Oszukani rolnicy z całej Polski zgłaszają się w 2014 r. do redakcji „Naszej Polski” ze sprawami, które łączy jeden schemat: pośrednicy sprowadzają z zagranicy chore prosięta albo odbierają tuczniki i nie płacą, a potem znikają za plecami firm przejmowanych przez jednego człowieka. Beata Adamczyk opisuje rolników, którym dostarczono 400 chorych warchlaków. Badania w Instytucie Weterynarii w Puławach i opinia biegłego profesora potwierdziły, że zwierzęta zaraziły się od matek, a mimo to sprawę w sądzie rejonowym prowadzi się od trzech lat, a w aktach pojawiły się trzy różne świadectwa zdrowia. Autorka śledzi działalność Jerzego Jana R., który mimo sądowego zakazu prowadzenia działalności gospodarczej przejmuje co miesiąc 20 do 30 zadłużonych spółek, łącznie ponad 1100. Przywołuje list 14 senatorów PiS do prokuratora generalnego i słowa senatora Grzegorza Wojciechowskiego, który porównuje los rolników do klientów Amber Gold. Pyta też Głównego Lekarza Weterynarii, czy chory żywiec może trafiać na nasz rynek.
Afery
Afery biznesowe to niemal codzienność Polski pod rządami Tuska. Wiele mówiło się o sprawie Amber Gold, której dotąd nie wyjaśniono i nie osądzono. Ale nikt nawet się nie zająknął, jakie są podstawy funkcjonowania w polskim systemie prawnym kancelarii gospodarczych umożliwiających bezkarne okradanie uczciwych ludzi przez firmy, które bogacą się przejmując od nich towary, korzystają z usług, nie wywiązując się z warunków umów.
Pomimo interwencji dziennikarzy mediów lokalnych wszystkie te podmioty są „nietykalne”, gdyż chroni ich mecenat Jerzego Jana R.
Polski chłop musiał podołać normom unijnym, zaostrzonym przez urzędników, napływowi dotowanych produktów rolnych z UE, a i otrzeć łzę, gdy wyjeżdża, pomimo unijnych dotacji, dorobić na utrzymanie rodziny i ojcowizny. Zastanawiające, że nie ma żadnych szkoleń np. z zakresu informowania publicznego o wprowadzonych aktualnie zmianach w dokumentacji w związku z wprowadzanym prawem unijnym, obrotem wewnątrzunijnym etc. dla plantatorów upraw, hodowców czy rolników, którzy chcieliby ukierunkować produkcję rolną.
Chłop sam musi się dowiedzieć, jakie ceny negocjować, co i u kogo kupować, jak się rozliczać, a i jeszcze prowadzić rachunkowość gospodarstwa. A jednak – czego nie mogą pojąć urzędnicy i inni usiłujący zarobić w tej branży na pośrednictwie – chłopi dotychczas umieli sobie radzić.
Jak oszukuje się chłopów
Warunki, jakie stworzył rząd Tuska, dopuszczając tzw. przedsiębiorców do rolnictwa, spowodowały bardzo poważny kryzys w tej dziedzinie gospodarki. Rolnicy przy wsparciu specjalistów apelowali do rządzących o pomoc, by powstrzymać spadek produkcji, wskutek którego zostało zagrożone bezpieczeństwo żywnościowe kraju. Prof. Waldemar Michna wskazał, że w tym celu jest konieczna hodowla ok. 20 mln sztuk trzody chlewnej, natomiast zrzeszeni w organizacjach i kółkach rolniczych ostrzegali, że jest zaledwie ok. 12 mln pogłowia w kraju. Wskutek wybicia macior rolnicy muszą sprowadzać prosięta z zagranicy. Wielu z nich przekonało się, że jest to kupowanie kota w worku.
