Wiking z krzyżem na piersi. Norwegowie wiosłują dalej, my nawet nie zacumowaliśmy

9 min. czytania

Redakcja

07 lipca 2026 r.

Herb NFF i Erling Haaland z trofeum FIFA

9 min. czytania

Redakcja

07 lipca 2026 r.

Nike przygotowało dla reprezentacji Norwegii koszulkę, którą media zachwycają się od tygodnia. Granatowy krzyż na czerwonym tle, ornament z drewnianego kościoła klepkowego w Urnes, symbol chrześcijańskiego dziedzictwa kraju fiordów. Prasa piłkarska pisze, że to jedne z najładniejszych trykotów Mundialu – i trudno się nie zgodzić. Tylko sami Norwegowie po każdym wygranym meczu ustawiają się w rzędzie i udają, że wiosłują na łodzi wikingów. Cyfry na plecach są stylizowane runami. A ich napastnik po strzeleniu bramki nie pokazuje żadnych emocji, jakby przed chwilą wykonał wyrok. Krzyż z przodu, wiking z tyłu, egzekutor na środku boiska. Dwa światy w jednej koszulce i jedna piękna drużyna, która nagle stała się czarnym koniem Mundialu.

Krzyż z Urnes – kościół z XI wieku na piersi napastnika

Zacznijmy od tego, co widać z daleka. Nike faktycznie odrobiło zadanie domowe. Granatowy krzyż na czerwonym tle to nie zwykłe odwzorowanie flagi – po bliższym przyjrzeniu w liniach krzyża widać ornament inspirowany rzeźbami z drewnianego kościoła klepkowego w Urnes nad Sognefjordem. Ten obiekt jest jednym z najstarszych zachowanych kościołów Skandynawii, a jego najstarsze fragmenty datowane są na przełom XI i XII wieku. Od 1979 roku Urnes stoi na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO jako podręcznikowy przykład wczesnośredniowiecznej architektury drewnianej Europy Północnej.

Erling Haaland, Martin Ødegaard, Antonio Nusa i cała reszta biegają więc po murawie w koszulkach, na których zapisano niemal tysiąc lat chrześcijańskiej historii kraju. Marketing jest bezbłędny. Sęk w tym, że kiedy zaglądniemy im na plecy – historia zaczyna się rozpisywać na dwa głosy.

Runy z tyłu i wiosło w rękach

Erling Haaland przebrany za wikinga z okrągłą drewnianą tarczą
Haaland w kadrze wikinga – sesja promująca reprezentację Norwegii przed Mundialem. Fot. Instagram @erling.haaland

Cyfry i nazwiska na plecach koszulek reprezentacji zaprojektowano w kroju stylizowanym na alfabet runiczny. Nike mówi delikatnie: „nowoczesne uproszczenie”. Kibice mówią wprost: „powrót do korzeni”. Prawda leży pewnie gdzieś w środku, ale kiedy widzisz na ekranie zawodników imitujących pchanie wiosła, przestaje to być tylko estetyka – staje się deklaracją.

Font reprezentacji Norwegii na MŚ 2026 - cyfry i litery stylizowane na alfabet runiczny
„Norway – World Cup 2026 Font”: cyfry i litery na koszulkach reprezentacji zaprojektowano w stylu inspirowanym alfabetem runicznym. Fot. materiały prasowe Nike / NFF.
Reprezentacja Norwegii siedzi na murawie i wiosłuje po zwycięstwie
„Wiosłowanie” reprezentacji Norwegii po zwycięstwie – imitacja łodzi wikingów (drakkaru lub snekkaru). Fot. Instagram @erling.haaland

Ten gest ma nazwę. „Drakkar”, „snekkar” – to kibicowski rytuał inspirowany łodziami wikingów, które w VIII, IX i X wieku wypływały z norweskich fiordów i przybijały do brzegów Anglii, Irlandii, Francji, Islandii, Grenlandii, a – jak dowiodła archeologia – również Ameryki Północnej. Norwegowie robią to od kilku lat, robią to zgodnie, robią to na środku boiska. Kibice na trybunach dokładają swoje.

