Czwartek, Grudzień 02, 2010
   
Rozmiar czcionki

Szukaj w Naszej Polsce

Paweł Siergiejczyk: Polska Tuska i Pawlaka

Paweł Siergiejczyk: Polska Tuska i Pawlaka

Wybory samorządowe mają swoją specyfikę: mimo znacznego upartyjnienia liczą się w nich także kandydaci niereprezentujący ogólnopolskich ugrupowań. W tym roku najlepiej to widać w przypadku głosowania na prezydentów miast, burmistrzów...

Śledztwo "Naszej Polski" - Smoleńskgate

- Surowa zawartość czarnej skrzynki, magnetyczne nagranie danych i głosu aż do napisania raportu to jest kilka kroków... niektóre rzeczy mogą ulec zagubieniu... Po drugie, jakiekolwiek magnetyczne nagranie może być zmienione, a najłatwiej to po prostu wyciąć, dźwiękowcy potrafią przecież dokonać zmian - powiedział "Naszej Polsce" Hans Dodel, oficer Bundeswehry, specjalista od systemów nawigacji satelitarnej i walki elektronicznej. - Samolot Tu-154M, którym lecieli prezydenci Kaczyński i Kaczorowski, wyposażony był w niezawodny system TAWS i nowoczesną elektronikę pokładową, dlatego twierdzę, że mógł z powodzeniem wylądować pomimo mgły. W mediach powiela się skandaliczny mit, że Smoleńsk jest czarną dziurą w świecie nawigacji lotniczej. To nieprawda. Lotniska rosyjskie były wyjątkowo dokładnie nanoszone przez amerykański system TAWS - stwierdził w rozmowie z "Naszą Polską" Marek Strassenburg-Kleciak odpowiedzialny za analizy strategiczne i rozwój systemów trójwymiarowej nawigacji w koncernie Harman Becker. - TAWS może zawieść jedynie zaatakowany techniką (zakłócenia sygnału GPS) jak np. meaconing (zakłócania sygnału GPS – dop. redakcji), jednak wtedy trzeba rozpatrywać celową awarię systemu - dodał Kleciak.

W katastrofie rządowego samolotu zginęło 96 osób - prezydent Lech Kaczyński z małżonką, parlamentarzyści, najwyżsi dowódcy wojska, duchowni, przedstawiciele rodzin polskich obywateli pomordowanych przed 70 laty w Katyniu, osoby towarzyszące delegacji, oficerowie BOR i załoga samolotu. Pomimo obietnic polskiego rządu do dzisiaj nie ustalona została nawet godzina katastrofy. Śledztwo pozwolono prowadzić Rosjanom. Nie otrzymaliśmy najważniejszych w tej sprawie dwóch czarnych skrzynek. A polska prokuratura wojskowa może jedynie na podstawie informacji w CNN oraz BBC dochodzić prawdy. Czemu zatem jako przyczyny katastrofy eliminuje się ewentualny błąd Rosjan? To zresztą nie jedyna zagadka. Można wskazać kłamstwa, które padły w tej sprawie. Można ujawnić zaniedbania w przygotowywaniu lotu. Lista niewiadomych jest przerażająco długa. Warto przedstawić ją chronologicznie, bowiem zarówno przed podróżą, jak i po katastrofie pojawiają się zastanawiające wypowiedzi i sytuacji.

Kto przygotowywał lot?