Problemy naszych chłopów nie dotyczą tylko ich, choć to oni bezpośrednio ponoszą straty. Alarmują, że wskutek braku regularnej kontroli weterynaryjnej, nieścisłości i fałszowania świadectw weterynaryjnych zostało do Polski sprowadzonych przez handlarzy wiele chorych prosiąt. Co przełożyło się na wielomiesięczne leczenie, podczas którego padało ok. 20-30 proc. stad. Firmy sprowadzające prosięta dbają, by zaskarbić sobie zaufanie odbiorców. Początki współpracy układają się bardzo dobrze. Po czym przywożą na podwórko niczego niespodziewającego się chłopa kilkaset chorych sztuk. Takie przypadki nie były jednostkowe, ale ponieważ powierzyło nam swoje sprawy wielu rolników, przestawimy te najbardziej wyraziste, tak, by było jasne, jak bardzo rozpowszechnione są działania zagrażające gospodarstwom i jak, niezależnie od rolników, przekłada się ten stan rzeczy na zagrożenie bezpieczeństwa żywności, którą kupujemy na co dzień.
Powie ktoś: o co mają pretensje chłopi? Nie wiedzieli, co brali? Owszem – jeśli tacy sceptycy znajdą osobę, która wejdzie na przyczepę samochodu w tłum zwierząt i będzie potrafiła wszystkie trafnie zdiagnozować, jego umiejętności przewyższą wiedzę specjalistów i sztukmistrzostwo Davida Copperfielda.
Wymiar (nie) sprawiedliwości
Zastanawiające, że pomimo informowania przez media o problemach wynikających ze sprowadzania chorych świń i krów lub mięsa z chorych zwierząt do Polski, nikt z rządu nie odpowiedział, dlaczego na naszym rynku można sprzedawać chory żywiec. Wystarczy zapoznać się z uwagami na kilku portalach internetowych rolników. Spośród gospodarzy, z którymi rozmawiałam o tym problemie, większość została oszukana przez handlarzy. Rolnicy, którym olsztyńska, a po przepisaniu na J.J.R. warszawska firma, sprzedała 400 chorych warchlaków, po rozmieszczeniu w chlewni stwierdzili, że są poważne zmiany chorobowe i tego samego dnia poinformowali o tym pośrednika, żądając, by zgodnie z umową zabrał wadliwy towar. Firma przysłała technika weterynarii (zgodnie z prawem powinna doktora weterynarii) po 5 dniach.
Pomimo że rolnikom dostarczono chore prosiaki tuż przez dniem Wszystkich Świętych, przeprowadzili badania i po konsultacjach z lekarzami weterynarii zgłosili sprawę do miejscowej prokuratury. Ten fakt miał znaczenie nie ze względu na skuteczność działań organów ścigania, lecz proceduralnych, gdyż obie strony musiały złożyć dokumentację, co będzie bardzo istotne dla dalszego przebiegu tej sprawy. Wyniki badań prosiąt przeprowadzone przez specjalistów w Instytucie Weterynarii w Puławach jasno wskazały bowiem, że maluchy zaraziły się chorobą od matek. Co oznacza, że chore prosiaki zostały dostarczone rolnikom. Jeden z młodych naukowców, który zajmował się badaniami, wykorzystał wyniki w swoim doktoracie. Każda praca i artykuł naukowy jest recenzowany oraz zatwierdzany do obrony lub opublikowania przez specjalistów z danej dziedziny. W tym przypadku: chorób świń.
Można by sądzić, że te fakty mogą znacząco wpłynąć na korzystne rozwiązanie dla uczciwych obywateli. Bynajmniej! Otóż firma podała rolników do Sądu Gospodarczego, stwierdzając, że za dostarczony towar nie otrzymała zapłaty. Sprawa została przeniesiona do Sądu Rejonowego, gdzie jest prowadzona od 3 lat. Nietrudno domyślić się, jakie obciążenia psychiczne i jakie koszty musieli ponieść rolnicy udowadniający, że zostali oszukani. Badania prosiąt przeprowadzone w Puławach zostały przedstawione do oceny biegłemu powołanemu przez Sąd Rejonowy, którego opinia była druzgocąca dla sprzedającego. Stwierdził on, że działalność prowadzona przez tę firmę jest zagrażająca dla bezpieczeństwa żywnościowego kraju, zdrowia konsumentów oraz może doprowadzić do wstrzymania eksportu.
