Sławomir, czyli Sławomir Zapała, gwiazda rock polo i autor „Megiery”, nagrał nową piosenkę z miłości do Warszawy. „Syrenka” to hołd dla miasta, które, jak mówi, dało mu szansę na rozwój i spełnienie marzeń. W teledysku obok Sławomira i jego żony Kajry wystąpili żyjący Powstańcy Warszawscy, a spotkanie z nimi artysta nazywa jednym z najbardziej wzruszających momentów w życiu. To od nich, jak przyznaje, nauczył się, co jest naprawdę najważniejsze.
Urodzony 19 marca 1983 roku w Krakowie Sławomir ma dziś 43 lata i mówi, że dopiero po czterdziestce naprawdę zaczął doceniać to, co ma. Dziękuje Bogu za rodzinę i za żonę Kajrę. W wywiadzie dla Naszej Polski Sławomir opowiada, jak ich przyjaźń zamieniła się w miłość i dlaczego wesele trwało tydzień. Mówi też o synu Kordianie, który przyszedł na świat w 2016 roku, i o tym, dlaczego ojcostwo nazywa najpiękniejszym poligonem miłości.
Zapraszamy do lektury wywiadu.

Sławomirze, w ciągu ostatnich dziesięciu lat bardzo zmieniło się Twoje życie, i zawodowe, i prywatne. Ogromny sukces to wiele wyrzeczeń, ciężka praca, ale też gorsze chwile…
Cześć, tu Sławomir. Nie da się osiągnąć wielkiego sukcesu bez trudnych momentów i decyzji. Były chwile, że się bardzo bałem i stresowałem. Czasami bolał mnie z nerwów brzuch, ale mimo to robiłem swoje. Uczyłem się, rozwijałem, pracowałem. I w tej drodze cały czas ze mną, krok w krok szła moja żona. Sukces to efekt wielu dobrych decyzji. Byliśmy bardzo zdeterminowani i nie mieliśmy nic do stracenia. Błędów, które popełniliśmy, było bardzo wiele, ale teraz bardzo wiele się nauczyliśmy. Dzisiaj jesteśmy niezależni i mamy pracę zaplanowaną na rok do przodu, a to w artystycznym świecie luksus.
Początki kariery Sławomira, od Woźnik do „Megiery”
Pamiętasz swój pierwszy koncert?
To chyba muszę podzielić to wspomnienie na dwa okresy. Pierwszy, gdy miałem kilka lat i na Festiwalu Piosenki Dziecięcej w Woźnikach Śląskich zdobyłem swoją pierwszą nagrodę: trzecie miejsce. Miałem bardzo dobrą piosenkę napisaną przez Maurycego Polaskiego. Śpiewałem o tym, że chcę być jak Arnold i Sylwester, czyli bohaterowie ówczesnych filmów akcji. Drugie wspomnienie to nasz pierwszy koncert z całym zespołem, który zagraliśmy w Sromowcach Niżnych. Był to występ Sławomira dla pielęgniarek i położnych. Jechaliśmy na niego pożyczonym busem z całym sprzętem, który trzeba było upychać na podłodze i pod fotelami. A głośniki i mikser pożyczył nam Leszek Lichota, który miał wtedy własną knajpę. Jeszcze nie miałem całego autorskiego repertuaru. Posiłkowałem się piosenkami Krzysztofa Krawczyka. Wtedy po raz pierwszy w życiu usłyszałem, jak szczęśliwe pielęgniarki skandują SŁA-WO-MIR.
Wtedy zapragnąłeś, by przy Twoich piosenkach bawiły się pokolenia?
U mnie to raczej nie było planowane. Swoje pierwsze piosenki kierowałem do moich rówieśników, którzy mieli podobne problemy, które zawarłem w „Megierze”. O tym, że słucha nas kilka pokoleń, zorientowałem się po koncertach. Był tam faktycznie ogrom słuchaczy, od małych dzieci po dziadków. Kilka piosenek ocenzurowałem.
Aż tak?