Jedni mówią: to zabawa, PR, kibicowski folklor – każdy naród ma swoją kulturę i prawo do jej manifestowania. Drudzy odpowiadają: to wcale nie jest zabawa, to dokładnie ten sam gest, którym wikingowie sygnalizowali sobie na drakkarze przed najazdem na Lindisfarne. A jeszcze inni pytają: to jak w końcu jest z tym krzyżem? Skoro sami piłkarze i kibice mówią „wiosło” – to co robi na piersi symbol wiary, którą Norwegia przyjęła z konieczności, a nie z zachwytu?

Chrzest z mieczem, nie z misjonarskim uśmiechem

Chrześcijaństwo w Norwegii nie przyszło z uśmiechem – zresztą tak jak u nas. Było podyktowane strategią i polityką. Chrystianizacja to X i XI wiek, epoka Olafa Tryggvasona i Olafa Haraldssona (późniejszego świętego Olafa) – dwóch królów, którzy prowadzili chrzest własnych poddanych z mieczem w garści. Historycy nie owijają w bawełnę: dla obu władców przyjęcie chrztu było przede wszystkim decyzją polityczno-gospodarczą. Chrześcijańska Norwegia miała łatwiej u papieża, łatwiej w handlu z Anglią i Francją, łatwiej w każdej negocjacji z cesarstwem.

I tu jedni powiedzą: „No dobrze, ale u nas w 966 roku wyglądało to podobnie – Mieszko I ochrzcił się z powodów politycznych i tyle”. Racja. Różnica polega na tym, że w Polsce chrześcijaństwo się zakorzeniło. W Norwegii – kwestia otwarta. Wedle norweskiego urzędu statystycznego (SSB) katolicy w tym kraju stanowią dziś ok. 3 procent społeczeństwa i to głównie za sprawą imigrantów z Polski i Filipin. Kościół Norwegii, dawniej państwowy, oddzielony od państwa w 2012 roku, formalnie ma ok. 60 procent członków – praktykujących ułamek. Ponad połowa Norwegów mówi w sondażach, że nie wierzy w osobowego Boga.

A do tego małe przypomnienie faktów: to Norwegia była w latach 1992–1996 sceną fali podpaleń zabytkowych kościołów klepkowych – dokładnie tych, z których ornamentu Nike zaczerpnęło wzór na koszulkę. Kościół w Fantoft pod Bergen (spalony w czerwcu 1992 roku) był jednym z najbardziej wstrząsających przykładów. Sprawcy – środowiska związane z norweską sceną black metalu – sami mówili wprost: chodzi o zerwanie z narzuconym chrześcijaństwem i powrót do bogów przodków.

W 2026 roku ta narracja nie ma już agresywnego charakteru. Ale mit „powrotu do korzeni” pozostaje żywy – i wyraża się właśnie w tym wiosłowaniu, w runicznym kroju cyfr, w koszulkowych ornamentach, które da się odczytywać na dwa sposoby jednocześnie.

Wikingowie – troszkę realizmu, także u nas

Erling Haaland w stroju wikinga na plaży fiordu
„Every journey has a beginning” – Haaland w kadrze wikinga z sesji promującej Mundial. Fot. Instagram @erling.haaland

Nie chcemy tu zamiatać pod dywan tego, co jest częścią europejskiej historii. Wikingowie to nie tylko romantyczne łodzie w słońcu zachodu. To także konkretne daty:

  • 8 czerwca 793 roku – atak na klasztor w Lindisfarne u wybrzeży Northumbrii. Data uznawana za symboliczny początek „epoki wikingów”. Mnisi wymordowani, biblioteka spalona, relikwie splądrowane.
  • 845 rok – oblężenie Paryża pod wodzą (najprawdopodobniej) Ragnara Lodbroka. Miasto wykupiono za 7 000 funtów srebra.
  • 885–886 – kolejne oblężenie Paryża, tym razem ponad rok. Miasto ocalało dzięki uporowi biskupa Gozelina i hrabiego Odo.
  • Klasztory w Irlandii (Iona, Clonmacnoise), w Anglii (Jarrow, Whitby), we Francji (Saint-Wandrille, Jumièges) – wszystkie w epoce wikingów co najmniej raz splądrowane.

