Dziwne milczenie o polisolokatach

7 min. czytania

Redakcja

15 listopada 2014 r.

7 min. czytania

Redakcja

15 listopada 2014 r.

Z mecenas Anną Lengiewicz, radcą prawnym z Kancelarii Lengiewicz Wrońska Berezowska i Wspólnicy, rozmawia Ewa Tylus.

– Jakie jest zainteresowanie – ze strony prawników i konsumentów – pozwami przeciwko firmom, które sprzedawały tzw. polisolokaty?

– Od czasu, gdy nasza kancelaria zajęła się problemem umów ubezpieczenia na życie z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym, potocznie zwanych polisolokatami, wielu prawników zaczęło interesować się prowadzeniem tego typu spraw. Jednak nie zauważyłam, aby poza pozwami zbiorowymi złożonymi przez kancelarię pojawiło się wiele pozwów indywidualnych. W tej chwili w pozwach zbiorowych prowadzonych przez kancelarię jest 472 osób i dalszych 428 osób czeka na dołączenie do tychże pozwów.

Jeżeli chodzi o firmy, które sprzedawały tzw. polisolokaty, to zależy, kto je sprzedawał. Mogły bowiem być sprzedawane przez banki, jak i różnego rodzaju pośredników albo bezpośrednio przez ubezpieczycieli. My kierujemy pozwy przeciwko ubezpieczycielom, bez wnikania w to, kto sprzedawał. Misseling, czyli nieuczciwa sprzedaż, nie może rodzić pozwu zbiorowego. Za każdym razem w ciągu trwającego wiele lat postępowania dowodowego trzeba udowadniać, że osoba, która kupiła polisolokatę, została wprowadzona w błąd. I jak zwykle mamy do czynienia z sytuacją: słowo przeciwko słowu. Staje człowiek i mówi: „mnie oszukano”, „mnie powiedziano”, na co staje ubezpieczyciel i odpowiada na to, że „pan przeczytał” i „pan wiedział”. W związku z tym procesy przeciwko nieuczciwym sprzedawcom są bardzo trudne, bo konsument już na etapie rozmowy z pośrednikiem, aby się przygotować, musiałby nagrywać sprzedawcę, kazać sobie napisać to samo, co zostało powiedziane podczas sprzedaży czy przy przedstawieniu produktu. My również próbujemy w pierwszym rzędzie postępować w sposób ugodowy. Ale niestety, w 99 proc. przypadków odpowiedzi, które dostajemy od ubezpieczyciela albo od pośrednika, są takie same: „Po wszechstronnym rozważeniu wszelkich okoliczności musimy odmówić pana/pani prośbie”. To, co podlega ocenie sądów z punktu widzenia przepisów prawa, zasad współżycia społecznego, to są zapisy w umowie.

– Jakie nieprawidłowości posiadają te umowy? Bo niektóre zostały skonstruowane w ten sposób, że nie da się ustalić, na jakiej podstawie opiera się wskaźnik, według którego oblicza się wartość rachunku konsumenta, czyli to, co ma bądź miał „zarobić”…

Temat kontynuujemy w artykule: Porównałeś oferty kredytowe w kilku bankach? BIK mógł cię za to ukarać. UOKiK wysyła policję

– Faktycznie, ten zapis w ogólnych warunkach umów stosowanych przez niektórych ubezpieczycieli jest tak skonstruowany, że nikt nie wie, jak on działa, jak powstał i jak to się stało, że w oparciu o jeden zapis ludziom – w zasadzie wszystkim – znikały pieniądze z rachunków. Bo okazuje się, że zapis ten funkcjonował tylko w jedną stronę. Jak się popatrzy na notowania tych funduszy, tworzonych przez niektórych ubezpieczycieli, to ich wartość zawsze spadała, nigdy nie rosła. W efekcie wszyscy ludzie przy pierwszym notowaniu zawsze mieli mniej. Z 200 zł – 150 zł albo z 200 zł – 75 zł. Zawsze notujemy spadki. Nie wiem, jak to się stało, ale tak się stać nie powinno, i wiem, że ubezpieczyciel, fundusz inwestycyjny czy ktokolwiek, kto zajmuje się dystrybucją ubezpieczeń, powinien w sposób jasny poinstruować konsumenta, jak będą pracowały jego pieniądze.

