KRZYSZTOF GŁOWACKI: Persowie coraz silniejsi
Wpisany przez Krzysztof Rafał Głowacki Wtorek, 06 Październik 2009 14:53
Świat
Najpierw przeprowadzono próby z rakietami krótkiego zasięgu. Potem wystrzelono najnowocześniejsze pociski znajdujące się w irańskim arsenale: Shahab-3 o zasięgu 2500 km oraz rakietę Sajjil-1 o zasięgu 2000 kilometrów.
Manewry irańskie odbyły się w szczególnie drażliwym momencie – kilka dni po ujawnieniu przez Teheran, iż kraj ten zbudował nowe zakłady wzbogacania uranu w pobliżu świętego miasta Kum. Budowa drugiej instalacji była przez lata zatajana przed ONZ.
Ruchy w miejscu
Informacje z Bliskiego Wschodu dotarły do przywódców Zachodu podczas szczytu państw G-20 w Pittsburghu. – Teheran wszedł na drogę, która prowadzi do konfrontacji. W takiej sytuacji USA nie wykluczają akcji zbrojnej – stwierdził Barack Obama. Rozwój wydarzeń w Iranie jest bacznie obserwowany także w Moskwie, której współpraca ma kluczowe znaczenie dla powodzenia ewentualnych nowych sankcji wobec Teheranu (nawet całkowita blokada morska Iranu nie da niczego, jeśli Rosja będzie słać dostawy lądem). Zdaniem części analityków, możliwy jest zwrot w stosunkach rosyjsko-irańskich. – Stanowisko Moskwy różni się od stanowiska Zachodu tym, iż nie przyjmuje ona za pewnik, że Iran pracuje nad bronią atomową – mówi rosyjski ekspert ds. Iranu Władimir Jewsiejew. Przyznaje jednak, że między Moskwą a Teheranem doszło do kryzysu zaufania, co doprowadziło do zaostrzenia rosyjskiego stanowiska. – Jeśli inne środki zawiodą, Moskwa może poprzeć sankcje – ocenia. Podobny pogląd prezentuje politolog Aleksiej Makarkin. Jego zdaniem, przemawia za tym nie tylko ocieplenie w stosunkach z USA, ale przede wszystkim własny interes. – Rosja nie chce mieć w pobliżu swych granic potencjalnie agresywnego państwa z bronią atomową – tłumaczy Makarkin.
Czas nagli
– Dopóki Obama nie zacznie rozważać możliwości użycia siły, światowi liderzy mogą mówić, co chcą, a Teheran i tak nie będzie ich traktował poważnie – przekonuje Mordechaj Kedar z izraelskiego Uniwersytetu Bar-Ilan. – Irańczycy wiedzą, że Chiny i Rosja nie zgodzą się na dużo ostrzejsze sankcje. A Iran potrzebuje już tylko kilku miesięcy, by zbudować bombę atomową – ostrzega. Cienia złudzeń co do faktycznych planów Iranu nie pozostawia również Paul Wolfowitz, były zastępca sekretarza obrony Stanów Zjednoczonych: – USA muszą wziąć pod uwagę, że Iran uzbrojony w broń nuklearną może udzielić schronienia al-Kaidzie lub innym terrorystom. (…) Dlaczego Iran pracuje nad rozwojem pocisków balistycznych, jeśli ma pokojowe intencje? Dlaczego wzbogaca uran, skoro zakup gotowego reaktora byłby opcją o wiele tańszą? – pyta retorycznie.
Niedawno pojawiła się informacja, że Pentagon przyspiesza prace nad 15-tonową bombą przeciwbunkrową GBU-57A/B tak, żeby zakończyły się one jeszcze przed końcem tego roku. Według izraelskiego ośrodka analitycznego debka.com, amerykańskie instytucje wojskowe pracują także nad przystosowaniem niewykrywalnych dla radarów bombowców B2 do przenoszenia 15-tonowego giganta.
Izrael w gotowości
Mając na uwadze politykę ajatollahów, obrona antyrakietowa dla Izraela to kwestia być albo nie być. Z tego też powodu kraj ten wkłada wiele wysiłku w rozwój projektów Iron Dome i David’s Sling, których zadaniem jest niszczenie wystrzeliwanych z terytorium Autonomii Palestyńskiej i Libanu niekierowanych rakiet Kassam i Katiusza. Trwają również prace nad systemem Nautilius, który zakłada użycie wiązki laserowej do niszczenia zarówno rakiet niekierowanych, jak i balistycznych (bliskiego i średniego zasięgu) w końcowej fazie ich lotu.
Ponadto od końca lat 80. Izraelczycy pracują nad pociskiem Arrow. Do tej inicjatywy zmusiły ich irackie rakiety spadające na izraelskie miasta podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej (1990-1991). Rozmieszczone wówczas naprędce przez Amerykanów wyrzutnie Patriot PAC-2 okazały się niewystarczająco skuteczne przeciw irackim SCUD-om, a ich niewielki zasięg wymuszał instalację nawet kilku baterii wokół bronionego obszaru. Wdrożony program National Defense System, w ramach którego rozwijano projekt Arrow, stał się jednym z priorytetów izraelskiej polityki obronnej, a w strukturach Ministerstwa Obrony powołano Israel Missile Defense Organization.
