być bezpieczne, musi być przygotowane do własnej obrony. Sojusznicy mogą nam w tej obronie pomóc. Nie mogą jednak zastąpić nas samych.

Jacek Misztal

 

Fot. źródło: MON

Udostępnij

Cykl

Osoby

Tematy

Tagi

Nie masz jeszcze konta na naszym Portalu? ZAREJESTRUJ SIĘ

Udostępnij
Najnowsze

Czy Europa popełnia samobójstwo po raz drugi? Felieton z 2015 roku, który sprawdził czas

Protest bez głowy

Czy nasze serwery wyborcze są nadal w Rosji? Felieton z 2014 roku, który sprawdził czas

Mordobicie „ruskich onuc”

Czy jesteśmy kondominium niemiecko-rosyjskim? Felieton z 2013 roku, który sprawdził czas

Naród zdecydował

Dlaczego Tusk został szefem Rady Europejskiej? Felieton z 2014 roku, który sprawdził czas

Endeckie rozważania

Inne kategorie

Czytaj także