– Ale tu chyba mamy odpowiedź, dlaczego te informacje nie były udzielane prawidłowo: bo te produkty były po prostu wadliwe…

Zachęcamy do lektury: Lex szarlatan coraz bliżej. Milion złotych kary za pseudomedycynę

– Tak sądzę. I dlatego Komisja Nadzoru Finansowego, która ma za zadanie nadzorowanie tego typu produktów i tego typu sytuacji, ekonomiści i osoby, które znają się na finansach, powinny już dawno zastanowić się nad tym, dlaczego tego typu produkty zawsze przynosiły straty, a nigdy zyski.

– A co w tej sytuacji należałoby zrobić? Co Pani doradziłaby Komisji Nadzoru Finansowego, prawnikom, ekonomistom? Pani kancelaria pomaga właśnie Stowarzyszeniu Przywiązani do Polisy, które skierowało do KNF list otwarty w tej sprawie…

– Przygotowaliśmy od strony merytorycznej, na prośbę stowarzyszenia, list otwarty do KNF. Każdy organ administracji państwowej ma w ręku możliwości kontrolne. Może żądać wyjaśnień, dostarczenia dokumentów i wydawać zakazy oraz nakazy. A jedynym organem, który ma takie uprawnienia w stosunku do instytucji finansowych i do finansowej strony produktów, jest KNF.

Przeczytaj artykuł o tym, Kredyt na partycypację TBS: rząd daje gwarancję, minister mówi „nie”

O ile faktycznie KNF jest wtórna w stosunku do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, jeżeli chodzi o nieuczciwe klauzule w umowach, o tyle w odniesieniu do funkcjonowania funduszy inwestycyjnych czy też ubezpieczeniowych funduszy inwestycyjnych tylko Komisja posiada instrumenty, żeby skontrolować i dowiedzieć się, co te indeksy oznaczały i dlaczego za każdym razem doprowadzały do tego, że wartość jednostki ubezpieczeniowej spadała z 200 zł do np. 75 zł w ciągu miesiąca, na czym polegała konstrukcja finansowa tych produktów i dlaczego one zawsze traciły. Bo gdyby niektóre z tych produktów traciły, a niektóre zyskiwały, mogłoby się wydawać, że tak losowo wyszło. Ale tu w każdym przypadku ta wartość spadała.


– A przypomnijmy, że wiele z firm w ogóle w polisolokaty nie weszło…

– Rozróżniłabym te produkty w następujący sposób: byli ubezpieczyciele, którzy sprzedawali jednostki uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych już istniejących, i ubezpieczyciele, którzy tworzyli de facto fundusz inwestycyjny. I zazwyczaj te największe nieprawidłowości dotyczą sytuacji, w których ubezpieczyciele sami te fundusze tworzyli, zarządzali nimi i podejmowali decyzje o tym, w jakie aktywa lokować pieniądze konsumentów. Dlatego tutaj zdecydowanie nadzór KNF byłby pożądany, dlatego że to lokowanie ludzkich pieniędzy w różnego rodzaju instrumenty finansowe odbywało się poza regulacjami ustawy o funduszach inwestycyjnych i poza regulacjami rozporządzeń do tejże ustawy oraz dyrektyw unijnych. Oznacza to, że na podstawie dwóch przepisów w ustawie o działalności ubezpieczeniowej, w zasadzie bez żadnego nadzoru ze strony państwa tworzone były produkty bardzo agresywne, o gigantycznej skali ryzyka dla konsumenta. Konsument po prostu o tym nie wiedział i nie mógł wiedzieć. Kupował ubezpieczenie na życie, które miało być przy okazji dobrą lokatą.