Izraelczycy najbardziej obawiają się irańskich pocisków typu Shahab-3, które stanowią trzon arsenału jednostek rakietowych Pasdaranu (Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej). Według szacunków wywiadowczych, na początku 2008 roku Irańczycy mieli ok. 30 rakiet, pod koniec roku ich liczba sięgnęła stu. Jeśli skala produkcji nie uległa zmianie, do chwili obecnej może to być ok. 150 sztuk. Niewykluczone, że Teheran ma także „coś w zanadrzu”, gdyż z nieoficjalnych źródeł wiadomo, że dysponuje tajemniczymi pociskami Ghadr-1 i Ashura.
Równolegle Izrael pracuje nad pociskiem Arrow III. W programie uczestniczą Stany Zjednoczone, które współfinansują projekt. Pierwsza bateria Arrow III powinna uzyskać gotowość operacyjną. Nowy pocisk nie wyprze z linii starszej wersji, obydwa mają być równolegle w użyciu, co pozwolić ma na stworzenie wielowarstwowego systemu antybalistycznego, zdolnego do przechwycenia wrogiej rakiety jeszcze poza atmosferą (powyżej pułapu 100 km).
Do współpracy z nowymi pociskami opracowywana jest udoskonalona wersja radaru – Super Green Pine. Zanim jednak dojdzie do sfinalizowania badań, zadania Super Green Pine pełni na pustyni Negev amerykański radar pracujący w paśmie X. Jego obecność nabiera szczególnego znaczenia w świetle ukraińskich informacji o sprzedaży Teheranowi w 2001 roku dwunastu rakiet manewrujących typu powietrze-ziemia Ch-55, o zasięgu 3000 km. Jest to idealna broń pierwszego uderzenia – ze względu na niską trajektorię lotu i niewielką skuteczną powierzchnię odbicia trudno wykryć pociski.
Silni i słabi
Izraelowi brakuje jednak zdolności zadania tzw. drugiego uderzenia nuklearnego. Dlatego doktryna obronna tego kraju kładzie główny nacisk na odstraszanie, a w wypadku gdy to zawiedzie – szybkie przeniesienie konfliktu na teren przeciwnika i zdecydowane rozgromienie jego sił. Izrael dwukrotnie pokazał, że nie żartuje, jeśli chodzi o proliferację broni atomowej. W 1981 roku izraelskie samoloty zbombardowały iracki ośrodek nuklearny w Osiraku, w 2007 roku Izraelczycy zaatakowali syryjską instalację jądrową w Dayr az-Zawr.
Podobny scenariusz brany jest pod uwagę w stosunku do Iranu, jednak jego realizacja byłaby o wiele trudniejsza. Przede wszystkim ewentualne cele znajdują się znacznie dalej, poza tym są rozproszone, część z nich ukryta jest w zboczach stoków górskich, pod kilkumetrową warstwą skał. Według amerykańskich ocen, do zniszczenia ich ładunkiem konwencjonalnym koniecznym byłoby trafienie dwóch kolejno zrzuconych w to samo miejsce bomb burzących, zdolnych do głębokiej penetracji. Atak izraelskimi rakietami balistycznymi Jerycho III i konwencjonalnymi pociskami Cruise przenoszonymi przez łodzie podwodne Dolphiny byłby niewystarczający, a do akcji musiałoby zostać użyte lotnictwo. Autorzy raportu „Study on a Possibile Israeli Strike on Iran’s Nuclear Development Facilities” opracowanego w Center for Strategic & International Studies obliczają, iż do nalotów musiałoby zostać zaangażowane 25 samolotów F-15E, 17 maszyn typu F-16I oraz 38 samolotów F-16C, poza tym 5 sztuk KC-130H i 4 sztuki B-700 (powietrzne tankowce).
Monopol Izraela zagrożony
Dlaczego dla Izraela tak ważnym jest, aby Iran nie dostał się do klubu atomowego? Nie chodzi bynajmniej o to, że państwo perskie jest krajem niebezpiecznym, lecz o to, że posiadanie przez Iran broni niekonwencjonalnej zneutralizowałoby izraelski potencjał nuklearny. I to nie w militarnym, lecz polityczno-strategicznym sensie. Iran zostałby politycznym liderem świata islamu, a ewentualna wojna państw muzułmańskich z Izraelem toczyłaby się tak, jakby Tel Awiw nie dysponował przywilejem posiadania bomby atomowej. Ponadto państwo żydowskie nie mogłoby więcej prowadzić tak agresywnej polityki wobec sąsiadów, jak dotychczas – dowolnie atakować Libanu, Syrii czy też dyktować niesprawiedliwych warunków pokoju z Palestyńczykami. Stosunki w regionie uległyby gruntownemu przetasowaniu.
Ostatnio były prezydent Iranu Akbar Hashemi Rafsanjani stwierdził, iż Izrael nie przetrwałby ataku nuklearnego jego kraju, podczas gdy straty Iranu, jakkolwiek znaczne, nie byłyby śmiertelne. Wynika to z prostego faktu, iż obszar Izraela to nieco ponad 22 tys. km2, ludność – niespełna 7,5 mln, a ponad 90 proc. populacji skupione jest w obszarach miejskich (40 proc. w Jerozolimie, Tel Awiwie i Hajfie – miastach zajmujących zaledwie 7 proc. powierzchni kraju), w pobliżu nich ulokowane są także główne bazy wojskowe. Uderzenie w te ośrodki bronią masowego rażenia oznaczałoby koniec państwowości izraelskiej. Iran to z kolei 1,65 mln km2 powierzchni i 65 mln ludności, z czego na obszarach miejskich 54 proc. (ok. 16 proc. w pięciu największych miastach). Rozproszenie skupisk ludności, centrów gospodarczych, instalacji militarnych i jednostek wojskowych uodparnia je na atak.
NASZA POLSKA NR 40/2009