Za feralny rejs tupolewa odpowiadała zapewne Kancelaria Premiera, MON, MSZ, ale także oczywiście osoby w Kancelarii Prezydenta. Jak ustaliła - jako pierwsza - “Nasza Polska” lista pasażerów TU-154M była dostępna w Internecie na kilka dni przed odlotem. - Dostałam ją od młodych dziennikarzy, którzy prosili mnie o radę, z kim przeprowadzić ewentualnie wywiady. Ta lista pasażerów krążyła po prostu, ot tak, już od kilku dni, z mejli na mejle – powiedziała nam 10 kwietnia red. Anna Pietraszek. O szczegółach lotu wiedziała polska Służba Kontrwywiadu Wojskowego, która – jak ustaliła “Rzeczpospolita” – bieżąco otrzymywała informacje o położeniu prezydenckiego samolotu w drodze do Smoleńska. Zapytaliśmy SKW, jak to możliwe, że dopuściła do wysłania najwyższych władz w państwie, generalicji Wojska Polskiego oraz szefów najważniejszych instytucji jednym samolotem z lat 70.? - Uprzejmie informujemy, że Służba Kontrwywiadu Wojskowego nie udziela informacji na temat podejmowanych działań – odpowiedział “Naszej Polsce” płk Krzysztof Dusza, dyrektor Gabinetu Szefa SKW. Trzeba dodać, że polskie wojskowe służby specjalne podlegają nie tylko ministrowi obrony narodowej Bogdanowi Klichowi, który nota bene figurował na pierwotnej liście pasażerów, o czym - znów jako pierwsi - informowaliśmy na portalu NaszaPolska.pl.  Ich zwierzchnikiem jest premier, czyli Donald Tusk. Kto jeszcze odpowiadał za przygotowanie lotu? Przedstawiciele rządu, politycy, generałowie wskazują przemiennie na MON i Kancelarię Premiera. - Organizatorem była Kancelaria Prezydenta RP - odpowiedziała "Naszej Polsce" Beata Żmijewska, radca Szefa KPRM z Centrum Informacyjnego Rządu. Dlaczego minister Klich zrezygnował z lotu do Smoleńska wraz z prezydentem? Zapytaliśmy o to służby prasowe MON. Do dnia zamykania numeru nie otrzymaliśmy odpowiedzi na to pytanie. Wyjaśniliśmy także, że pierwotnie prezydent Kaczyński planował podróż do Smoleńska pociągiem, razem z rodzinami katyńskimi. Kto i dlaczego mu to odradził?

TAWS

Do katastrofy doszło z powodu zbyt niskiej trajektorii lotu. Jednak dlaczego namiary z wieży kontrolnej rosyjskiego lotniska, przyrządy pokładowe, a zwłaszcza system TAWS nie uchronił naszej delegacji od śmierci? Przy katastrofach lotniczych, według specjalistów, nigdy nie ma jednego powodu rozbicia samolotu. Najczęściej nakłada się na siebie około siedmiu błędów. Tymczasem od 2005 r. nigdy dotąd nie doszło do katastrofy samolotu wyposażonego w supernowoczesny system nawigacji Terrain Awareness and Warning System (TAWS), bowiem od tego roku system ten obligatoryjnie montowany jest na wszystkich nowo wyprodukowanych samolotach linii komercyjnych. Początkowo sugerowano przedwczesną awarię TAWS, jednak już w trakcie śledztwa ogłoszono, że system działał poprawnie do końca. Następnie w mediach pojawiły się komentarze suponujące niedokładność map w systemie TAWS starego i małego lotniska wojskowego w Smoleńsku, jednak - według naszych ustaleń - TAWS zawiera bardzo dokładne mapy świata ze szczególnym pietyzmem uwzględniające właśnie rosyjskie lotniska wojskowe uznawane za strategiczne z powodu zagrożenia wojskowego. - TAWS, korzystający z ustalenia własnej pozycji przy pomocy sygnałów GPS w połączeniu z radiowym pomiarem wysokości, informuje o położeniu samolotu bardzo precyzyjnie. Jest niezawodny - powiedział nam Marek Strassenburg-Kleciak. Istnieją dwa sposoby zaatakowania od zewnątrz systemów opierających się na obliczaniu własnej pozycji na podstawie sygnału GPS (np. TAWS). Mowa o technice "meaconing", polegającej na przesunięciu sygnału nadawanego z satelity oraz "spoofing", czyli zwiększeniu mocy i sfałszowaniu sygnału satelitarnego. Jednak oba te sposoby potwierdzałyby jedynie tezę o celowym spowodowaniu katastrofy Tu-154M pod Smoleńskiem. Eksperci unijni od dawna wskazywali na te słabe punkty nawigacji GPS. W Unii Europejskiej wdrażany jest program NavWar mający zapobiegać takim atakom. System ma być uruchomiony w 2018 roku.