Tak. Pierwsze utwory były skierowane do moich rówieśników. Zaskoczyło mnie to, że Sławomira tak bardzo pokochały dzieci. Gramy ogromne koncerty plenerowe i to nie był aż tak wielki problem, żeby podmienić jedno czy dwa słowa.
„Syrenka”, nowa piosenka Sławomira o Warszawie i Powstańcach
Wciąż nie zwalniasz tempa. Dużą popularnością cieszy się Wasz nowy teledysk. Kiedy wpadłeś na pomysł „Syrenki”?
Piosenki przychodzą do mnie same i to najczęściej w momentach, kiedy jestem szczęśliwy. Ta przefrunęła na wakacjach, stąd jej słoneczny nastrój. U mnie zawsze na początku jest melodia, a potem tekst. Kocham Warszawę. To miasto mnie dotuliło. Dało mi szansę na rozwój, pieniądze i poznanie ludzi, którzy swoim talentem spełnili moje marzenia. To miasto ma trudną, ale bardzo piękną historię. Dużo tej miłości udało się zawrzeć w naszym nowym teledysku. To ogromny zaszczyt, że wystąpili w nim żyjący Powstańcy Warszawscy. Spotkanie z nimi to był niezwykle wzruszający moment. Są bardzo radosnymi i pełnymi życia ludźmi. Doskonale wiedzą, co jest w życiu najważniejsze.
Zobacz teledysk do piosenki „Syrenka”, w którym obok Sławomira i Kajry wystąpili Powstańcy Warszawscy.
A co jest w życiu najważniejsze?
Dzień dzisiejszy. To, że mamy co jeść, gdzie spać, i ktoś nas kocha. Tego nauczyli mnie Powstańcy Warszawscy. Zrozumiałem, że moim obowiązkiem jest się rozwijać i czerpać z tej wolności, którą dziś mamy.

Ogromną popularność zdobyłeś tuż po trzydziestce, ale podobno życie zaczyna się po czterdziestce?
Myślę, że jest w tym trochę prawdy. U mnie zdecydowanie po 40 zaczęło się zupełnie inne postrzeganie świata. Bardziej zacząłem doceniać to, gdzie jestem, kim jestem i kogo mam obok siebie. Cieszę się z drobnych rzeczy, momentów i czuję w sercu ogromną wdzięczność.
Wdzięczność za co?
Jestem wdzięczny za to, że mam pracę, o jakiej marzyłem. Jestem wdzięczny za każdy uśmiech, którym mnie obdarzają ludzie. Dziękuję Bogu za moją rodzinę i żonę, która od tylu już lat ze mną wytrzymuje i wspiera mnie w tej drodze artystycznej i życiowej. Kilka tygodni temu byłem bardzo szczęśliwy, bo nazbierałem koszyk pięknych, zdrowych prawdziwków, i za to też jestem wdzięczny.
Wcześniej nie cieszyłeś się z drobnych rzeczy?
Pewnie, że się cieszyłem. To chyba taki sposób myślenia. Trochę inne wtedy były potrzeby. Cieszyłem się z każdego pięknego filmu, który obejrzałem. Cieszyłem się z wygranych castingów i momentów, kiedy byłem zakochany. Pamiętam, jaka to była radość, jak pierwszy raz w liceum kupiłem bilet i poleciałem samolotem. Od radości do radości.
Dlaczego dopiero teraz to doceniasz?
Jak człowiek ma dwadzieścia lat, to pędzi w nieznane. Chce jak najwięcej, jak najszybciej, jak najmocniej, ale dopiero kiedy się na chwilę zatrzyma, widzi, gdzie jest. Dopiero wtedy można doceniać, jak wiele mamy.
Miałeś trudniejsze momenty w życiu?
Każdy człowiek ma takie momenty, ale Bóg obchodzi się ze mną łaskawie. Jestem zdrowy, rodzice żyją, mam pracę i rodzinę, o jakiej marzyłem. Tylko droga do tego szczęścia nie była łatwa. Trzeba było oswoić samotność, strach i pokonać samego siebie. Na końcu wszystko będzie dobrze, a jeśli aktualnie nie jest, to znaczy, że to jeszcze nie koniec.
