Przyszłoroczne stulecie śmierci Józefa Brandta to znak, że Polska wraca dziś po swoje. Po pamięć o dworach, zamkach i polskich panoramach, których malarz uczył się jeszcze w prywatnych zbiorach – tych samych, które po 1939 roku rozszabrowali Niemcy i Sowieci. Profesor Piotr Jaroszyński zabiera czytelnika na wyprawę do Podhorzec, śladami Juliusza Kossaka i Józefa Brandta – i pyta, co dziś jeszcze możemy odzyskać z tamtego świata, którego rezydencje obrócono w szpitale gruźlicze, a kolekcje zniknęły bez śladu.
Polskie malarstwo historyczne z drugiej połowy XIX w. to próba przywołania świetności i bogactwa kultury, historii i przyrody Polski pozbawionej własnego państwa. Jeżeli w odniesieniu do pewnych narodów mówi się o czystkach etnicznych, to z pewnością należą do nich Polacy, wobec których zaborcy i okupanci nie okazywali litości. Gdy w narodową tkankę wymierzony jest miażdżący cios, to wówczas zagrożona zostaje zbiorowa pamięć oraz tożsamość. Te zaś utracić jest bardzo łatwo, wystarczą dwa lub trzy pokolenia. Wiemy o tym i dziś dobrze. Dlatego właśnie polscy malarze starali się odtwarzać i uwieczniać polskość jak najwierniej i w jak najdrobniejszych szczegółach. Nie chodziło więc o to, by popisywać się indywidualnymi pomysłami złożonymi z abstrakcyjnych figur do niczego niepodobnych, lecz przeciwnie – wierność konkretnym, historycznym detalom była wręcz bezcenna, skoro malarstwo było częstokroć jedynym sposobem na ocalenie naszej przeszłości.
Ale jak poznać rodzimą przeszłość? Trzeba wyruszyć na jej poszukiwanie. W drugiej połowie XIX w. wiele zamków, pałaców, dworów pozostawało w rękach polskich. Były to nie tylko domy nierzadko od wieków zamieszkiwane przez tę samą rodzinę lub ród, ale również skarbnice pamiątek, po prostu prywatne muzea.
Przeczytaj artykuł o tym, „Chłopcy silni jak stal”
I właśnie w tak niezwykłą podróż po Galicji Wschodniej wybrało się niegdyś dwóch malarzy, a więc kolegów po fachu, a zarazem przyjaciół. Byli to Juliusz Kossak i Józef Brandt. Skupili się głównie na pamiątkach dotyczących odsieczy wiedeńskiej, takich jak uzbrojenie, namioty, stroje, ale także zamierzali odwiedzić słynne stadniny, by porobić szkice rasowych koni, które przecież brały udział w walkach. A oko malarza było wyjątkowo czułe na piękno tych dzielnych stworzeń, cudowne połączenie delikatności z siłą, gracji z rączością, nie mówiąc już o różnych odcieniach barw i finezyjnych kształtach. Szkice bywały tak udane, że niejeden gospodarz odkupywał je od malarzy na pniu, by wzbogacić nimi swoją kolekcję.
Zapraszamy do przeczytania podobnego artykułu: Pierścień Zygmunta Starego wraca do Polski po 86 latach. Historia, która czekała na rozwiązanie
Wśród wielu niezwykłych miejsc na plan pierwszy wybijały się Podhorce, położone ok. 80 km na wschód od Lwowa. Oto jak odnotował swe wrażenia Józef Brandt: „Wjeżdżając do Podhorzec przyznam się, że mi serce zabiło na widok tego cudownego zamczyska, niezwykłego założenia, z głębokiej historii. Mury naokoło zamku i fosy – wszystko stąd wieje przeszłością, i jak duch około tego chodzi stary człowiek, rządca, z wąsami jak u suma i surową miną. Najechaliśmy na niego, toteż brwi zmarszczył na Żyda, że się pod zamek ze swoją furą podsuwa. Dowiedziawszy się jednak, kto nas przysłał i czego żądamy, wypogodził oblicze, kazał furze wtoczyć się na dziedziniec zamkowy, a rzeczy nasze [zaniósł] pomocnik do gościnnych pokoi. Ale te pokoje! Namiotami pobijane, sufity z namiotów, zakręciło nam się w głowie od tylu śliczności; a tu szereg takich pokoi, jeden piękniejszy od drugiego. (…) O salach na górze, zbrojowni, trudno pisać, trzeba być na miejscu – są to skarby, jakich nie tylko u nas, ale i Niemcy w prywatnym zamku nie mają. Trzydzieści sześć zbroi husarskich, Jabłonowskiego hetmana spod wyprawy wiedeńskiej, ze skrzydłami i proporcami stoją jak mur; chorągwie, buńczuki, zbroi różnego gatunku masa – trudno opisać. Inne sale przepełnione obrazami, portretami w przecudownych kostiumach, ze złoconymi plafonami, meblami, wazami; utrzymane przepysznie, bo w takim charakterze, jak za dawnych czasów” (List do matki, 24.09.1871 r.).
Dziś możemy sobie tylko wyobrazić, jakie to musiało być cudo, ponieważ po tamtym zamku została okaleczona, chciałoby się wręcz powiedzieć krwawiąca bryła, a do niedawna zamkowe komnaty zajmował szpital dla gruźlików. Znikły obrazy, plafony, zbroje, meble, odlecieli husarze, skrzydła i proporce… gdy Polskę stąd zabrano.
W roku 2015 obchodzić będziemy stulecie śmierci Józefa Brandta. To wspaniała okazja, by przywrócić tę szlachetną i genialną postać, by przywrócić cenny, artystyczny dorobek, by zorganizować wystawę zbiorczą, dzięki czemu wspaniała sztuka znowu zagości w naszej wyobraźni i w naszym sercu, które na zawsze powinno pozostać polskie.
ⓘ Informacja o publikacji
Tekst Piotra Jaroszyńskiego pt. „Kossak i Brandt: wyprawa do Galicji” ukazał się pierwotnie w wydaniu papierowym tygodnika „Nasza Polska” nr 21 z dnia 20 maja 2014. Reprint na portalu naszapolska.pl w ramach digitalizacji archiwum redakcji. Wszelkie prawa do oryginalnego tekstu zastrzeżone – Piotr Jaroszyński / „Nasza Polska”.
Piotr Jaroszyński