ABW uprawdopodobnia szokujący film

Wydaje się, że najbardziej dramatycznym materiałem dotyczącym rozbicia się Tu-154M jest amatorski film nakręcony tuż po katastrofie. Słaba jakoś obrazu - nagranego telefonem komórkowym - pozwala dostrzec kilka osób chodzących wokół zgliszczy. Rejestrator dźwięków wychwycił huk palb (nie ma pewności, czy były to strzały z broni, czy spowodowane wysoką temperaturą wybuchy amunicji w uzbrojeniu pracowników BOR-u). Według internautów na filmie słychać m.in. następujące słowa: (…) 00:47s UCHADZI TUDA 00:50s UBIJAJ TUDA 00:51s BOŻE MÓJ, BOŻE – zawołanie 00:53s STRELAJ 00: 54s CO JEST? – głos starszego mężczyzny 00:55s słychać przeładowanie broni 00:57s strzał. (…) Materiał wzięła pod uwagę Wojskowa Prokuratura Okręgowa z Warszawy badająca sprawę. 27 kwietnia Agencja Bezpieczeństwa wewnętrznego sporządziła dla prokuratury analizę filmu, z której wynika, że "W trakcie badań nie znaleziono dowodów na dokonywanie ingerencji w ciągłość zapisów (...)". Obraz filmowy sugeruje, że osoby, które przeżyły katastrofę były dobijane strzałem z broni palnej. Należy w tym momencie wziąć pod uwagę informację, jaką na początku posiadali dziennikarze, informując, że trzy osoby przeżyły katastrofę. Czy były to osoby, które potem zastrzelono, pozbywając się świadków? Na to pytanie również nie znamy odpowiedzi. Przeciwnicy autentyczności filmu lub jego interpretacji wskazującej na dobijanie pasażerów argumentują, że profesjonalne służby bezpieczeństwa, jak Federalna Służba Bezpieczeństwa (dawna KGB), które mogłyby organizować zamach, nie dopuściłyby do tak amatorskiej likwidacji pasażerów. Tymczasem warto wziąć pod uwagę pewną hipotezę. Mobilne przenośne radiolatarnie ze Smoleńska można było zainstalować w miejscu fałszującym umiejscowienie pasa do lądowania tak, aby po wyłączeniu stacjonarnego oświetlenia nowy - wirtualny pas był przesunięty np. 70 metrów w lewo i około 1000 metrów "do przodu". Złe ustawienie mobilnych radiolatarni mogło być spowodowane nie celowym zamiarem, ale błędem strony rosyjskiej, jednak trudno podejrzewać, że ktoś do takiego błędu dzisiaj się przyzna. W każdym razie, według niektórych publicystów, umiejętności polskiego pilota mogły być tak duże, że - próbując poderwać tupolewa raz jeszcze w górę - rozbił się w innym miejscu niż przewidywali zamachowcy. To tłumaczyć ma pospiesznie wykonywane strzały. Być może to przesadzona hipoteza, jednak czy ktoś bierze ją pod uwagę, aby przynajmniej ją zweryfikować? Dziennikarzom udało się jedynie udowodnić, że lampy i żarówki w stacjonarnym oświetleniu lotniska w Smoleńsku były wymieniane dopiero 8 godzin po tragedii przez rosyjskich wojskowych i milicjantów. Akcję "modernizacji" oświetlenia lotniska sfotografował białoruski dziennikarz Siergiej Serebro i opublikował na swoim blogu.

Zgliszcza jak po bombie?