– I okazało się więcej lokatą niż samym ubezpieczeniem…

– Nie. Okazało się nie być ani lokatą, ani ubezpieczeniem, ale wysoce ryzykownym produktem finansowym. To są bardzo agresywne fundusze inwestycyjne, tak naprawdę nadające się dla wytrawnych graczy, którzy są w stanie dopytać się, na czym ten indeks polega, i zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.

– A jak Pani ocenia reakcje mediów po tym, jak dwa tygodnie temu prezes UOKiK nałożył ogromne kary na jednego ubezpieczyciela, dwa banki i jednego doradcę finansowego za polisolokaty właśnie? Taki materiał nie pojawił się w „Wiadomościach”. Informacje o kontekście problemu w mediach były skromne albo ogólne. Chyba dobrze byłoby konsumentów doinformować?

– Zgadzam się z panią. Też byłam zdziwiona tym, że skala reakcji była tak nikła, i to na pierwsze w zasadzie decyzje o tak wysokich karach w sprawie mającej tak ogromną wagę i dotyczącej rynku na ponad 50 mld zł. Informacje były tak skąpe i było to tak widoczne w porównaniu chociażby z aferą Amber Gold, gdzie chodziło o 400 mln zł. Jest mi bardzo trudno wytłumaczyć, dlaczego dziennikarze albo redakcje uznały, że ta sprawa jest tak nieważna, że o niej nie należy mówić albo mówić przez pół minuty i sprawę odłożyć ad acta. Bo w istocie mamy do czynienia z największym finansowym problemem w tym kraju od czasów naszej wolności, czyli od 1989 roku. Tysiące ludzi zostały wywłaszczone z ich własnych pieniędzy. Można powiedzieć, że ludziom zabrano oszczędności życia. Zauważyła to nawet Komisja Europejska, która przez dwa lata prowadziła badania, sporządziła raporty ze sprzedaży tego typu produktów w Europie i napisała wręcz wzruszającą ocenę tej sytuacji, mówiąc o tym, że wielu ludzi potraciło majątki swojego życia i stanęło de facto u skraju nędzy pod koniec swojego całego pracowitego życia. I dostrzegła to Komisja Europejska, a nie dostrzegły tego media w Polsce. Bardzo mnie to dziwi, bo tak nie powinno być. Media powinny dobitnie informować, że Rzecznik Ubezpieczonych i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zajęli się sprawami zwykłych ludzi, oraz powinny wskazywać, w jaki sposób konsument może sobie z tym poradzić. Tymczasem media milczą.

 

Wywiad ukazał się w tygodniku „Nasza Polska” z nr 46 (993) 12 XI 2014 r.

Napisane przez

Udostępnij

Cykl

Osoby

Tematy

Tagi

Nie masz jeszcze konta na naszym Portalu? ZAREJESTRUJ SIĘ

Udostępnij

Napisane przez

Najnowsze

Film akcji napędzany ponadczasowymi wartościami – rozmowa z twórcami filmu „Sygnał”

[WYWIAD] Prezydent Przemyśla: ludzie są zszokowani naszą pomocą

Rosjanie myśleli, że to będzie blitzkrieg. Mylili się – rozmowa z red. Arturem Żakiem

Ukraińcy doceniają polską pomoc – rozmowa z red. Arturem Żakiem

ONZ jest po prostu potrzebne – rozmowa z Edgarem Kobosem

Giewont w narodowych barwach? Potrzymajcie mi telefon! – rozmowa z M. Targańską, autorką podświetlenia krzyża

[WYWIAD] Latająca Mama, czyli stewardessa i mama na pełen etat

Krucjata Młodych – kim jest Maciej Maleszyk i o co walczy ten ruch katolicki

Inne kategorie

Czytaj także