Zastanawiające jest to, że od tego momentu sprawa zaczęła się komplikować. Pani, której wykształcenie nie ma nic wspólnego z weterynarią, poddała opinię profesorską krytyce. I sędzia uznał – mimo, że biegły był powołany z ramienia sądu – iż jest to wystarczające, by zobligować naukowca do obrony ekspertyzy. Clou tej sprawy miało nastąpić właśnie podczas tego przesłuchania, bowiem biegły stwierdził, że nie widział dotychczas przedstawionego mu na sali sądowej dokumentu! Wcześniej w aktach było inne świadectwo zdrowia świń, co do których po odniesieniu do kryteriów wyznaczonych przez normy unijne stwierdził, że ich nie spełniało. Wprost – jest sfałszowane. Stwierdził, że możliwe, iż pokazany mu dokument dotyczy innego stada, ale z pewnością nie sprawy, którą się zajmował. Zastanawiające, że to nowe świadectwo nie posiadało ważnych cech, czyli jego strony nie są numerowane zgodnie z numeracją w aktach sądowych (tylko koperta). Tak przygotowana dokumentacja została przesłana przez sąd do następnego ośrodka w celu ocenienia przez innych biegłych. Mało tego – w tej sprawie na dzień dzisiejszy występują trzy różne świadectwa zdrowia! Jeśli w Polsce sądownictwo byłoby praworządne, sprawa natychmiast byłaby zbadana, a nie pominięta. Sędzia na wniosek przedstawiciela firmy postanowił przesłać dokumentację do innego ośrodka badawczego. Pomimo iż rolnicy wielokrotnie zwracali się do sądu, by wziął pod uwagę, że brak poważnych przesłanek oprócz niezadowolenia tych, którzy ich oszukali.
Przedstawię Czytelnikom argumenty z pisma złożonego w sądzie przez prezesa owej spółki. Nie ma zastrzeżeń prawnych zabraniających sprowadzania warchlaków o „takim statusie zdrowotnym”. I że rolnicy powinni zdawać sobie z tego sprawę. Pozostawiamy ocenie Czytelników poziom tej wypowiedzi. Uprzejmie zwracamy się do głównego lekarza weterynarii o zajęcie stanowiska w tej sprawie. Czy jest możliwe, by rolnik do hodowli, która ma mu przynieść zysk, zamawiał warchlaki, których stan zdrowia budzi wątpliwości? A konsumenci musieli kupować wędliny z mięsa chorych zwierząt?
Przeczytaj również: Rząd nie chce bronić ziemi i lasów
Oszukani w całej Polsce
Clou sprawy rozpoczęło się latem ub.r. Dotychczasowi biznesmeni zwrócili się o pomoc do swojego „ojca chrzestnego”. Pomoc została im natychmiast udzielona, czyli J.R.R. przejął firmę zdejmując z nich odpowiedzialność za zobowiązania. Co niepojęte dla logicznie myślących i uczciwych ludzi, nie prowadząc działalności gospodarczej bez obaw rejestruje na siebie ok. 20-30 spółek miesięcznie, odkupując udziały. Ma zakaz „prowadzenia działalności gospodarczej na własny rachunek oraz pełnienia funkcji członka rady nadzorczej, reprezentanta lub pełnomocnika w spółce handlowej, fundacji, przedsiębiorstwie państwowym, spółdzielni lub stowarzyszenia na okres 5 lat” (czyli do 2015 r.). Czy to oznacza, że prawnicy, u których dokonywane są zmiany w aktach prawnych, nie sprawdzają całej dokumentacji stron, gdy przystępują do ich spisania? Tym samym, jakaż to różnica pod względem merytorycznym, czy umowa została spisana na kolanie czy na stole w kancelarii? A może to nieistotne dla ich etyki zawodowej?