Pokonać samego siebie?
Czyli zrobić coś, co powinienem, mimo że się boję. Zdecydować się na pewną drogę, mimo że jest trudna, niewygodna, czasami żmudna, ale na końcu przyniesie piękny owoc.
Na kogo mogłeś liczyć w tych trudniejszych momentach?
Żona. To osoba, która zawsze mnie wspierała. Jesteśmy cały czas plecami do siebie i się bronimy. Ciosy przyjdą, i to jest pewne, zawsze jednak zaskakuje nas, z której strony. I często są od tych, których mieliśmy za naszych sojuszników.
Życiowych zakrętów nie doświadczyłeś?
Ominęły mnie ciężkie, dramatyczne wydarzenia i jestem pod tym kątem szczęściarzem. Miałem oczywiście momenty samotności, smutku, nieszczęśliwego zakochania, ale naprawdę „czas nas uczy pogody”. To, co kiedyś tak bardzo bolało, dziś jest łagodnym wspomnieniem.
Z własnego doświadczenia wiesz, co to wypalenie zawodowe?
Wypalenie zawodowe jest wtedy, gdy już nie mamy pomysłów i inspiracji do tego, by działać i tworzyć. Ja jeszcze tego nie zaznałem. Natomiast dokładnie wiem, co oznacza przepracowanie i takie podzielenie się energią życiową, która powoduje, że tracisz radość z tego, co robisz. Że twój cały organizm się buntuje ze zmęczenia. Miałem taki czas w życiu. Praca przejęła kontrolę nad wszystkim, ale udało się poukładać te proporcje. Nauczyliśmy się tego.
Rozwiązanie pewnie wcale nie było skomplikowane?
Pracując nad projektem „Sławomir”, wykonuję kilka zawodów naraz: muzyka, aktora, scenarzysty, montażysty, producenta, kierowcy, konferansjera. Wystarczy tylko odpowiednio tym żonglować. Bardzo lubię i cenię tę różnorodność.
Więcej jest w Tobie artysty czy aktora?
To się nie wyklucza. Chyba że chodzi o to, czy bardziej czuję się muzykiem czy aktorem?
Dokładnie o to chodzi…
Dzisiaj zdecydowanie w moim życiu więcej jest muzyki niż zapachu teatralnych desek, ale oba te środowiska są dla mnie naturalne.
Są takie role, których byś nie zagrał?
Pewnie, że tak. I to jest cudowne. Wiem dokładnie, że nie chciałbym grać ról, które wymagałyby ode mnie grzebania się w ciemnych stronach ludzkiej natury. Już w szkole teatralnej nie lubiłem tego robić, a reżyserzy tego wymagali. Jestem człowiekiem, który najlepiej czuje się po jasnej stronie. Wolę rozśmieszać, dawać nadzieję, wzruszać niż obrzucać widza egzystencjalnym błotem.

Sławomir i Kajra, czyli jak przyjaźń zmieniła się w miłość
Dlaczego lubisz pracować z Kajrą?
Ponieważ znamy się doskonale i oboje jesteśmy absolwentami PWST w Krakowie, pracujemy bardzo sprawnie i szybko. Bardzo to cenią producenci, oszczędzamy ich czas. Kajra jest dla mnie ogromnym wsparciem w życiu i na estradzie. Pomagamy sobie, ratujemy się w estradowych przygodach i chronimy nawzajem. Setki koncertów, dziesiątki programów telewizyjnych bardzo dużo nas nauczyły. Tego doświadczenia nie da się zdobyć w żaden inny sposób.
W jednym z naszych wywiadów powiedziałeś, że Kajra jest Twoim najlepszym przyjacielem. Wasza miłość zaczęła się od przyjaźni, czy przyjaźń przyszła później?