Zdjęcia katastrof lotniczych z udziałem Tu-154 ukazują rozbite samoloty w podobnym stanie zachowania jak polski Tu-154M. Jednak tamte leciały na 200 metrach wysokości lub z prędkością 175 km/h. Nawet wtedy śmiertelność wśród pasażerów nie wynosiła 100 proc. Rządowy tupolew z prezydentem Kaczyńskim leciał nad samą ziemią z prędkością minimalną. Niektórzy świadkowie katastrofy mówili, że widzieli wybuch jeszcze przed zderzeniem Tu-154M z drzewami i ziemią. W przypadku polskiej katastrofy większość konstrukcji została rozrzucona na obszarze 700-800 metrów, a tylko 24 z 96 ofiar udało się zidentyfikować bezpośrednio przez rodziny. Trudno też dać wiarę Sergiejowi Szojgu, rosyjskiemu ministrowi obrony cywilnej, który oświadczył, że większość ciał została spalona. Przy niewielkiej ilości paliwa pod koniec lotu oraz po analizie zdjęć nawet rosyjski wicepremier Sergiej Iwanow musiał przyznać, że nie było dużego pożaru. Jednak pod uwagę należy wziąć fakt, że przed upadkiem Tu-154M był obrócony o 180 stopni, co zdaniem niektórych ekspertów mogło tłumaczyć dotkliwsze rozbicie samolotu. Pozostajemy więc z kolejnymi pytaniami bez odpowiedzi.

Kłamstwa rosyjskiego kontrolera

Obecnie można podejrzewać, że wszystko, co powiedzą rosyjscy kontrolerzy lotów, będzie tylko zgrabnie ułożonymi zeznaniami pod tezę, że katastrofa była jedynie tragicznym wypadkiem spowodowanym przez polskiego pilota. Na szczęście zanim obsługę wierzy kontrolnej w Smoleńsku zatrzymała siłą (sic!) rosyjska milicja, rosyjski portal life.ru zdążył dotrzeć do Pawła Plusnina, kontrolera lotów z lotniska pod Smoleńskiem, który jako ostatni rozmawiał z polską załogą. To, co wtedy powiedział Plusnin, jest arcyważnym dowodem w sprawie wskazującym jednoznacznie na kłamstwa ze strony rosyjskiego kontrolera lotów.  - Oni powinni podawać KWIT (wysokość), ale go nie przekazywali - mówił Paweł Plusnin. Na pytanie, dlaczego piloci nie podali tej informacji, odpowiedział, że "słabo znali język rosyjski". Pomijając fakt, że nawigator, czekając na tej rangi delegację, powinien porozumiewać się w jeżyku angielskim, trzeba pamiętać, o czym zaświadczają polscy koledzy  pilota Protasiuka pilotującego Tu-154M, że znał on świetnie rosyjski. A więc Plusnin najprawdopodobniej kłamał.

Rosyjska łapa na śledztwie

Na pomysł powołania międzynarodowej komisji śledczej ds. katastrofy rzecznik rządu Paweł Graś odpowiedział w dość przerażający sposób: "Nie bardzo wiadomo, co nowego mieliby wprowadzić zagraniczni eksperci do zrozumienia przyczyn katastrofy". Dla opisania stanu rzeczy i możliwości polskich prokuratorów należy przytoczyć dwie wypowiedzi. W imieniu prokuratury wojskowej płk Ireneusz Szeląg powiedział: "Mimo że braliśmy udział w czynnościach procesowych w Smoleńsku, to stanowią one dowody w postępowaniu karnym prowadzonym przez stronę rosyjską i bez jej zgody nie możemy upubliczniać ich treści". Za to prokurator generalny Andrzej Seremet stwierdził, że "gospodarzem" śledztwa jest rosyjska prokuratura i to w jej dyspozycji są wszelkie dowody rzeczowe. I trudno do końca winić Rosjan o zawłaszczenie śledztwa i dowodów, ponieważ polski rząd nie wystąpił do strony rosyjskiej z prośbą o przejęcie dochodzenia. Jak informują liczni eksperci prawa i praktyki lotniczej, istniała możliwość skorzystania z konwencji z Chicago lub zawarcie porozumienia polsko-rosyjskiego ws. katastrofy smoleńskiej tak, abyśmy byli gospodarzem śledztwa. Gabinet Tuska nie uznał jednak tego za konieczne i wciąż podkreślał wiarę w dobre chęci Rosjan i gesty współczucia wyrażone przez Putina i Miedwiediewa, które miały zostać uznane za rękojmie prawidłowego przeprowadzenia dochodzenia. Gdyby strona polska zdobyła się na próbę przejęcia śledztwa, Rosjanie musieliby zaczekać z wydobyciem czarnych skrzynek do momentu przylotu naszych ekspertów. Hans Dodel w rozmowie z “Naszą Polską” potwierdził, że zawartość czarnych skrzynek można nagrać na nowo. Otwiera się je i analizuje zawsze w obecności ekspertów z międzynarodowych linii lotniczych. Takie są zasady od samego początku stosowania czarnych skrzynek w lotnictwie. Fakt, że nie dopuszczono nikogo "postronnego" do ich pierwszej analizy, wygląda na zacieranie śladów.