Zastanawiające, że opinia laika, czyli pani prezes, była skuteczniejsza, aniżeli zeznania kilku doktorów weterynarii, wiedza specjalistów naukowego ośrodka weterynaryjnego o statusie międzynarodowym w Puławach, innych rolników, którym ta firma sprzedała chore prosięta, i wreszcie biegłego sądowego, profesora weterynarii. Zaufanie zwykłych obywateli do wymiaru sprawiedliwości w Polsce jest poważnie zachwiane. Ci rolnicy z mieszanymi uczuciami czekają na wyniki badań ekspertów, którzy w kolejnym ośrodku będą badać dokumentację z zamienionym świadectwem zdrowia, już trzecim w tej sprawie.
Problemy z tą samą firmą, przejętą przez Jerzego Jana R., od roku ma pięciu rolników z łowickiego i łódzkiego, którym wystawiła fakturę nie dokonując wpłaty na kwotę ok. 800 tys. zł. W połowie 2013 r. firma wycofała 20 mln zł ze swoich kont! W wyniku potwierdzenia ich roszczeń przez sąd otrzymali drugi, nic nieznaczący dokument, niegwarantujący im faktycznego zwrotu należnych środków! Tym samym mogą „pisać na Berdyczów”! J.R.R. w ich sprawie został przesłuchany w Prokuraturze Rejonowej w Łowiczu. Dotychczas jako świadek. Osoba, która jest wpisywana do dokumentacji jako „prezes zarządu”, otrzymuje za ten proceder ok. 200-250 zł za spółkę. Jakie są tego konsekwencje społeczne, przedstawiłam na przykładzie uczciwych ludzi, którzy zostali przez jego „podopiecznych” okradzeni. Jego współpracowniczka, prezes zarządów przejmowanych spółek, w zeznaniach przyznała się, że zdaje sobie sprawę, iż pełni te funkcje fikcyjnie. Dotychczas została wpisana do 30 spółek! Czy są jakieś normy prawne, które chroniłyby przed takimi działaniami!? J.J.R. stwierdził, że nie zdawał sobie sprawy, iż zadłużenie firmy jest tak znaczące. Czy to możliwe, żeby kupując firmę on lub wynajęty w tym celu prawnik nie zapoznali się z dokumentacją? Firma, którą odkupił, nie prowadzi obecnie działalności gospodarczej. W jakiej formie J.J.R. zamierza się rozliczyć z poszkodowanymi?
Nadal zgłaszają się rolnicy z całej Polski poszkodowani przez firmy pośredniczące. Ten sam schemat działań został zastosowany przez J.J.R. w ub.r. w krakowskim, gdzie „przejął pieczę” nad firmą, która okradała rolników nie wypłacając im należności za towar o wartości ok. 2 mln zł.
Senatorowie alarmują
Dlaczego tak wnikliwie przedstawiłam „cudeńka” przedsiębiorczości w państwie Tuska? Ponieważ dzieje się to w kraju, w którym podobno wszyscy obywatele są równi. Czyżby? Dlaczego Sąd Gospodarczy w Warszawie nie wydaje odpisu potwierdzającego, że J.J.R. nie ma prawa do prowadzenia działalności gospodarczej, pomimo obowiązującej ustawy o dostępie do informacji publicznej? Czyżby był pod ochroną „wyższych instancji”? Prawnicy, eksperci, parlamentarzyści, których zapoznałam z tą sprawą, uznali ten stan rzeczy za trudny do pojęcia. Bo jak to możliwe, że w odniesieniu do J.J.R., który obraca się na co dzień w środowisku prawniczym, nikt nie zorientował się, że nie ma podstaw do świadczenia usług osobie, która nie ma prawa z nich korzystać w zakresie określonym przez sąd prawomocnym wyrokiem.

Jeżeli osoba zgodnie z aktami prawnymi kupuje zadłużone spółki wpłacając za ich przejęcie kwoty w wysokości od 50 tys. do 200 tys. zł, to jak to możliwe, że nie kontynuuje ich dotychczasowej działalności? Przejmując spółki, przejmuje ich zobowiązania, z których po dziś dzień się nie wywiązała? Zastanawiające, jakimi intencjami kieruje się kupując te spółki.