Zdecydowanie przyjaźń jest bazą tego, co nas łączy. Wspieraliśmy się wzajemnie. Wysłuchiwaliśmy o naszych problemach, również sercowych. Nie sądziliśmy, że rozwiązanie jest tak blisko. Trochę nam w tym swataniu pomógł Michał Bobrowski, twórca legendarnego „Spotkania z Balladą”. On wiedział, co się święci, dużo wcześniej niż my nawzajem. Kibicował nam i w życiu, i na estradzie.
Po czym poznać, że to prawdziwa miłość?
Po tym, że trwa, i po owocach. Często można pomylić zauroczenie i motylki w brzuchu z prawdziwą miłością. Stąd tyle nieszczęść. Dla mnie i żony miłość to świadomy wybór i konsekwencja.
Wasze wesele trwało aż tydzień. Naprawdę?
Tak. Nie planowaliśmy tego aż tak. Wesele odbyło się w górach i impreza po poprawinach przeniosła się na gorące źródła na Słowacji, ognisko, a potem do domu rodzinnego. Goście wzięli urlopy, żeby świętować z nami, i mieli czas. Było bardzo intensywnie i radośnie. Ja w pewnym momencie uciekłem do kuzynki do domu. Tam się schowałem, żeby się wyspać. W domu było głośno.
Dziś zabierasz Kajrę na randki?
Nie jest to łatwe, ale staram się. Nie potrafię jej zrobić niespodzianki, bo za dobrze mnie zna, ale jeśli mi się to uda, to jestem bardzo szczęśliwy i dumny. Bardzo cieszymy się, gdy w takiej wspólnej chwili możemy otaczać się naszą polską naturą. Chodzimy czasami na grzyby, nad Wisłę.

Jak dzielicie obowiązki domowe?
Bardzo naturalnie. Ten, kto ma akurat czas, to działa. Ja lubię mieć czas na pranie. Potrafię je tak dobrze powiesić, że nie trzeba prasować. Ogarniam śmieci, wymianę opon i trawnik, ale Kajry nie dogonię. Ona jest w domu wulkanem energii.
To, że lubicie spędzać czas razem, wiemy, ale w jaki sposób?
Bardzo lubimy polskie morze. Lubimy takie momenty pomiędzy koncertami, które są tylko dla nas. A na co dzień zawsze wybieramy czas z synem. Wspólne wycieczki rowerowe i ogniska ładują nasze akumulatory.
Role kobiet i mężczyzn trochę się pozmieniały. Jak postrzegasz role kobiet we współczesnym świecie?
Kobieta jest najpiękniejszą i najbardziej skomplikowaną istotą na ziemi. Zdecydowanie ma w sobie więcej empatii i czułości. Przez kobietę przychodzi życie, nauka emocji. Kobiety dodają skrzydeł, inspirują, ale mogą też zniszczyć i pociągnąć w dół. Rola kobiet w świecie jest nieoceniona i niedoceniona. Jak patrzę na talenty mojej żony, to jestem pełen podziwu dla jej umiejętności organizacji, takiej bezkompromisowej prawdy i odwagi. Kobiety potrafią pracować ciężej i bardziej skutecznie. Szczególnie mamy, ponieważ świetnie potrafią organizować czas i mają podzielność uwagi.
Jakie cechy najbardziej cenisz w kobietach?
Uczciwość, pracowitość, odwagę i tę tajemnicę kobiecej intuicji. Te wszystkie cechy ma Kajra, moja żona.
Syn Kordian i ojcostwo, „najpiękniejszy poligon miłości”
W jaki sposób pojawienie się synka wpłynęło na Waszą wzajemną relację?
Kordian pojawił się w momencie, kiedy przyszedł nasz największy sukces zawodowy. Wszyscy chcieli Sławomira wszędzie w tym samym czasie. Zagraliśmy dwa sylwestry telewizyjne jednej nocy, graliśmy koncerty, spektakle, filmy i seriale. Doszły programy telewizyjne, które były bardzo czasochłonne. W pierwszym okresie cały ciężar wzięła na siebie Kajra, bo ja tańczyłem w „Tańcu z Gwiazdami”. Trochę nam się wtedy wywróciło życie do góry nogami, ale pojawienie się dziecka ustala wartości i je porządkuje. To jest bardzo szybka nauka. Odkryliśmy i odkrywamy, jak cudownym darem jest bycie rodzicem. To nas bardzo zbliża. Te różne problemy i dorastanie małego człowieka są fascynujące. Każdy etap jest inny i przynosi wiele emocji i pięknych momentów.