A u nas? Wikingowie dopłynęli. Nie w tak szumnej skali jak do Anglii, ale dopłynęli. Dwa miejsca w polskiej historii są tu podręcznikowe:

  • Truso – słowiańsko-wikingska osada handlowa nad Zalewem Wiślanym, opisana w IX wieku przez anglosaskiego podróżnika Wulfstana z Hedeby. Odkryta archeologicznie dopiero w latach 80. XX wieku pod wsią Janów Pomorski koło Elbląga. Znaleziska: srebrne dirhamy arabskie, skandynawskie fibule, ślady kuźni.
  • Wolin (staronord. Jómsborg) – u ujścia Odry, w Sagach Islandzkich opisywany jako siedziba Jomswikingów, słynnego bractwa wojowników. Tu żył pół-legendarny Palnatoki, tu handlowano bursztynem, tu dobijały łodzie z Uppsali i Hedeby.

Do tego cmentarzysko w Ciepłem pod Gniewem (skandynawskie groby wojowników z X wieku), znaleziska w Kruszwicy, ślady na Ostrowie Lednickim. Wikingowie w polskiej historii są, tylko po cichu.

Leif Erikson – Norwegowie w Ameryce 500 lat przed Kolumbem

I tu zaczyna się to, co dla Norwegów jest chyba najfajniejsze w całej ich historii. Leif Erikson, syn Erika Rudego, urodzony w Islandii z norweskimi korzeniami, dotarł na początku XI wieku (najczęściej podawana data to około 1000 rok) do miejsca nazwanego w sagach Vinlandem. W 1960 roku norweski archeolog Helge Ingstad z żoną Anne Stine odkryli na Nowej Fundlandii, w L’Anse aux Meadows, resztki osady wikingów sprzed tysiąca lat. Dziś to obiekt UNESCO. Pięćset lat przed Kolumbem.

Norwegowie obchodzą Dzień Leifa Eriksona w październiku. W USA to święto oficjalnie uznane od 1964 roku. Kiedy dziś reprezentacja Solbakkena leci na Mundial rozgrywany częściowo na terenie Stanów Zjednoczonych i Kanady – coś w tej symetrii jest.

A teraz o pięknym futbolu

Bo trzeba to napisać wprost: Norwegia gra teraz piękny futbol. Nie tylko skuteczny – piękny. Wysoki pressing, szybkie tempo od pierwszej sekundy, przechodzenie z obrony do ataku w cztery podania. Ståle Solbakken zbudował zespół, który patrzy na piłkę oczami dzieci – jakby żaden z nich nie wiedział, że można się bać Brazylii, że można się bać Argentyny, że na Mundialu w ćwierćfinale zwykle klękają ci, którzy nie są największymi gwiazdami.

Skład czyta się jak listę marzeń. Erling Haaland – Manchester City, w formie życia, w Premier League królem strzelców od trzech sezonów. Martin Ødegaard – kapitan Arsenalu, cztery asysty w meczu z Brazylią. Antonio Nusa – 20 lat, RB Lipsk, jeden z najciekawszych skrzydłowych młodego pokolenia. Na środku obrony Kristoffer Ajer z Brentford, w bramce Ørjan Nyland, na lewej stronie Fredrik Bjørkan. Średnia wieku pierwszej jedenastki: 25 lat. Do tego trener, który sam w latach 90. grał w Kopenhadze, w Hamburgu, w Wimbledonie – i który potrafi tłumaczyć piłkę tak, że słuchają go zarówno gwiazdy Premier League, jak i 19-letni chłopak z Lipska.

A Haaland? Haaland gra jak egzekutor. Po każdej bramce stoi z kamiennym wyrazem twarzy, jakby wykonał służbową robotę i wracał do kolejnego zlecenia. Bez tańca, bez ślizgania się na kolanach – po prostu odwraca się i biegnie do środka boiska. Niektórzy komentatorzy dopatrują się w tym zimnego skandynawskiego temperamentu. Inni – czegoś jeszcze starszego. Wiking robił swoje bez uśmiechu i bez łez. Skończył, popłynął dalej, następna wioska. Haaland – skończył, wraca do koła. Następna akcja.