Dlaczego nie zainteresował się tym Urząd Skarbowy albo inne zobligowane do tego organy państwa? Jak to możliwe, że nie zwróciła niczyjej uwagi informacja w Krajowym Rejestrze Sądowym, do którego J.R.R. jest wpisywany jako nowy właściciel 20-30 firm w każdym miesiącu. Łącznie jest na niego przepisanych ponad 1100 firm! W prasie często wymienia się jego nazwisko w związku z firmami, które nie wywiązały się ze zobowiązań finansowych.
Jak to jest traktowane przez polski system sprawiedliwości? Jako specyficzna pasja, którą sobie bez szkody dla innych realizuje? Jeśli by tak było, pod listem do prokuratora generalnego nie podpisałoby się 14 senatorów PiS, którzy konsultują swoje decyzje z prawnikami. Senatorowie PiS wskazują nieścisłe określenia stosowane przez prawników. Czy takie niejasne sformułowania są zamieszczane rozmyślnie, tak, by umieli je interpretować wybrani prawnicy osobom polecanym i chronionym przez ludzi „z wyższej hierarchii”, którzy dbają, by nikt za taki stan rzeczy nie został pociągnięty do odpowiedzialności?
A zatem doszło do tragicznych zdarzeń, ale brak odpowiedzialnych za taki stan rzeczy i tym samym my, zwykli obywatele, powinniśmy rozumieć, że „zawiniły okoliczności” i ci, których oszukano. Do sprawy rolników odniósł się senator PiS Grzegorz Wojciechowski: „Można sobie swobodnie zakładać firmy, prowadzić działalność. Może też to polegać na oszukiwaniu kontrahentów. Organy, które są do tego powołane, nie spełniają swoich funkcji i codziennie spotykamy się z oszukiwanymi rolnikami – osobami takimi, jak klienci Amber Gold. Podłoże tych działań jest takie samo. Istnieje konieczność zapewnienia bezpieczeństwa obrotu gospodarczego, zwłaszcza dla małych podmiotów, jakimi są gospodarstwa rolne. Cedowanie obowiązków dowodowych przez prokuraturę na osoby pokrzywdzone, które nie dysponują ani narzędziami, ani środkami, aby takie postępowanie dowodowe przeprowadzić. Np. prokuratura bardzo często odmawia wszczęcia spraw o wyłudzenie, motywując to tym, że pokrzywdzony nie udowodnił, że osoba, która go oszukała, w chwili transakcji nie miała zamiaru zapłacić lub dostarczyć towaru odpowiadającego umowie. Przy tym prokuratura nie fatyguje się nawet sprawdzić, czy taka osoba miała pieniądze, a jeżeli nawet miała, to czy tych pieniędzy nie przeznaczyła na inne cele niż uregulowanie konkretnych spraw. Budzi to mój szczególny niepokój, jako że prokuratura w takich przypadkach nie przyjmuje do wiadomości, że oszustwo to takie przestępstwo, które polega na tym, że oszust stara się tak uwiarygodnić sytuację, aby oszukany nawet nie zorientował się, że jest oszukiwany. Przecież gdyby się zorientował, to do oszustwa by nie doszło”.
Pytania, jakie same się nasuwają, dotyczą albo absurdalności systemu sprawiedliwości albo… Ocenę pozostawiam Czytelnikom. Zastanawiające jest, w jakim celu J.J.R. przejmuje te spółki? Lub pytając wprost: czyim instrumentem jest ten człowiek? Jaki jest jego główny cel? Czyżby bezkarne „ściąganie” pieniędzy od ludzi?
Beata Adamczyk
ⓘ Informacja o publikacji
Artykuł Beaty Adamczyk pt. „Świńskie sprawy” ukazał się pierwotnie w wydaniu papierowym tygodnika „Nasza Polska” nr 10 (957) z dnia 4 marca 2014 roku, s. 1, 6-7. Reprint na portalu naszapolska.pl w ramach digitalizacji archiwum redakcji. Wszelkie prawa do oryginalnego tekstu zastrzeżone – Beata Adamczyk / „Nasza Polska”. Zdjęcia: archiwum „Nasza Polska”, skan wydania nr 10 (957)/2014, s. 1, 6-7.