Co Cię zaskoczyło od momentu, kiedy zostałeś ojcem?
Zaskoczyło mnie, że jestem jeszcze taki niedojrzały. To rodzina uczy mężczyznę odpowiedzialności. Ojcostwo to jest najpiękniejszy poligon miłości. Tyle na początku robiłem błędów, tyle razy zawiodłem żonę, ale ona miała dla mnie dużo cierpliwości. Tego się człowiek uczy. To jest proces. Nie ma książek, jak być dobrym rodzicem. A nawet jeśli są, to i tak dopiero w życiu człowiek poznaje samego siebie.
Jakie cechy chciałbyś przekazać Waszemu synkowi?
Wiesz, ja widzę, że on jest inny ode mnie. Jest osobnym, małym człowiekiem, który ma własny, niepowtarzalny charakter. Staram się to uszanować. Rozmawiamy, bawimy się razem. Śmiejemy. Chciałbym mu przekazać spokój, opanowanie w trudnych momentach. Chciałbym, żeby potrafił skosić trawę, posprzątać, naprawić te rzeczy przy domu, które się psują. Chciałbym go nauczyć zarządzać pieniędzmi, śpiewać. Chciałbym go nauczyć walczyć. I poprowadzić tak, żeby zrozumiał męską duchowość. Ale nasze dzieci są mądre. One nas obserwują i naśladują. Więc im ja będę lepszą wersją siebie, tym jemu będzie się lepiej rozwijać.
Męskość, wiara i wartości z rodzinnego domu
Co składa się na definicję męskości?
Męskość to siła. Duchowa i fizyczna. Męskość to tajemnica i dobrze, kiedy kobiety potrafią za nią podążać. Dobrze, kiedy jej nie chcą zmieniać i naginać. Gdyby mężczyźni byli męscy, to by nie było zdrad i wojen.
Kto był dla Ciebie wzorem męskości?
Zdecydowanie mój tata. To pierwszy mężczyzna, którego obserwowałem, podglądałem. Tata mi imponował siłą i tym, że pracował na takich wielkich koparkach, których łyżki mieściły mnie na stojąco. Tata zawsze dobrze śpiewał, grał na trąbce i gitarze. Tata, chociaż sam bardzo wcześnie stracił rodziców, kochał i szanował moich dziadków, czyli rodziców mojej mamy. Tata mnie nauczył jeździć samochodem i cieszyć się z tego, co mamy.
Piękne wspomnienia. Jakie wartości wyniosłeś z domu rodzinnego?
Rodzice nauczyli mnie kochać i pokazali, jak tę miłość okazywać. Nauczyli mnie szacunku do drugiego człowieka, skromności i cierpliwości. Przekazali mi też wiarę.
Jaki powinien być współczesny mężczyzna?
Silny i pokorny. Każdy mężczyzna powinien dbać o swoją duchowość i ją rozwijać. To nasza niewidzialna siła. Mężczyzna powinien panować, ale przede wszystkim nad sobą. To by było piękne!!!
Co jest najważniejsze w byciu dobrym ojcem?
Czas i uwaga. Nie można być dobrym ojcem, jak się nie ma czasu. Są takie momenty, kiedy mój syn mówi: „Tata, pobawimy się?”. I ja to tłumaczę sobie zawsze w głowie: „Tata, porozmawiamy?”. Jeśli tylko jest możliwość, to po prostu robimy coś razem. Jak pracuję w domu, to Kordian do mnie przychodzi. Często jest moim pierwszym recenzentem.
Kordian nuci piosenki w domu?