I wygrali z Brazylią. Wyeliminowali ją z Mundialu w meczu, o którym rozmawia cała Europa. Trafili do ćwierćfinału jako czarny koń, o którym nikt nie mówił przed turniejem. Pół świata im dziś kibicuje. Nasza redakcja też, bez chwili wahania. Bo to jest ta rzadka historia sportowa, kiedy naprawdę widać, że stoi za nią cały naród – flaga, sagi, kościół w Urnes, drakkar, ranking FIFA i chłopak z Manchesteru, który po golu nie pokazuje ani jednej emocji.

Czy podbiją Amerykę jak Erikson?

Puenta pisze się sama. Turniej odbywa się częściowo w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Norwegowie po raz drugi w historii mają realną szansę podbić Amerykę – pierwszy raz zrobili to ich przodkowie tysiąc lat temu, dobijając do brzegu Nowej Fundlandii. Jeśli w kolejnych meczach powtórzą to, co pokazali z Brazylią, Haaland i koledzy mogą dodać nową datę do rodzimej historii – tym razem bez toporów, bez łodzi, tylko z piłką i kamienną twarzą.

A my? My siedzimy na brzegu

I tu przychodzi ta smutna część, o której trzeba napisać, choćby przez zaciśnięte zęby. Bo kiedy Norwegia szykuje się do ćwierćfinału Mundialu, my siedzimy na kanapie. Z ekranów płynie mecz, a nasi zawodnicy z topowych lig europejskich schodzili wcześniej z boiska ze wzrokiem wbitym w ziemię częściej, niż z uniesionymi rękami.

Ironia losu chce, że w drodze do finałów wyeliminowali nas inni wikingowie – Szwedzi. Ci sami skandynawscy potomkowie łodzi z fiordów, tylko po drugiej stronie granicy. Nasza łódź nawet nie wypłynęła z zatoki, bo drakkar z Sztokholmu zawrócił ją tuż za portem.

Norwegia ma Haalanda i Ødegaarda. My mamy Lewandowskiego i Zielińskiego – na papierze podobnej klasy zawodników. Norwegia ma Solbakkena i pomysł na grę. My mamy niekończące się konferencje prasowe o „procesie budowania nowej drużyny”. Norwegia jest w ćwierćfinale. My oglądamy.

Krzyż na piersi, runy z tyłu, wiosło w rękach, kamień na twarzy. Norwegowie zabrali na Mundial dwa światy naraz – i chyba żadnego z nich nie zamierzają się wyrzec. Ich sprawa. A nasza? Nasz statek nawet nie zacumował do portu. Nasz kapitan wprawdzie zawitał do Ameryki – tyle że w poszukiwaniu pracy, kontraktów i dolarów. Tam zacumuje swoje kanu do bezpiecznej i godziwej emerytury, która mu się oczywiście – bez zastrzeżeń – należy. A my, kibice, musimy przez najbliższe tygodnie emocjonować się grą cudzych reprezentacji i z zazdrością patrzeć, jak norweski drakkar sunie w stronę półfinału, podczas gdy nasza łódź nawet nie wypłynęła z zatoki. Norwegom życzymy dobrze. Zazdrościmy z klasą. Bo nikomu innemu już nie mamy z czym.

Udostępnij

Cykl

Osoby

Tematy

Tagi

Nie masz jeszcze konta na naszym Portalu? ZAREJESTRUJ SIĘ

Udostępnij

Napisane przez

Najnowsze

Przekażemy Ukrainie sprzęt o wartości 50 mln euro. Jest decyzja rządu

Granaty, haracze, nastoletni zabójcy. Turecka mafia Gen Z w Niemczech

Żydowski Minister Ben-Gvir ogłosił plan wyjazdu 1,86 mln Palestyńczyków ze Strefy Gazy

Kanclerz Austrii: większość uczniów w wiedeńskich szkołach to muzułmanie

Detonacja ładunku wybuchowego przy elektrowni pod polską granicą

Chersoń: „Wyjedźcie!”. Dramatyczny apel przed zimą, Rosja zniszczyła elektrociepłownię

Trump zmienił nazwę jeziora Ontario na Lake America. Kanada ostro odpowiada

Zmarł król Norwegii Harald V, miał 89 lat

Inne kategorie

Czytaj także