Mało tego, pozwolono, aby Rosjanie zabezpieczyli inne dowody. Pamiętać należy, że samolotem leciał prezydent RP, szef BBN, prezesi IPN i NBP... Zawartość ich telefonów, laptopów i innych urządzeń mogła bez wątpienia stanowić łakomy kąsek dla obcych służb specjalnych, zwłaszcza rosyjskich. Trudno zaś dać wiarę stronie rosyjskiej, że żadne z tego typu urządzeń nie ocalało, bowiem zdjęcia z miejsca katastrofy pokazują bardziej delikatne przedmioty, które zachowały się niemal w całości. Od początku śledztwa polski rząd bez przerwy chwalił ekspertów pracujących w Rosji nad badaniem przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem. Tymczasem Edmund Klich, szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, przerywając prorosyjską laudację, powiedział w końcu o "braku jakiekolwiek pomocy ze strony rządu". Mówił też, że był zmuszany do współpracy z prokuratorami. - Nie mieliśmy żadnego wsparcia. Na moją prośbę do ministra Bogdana Klicha, że nie mam jeszcze tłumacza, dostałem odpowiedź: "o co pan robi tam od trzech dni? To pan powinien go sobie załatwić". Dalej pan minister Klich, powołując się na swoje rozporządzenie, zmuszał mnie wprost do współpracy z polską prokuraturą. Kiedy mówiłem: “panie ministrze, ja nie mogę współpracować z prokuraturą, bo strona rosyjska ma do mnie pretensje”, odpowiadał: "ja tego nie przyjmuję do wiadomości" - relacjonował Edmund Klich. - Zasady są jasne. Projekt raportu (o przyczynach katastrofy) przygotowuje strona rosyjska, a my mamy 60 dni na odpowiedź i to wszystko. Oni mogą te nasze uwagi uznać albo nie - dodał. Warto też zapamiętać inne zdanie szefa państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych: - Ja wiem, jaki jest tego wszystkiego cel i kto robi larum. Ludzie, którzy są odpowiedzialni za tę katastrofę, chcą zwalić wszystko na pilotów...

Winą obarczyć pilota!

Nie trzeba było długo czekać, by to się sprawdziło. Pierwsza odpaliła dziennikarskie race "Gazeta Wyborcza", która po ataku na pogrzeb prezydenta na Wawelu insynuowała, że to Lech Kaczyński zmusił pilota do lądowania. Oczywiście winę ponosiliby więc zarówno prezydent, jak i lotnik, który miał ulec żądaniom zwierzchnika sił zbrojnych. Oczywiście “GW” nie podała żadnych poważnych argumentów za taką rekonstrukcją zdarzeń. W sukurs organowi michnikowszczyzny przyszła stacja TVN24, która 28 kwietnia "dowiedziała się nieoficjalnie", że urządzenia ostrzegawcze Tu-154M działały. Piloci mieli 30 sekund – tyle trwał sygnał ostrzegawczy przed gwałtownym zbliżaniem się do ziemi. Według ustaleń TVN24, mowa o systemie EGPWS (Enhanced Ground Proximity Warning System). Jest to urządzenie, które ostrzega przed zbliżaniem się do ziemi i sugeruje, że jest jeszcze czas na poderwanie maszyny do góry. Dźwięk ostrzegawczy jest słyszalny na rejestratorze umieszczonym na jednej z czarnych skrzynek. Jeśli to prawda, to piloci popełnili ogromny błąd - poinformowała telewizja TVN24. Tymczasem eksperci, jak Piotr Abraszek z miesięcznika "Nowa Technika Wojskowa", podważają zasadność zarzutów stacji. "Nasza Polska" o skomentowanie rewelacji TVN24 poprosiła ekspertów z zagranicy. – Fakt, że urządzenia ostrzegawcze Tu-154M działały, nie przesądza o winie pilota, a na pewno nie wyklucza tezy o zamachu na elektronikę samolotu. EGPWS włącza się na pewnej wysokości nad poziomem terenu, przy której pilot przygotowuje się do lądowania, więc jest dla niego oczywiste, że taki sygnał usłyszy. Jeśli wysoce prawdopodobny atak elektroniczny zmanipulował wskazania wysokości, to pilot zamiast spodziewanego pasa startowego zobaczył ziemię – usłyszeliśmy od ekspertów.