Oczywiście. Ma to po mnie. Ja śpiewam przez cały dzień. Nie kontroluję tego. To naturalne. Jeśli Kordian nuci moją nową piosenkę, to bardzo dobry znak. Dzieci mają w sobie prawdę. Słucham jego uwag i patrzę, jak reaguje.
Jak w pięciostopniowej skali oceniłbyś siebie jako ojca?
Tę ocenę mógłby mi wystawić tylko syn i to pewnie za kilka lat. Staram się być dla niego. Dzieci podobno to doceniają, nawet jak nam nie wszystko wychodzi. Jak czegoś nie wiem, to mu mówię, że nie wiem. Szukamy razem odpowiedzi. Przepraszamy się nawzajem i wybaczamy.

Liceum, PWST i plotka o helikopterze
Jest coś, czego się wstydzisz?
Jako dziecko naplułem kiedyś na samochód i potem musiałem to wytrzeć własnym swetrem. Włamałem się też do przedszkola z kolegą, żeby porysować na takich wielkich kartkach, bo one były nagrodą dla grzecznych dzieci, a my z kolegą się nie załapaliśmy. W młodości też trochę głupot narobiłem, ale po to jest młodość.
Jakiś przykład?
Na szczęście wtedy nie było telefonów i kamer na każdym kroku, i to jest cudowne. Brałem kiedyś udział w spektaklu „Ostatnie dni Hitlera” i biegałem po moim liceum w tym kostiumie Adolfa. To mogło naprawdę dziwnie wyglądać, ale dostałem piątkę z historii. Przebierałem się też za Bartka Wronę z Just 5, bo chciałem zaimponować koleżankom z okazji Dnia Kobiet. W podstawówce handlowałem tatuażami z gazet i dzieci zamiast na śniadanie w sklepiku wydawały pieniądze u mnie. Ale zostałem rozpracowany i proceder się zakończył.
Lubiłeś chodzić do szkoły?
Do liceum uwielbiałem. Miałem wspaniałą klasę: 31 dziewczyn i 3 kolegów. Ten okres to pierwsze miłości, beztroska i romantyzm, który stał się moją ulubioną epoką podczas lekcji języka polskiego. Potem były studia na PWST w Krakowie i tam nie było już tak łatwo. To ciężka zawodowa szkoła, ucząca techniki i konkretnego fachu. Podszedłem do tego bardzo poważnie. Ciężko pracowałem. Mój dzień zaczynał się o 6.00, a kończył o północy, kiedy ostatnim tramwajem wracałem z centrum do Nowej Huty. Nie brałem udziału w życiu towarzyskim. Ciężko mi było, ale byłem szczęśliwy, że jestem w elitarnej szkole. To wszystko później zaowocowało.
Jaka plotka, którą o sobie usłyszałeś, najbardziej Cię rozbawiła?
Myślę, że to, że kupiłem helikopter. Owszem, czasem latałem tak na koncerty, ale zdecydowanie to nie jest mój ulubiony środek transportu. Rozśmieszyła mnie też historia gościa, który w USA pokazuje dom, w którym podobno mieszkałem. Wiele osób mi o tym mówiło.
Czym dla Ciebie jest szczęście?
Umiejętnością cieszenia się z tego, gdzie właśnie jestem i czego doświadczam. To wszystko ma sens.
Co jest największą nagrodą dla artysty?
Dla mnie to zdecydowanie uśmiech ludzi, których mijam na ulicy. Czuję wtedy, że dobrze wykonuję swoją robotę. Cieszę się z każdej jednej subskrypcji na moim kanale YouTube. Po dziesięciu latach zbliżam się do upragnionego miliona stałych widzów. Jeśli kiedyś moja muzyka dała Wam radość, dodajcie mi skrzydeł w tym locie po upragniony złoty przycisk i zasubskrybujcie, proszę. Wielką nagrodą jest też to, że mogę spełniać moje muzyczne marzenia. Ludzie przychodzą na koncerty, słuchają płyt. Sprawiają, że rock polo ma sens.
Wywiad przeprowadziła Marta Dybińska