Komu zależało?

Badając sprawę tragicznej katastrofy Tu-154M, należy antycypować pomyłkę polskiego pilota, złe warunki atmosferyczne, awarię urządzeń pokładowych i naziemnych, błędy rosyjskich kontrolerów lotów, a także zaniedbania polskich służb specjalnych, resortów... a w końcu  również możliwość zamachu. Czy władze rosyjskie byłyby do tego zdolne? A czy nie były zdolne truć prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki dioksynami? Czy zabójstwa Aleksandra Litwinienki czy Anny Politkowskiej to taka odległa przeszłość? Pytanie, czy istniały realne powody, by taką operację FSB miała przeprowadzić. Należy też odważnie zapytać o ewentualną możliwość zorganizowania zamachu przez polskie służby, takie jak byłe Wojskowe Służby Informacyjne. Pamiętajmy, że prezydent Lech Kaczyński i Aleksander Szczygło szef BBN znali treść aneksu do raportu o WSI, w którym miały znajdować się m.in. materiały obciążające kandydata do fotelu prezydenta Bronisława Komorowskiego (autor niniejszego artykułu jako pierwszy dziennikarz ujawnił "Protokół przesłuchania świadka” Bronisława Komorowskiego zeznającego w prokuraturze nt. aneksu do raportu o WSI, co nadało bieg tzw. aferze aneksowej - dop. redakcja "NP"). W tym świetle można zadać pytanie o cel przeszukania przez ABW mieszkania Zbigniewa Wassermanna, który mógł posiadać niezwykle cenną wiedzę dotyczącą afery hazardowej, w którą uwikłani są główni politycy PO. Podobnie Janusz Kurtyka, prezes Instytutu Pamięci Narodowej, niewątpliwie dysponował wiedzą niebywale niewygodną dla wielu ważnych polityków w kraju. Czy to wszystko miało związek z katastrofą Tu-154M? Cisza nad pytaniami o Smoleńsk jest bardzo wymowna.

***

Na koniec warto przypomnieć incydent z wizyty Lecha Kaczyńskiego w Gruzji, kiedy to kolumna, w której jechali prezydenci Polski i Gruzji, została ostrzelana. Wówczas marszałek Komorowski zauważył jedynie, że będzie to miało negatywny wpływ na relacje polsko-rosyjskie, a całość zajścia skwitował haniebnym zdaniem: "Jaka wizyta, taki zamach". Dzisiaj, w odniesieniu do katastrofy pod Smoleńskiem, ironiczne słowa Komorowskiego nabierają być może nowego sensu.

Robert Wit Wyrostkiewicz
"Nasza Polska" patronuje inicjatywie uruchomienia strony internetowej w całości poświęconej katastrofie pod Smoleńskiem. Strona o adresie www.smolenskgate.pl jest obecnie w budowie.

Reklama

Featured Links:
Joomla!
Joomla! The most popular and widely used Open Source CMS Project in the world.
JoomlaCode
JoomlaCode, development and distribution made easy.
Joomla! Extensions
Joomla! Components, Modules, Plugins and Languages by the bucket load.
Joomla! Shop
For all your Joomla! merchandise.
Ads by Joomla!

Polcecane linki

  • Instytut Pamięci Narodowej
  • strona poświęcona gen. "Nilowi"
  • portal Wolna Polska
  • Tygodnik "GŁOS"
  • strona Krzysztofa Wyszkowskiego

Artykuły ponadczasowe

Listy poparcia i petycje

Polecamy/zapraszamy

Logowanie