KomentarzePolitykaSupernowa Hołownia i polityczny wyjadacz Bosak. Analizujemy powyborcze strategie

Karol Kwiatkowski Karol Kwiatkowski1 lipca, 202014 min

Decyzja Szymona Hołowni, by właściwie bez chwili targów i niemal za darmo, zadeklarować swój głos na Rafała Trzaskowskiego i zaangażować się w jego kampanię wyborczą pokazuje, że przed jego politycznym projektem nie ma innej przyszłości, niż bycie ważnym elementem kolejnego wizerunkowego liftingu Platformy Obywatelskiej.

Szkoda, bo jego sensowne pro-obywatelskie postulaty, które chwaliliśmy przed wyborami, zostaną przez partyjnych wyjadaczy zmielone podobnie jak kiedyś inne sensowne elementy programu partii Tuska, Schetyny i Budki. W tym samym czasie, odmawiając poparcia konkurentom, Krzysztof Bosak sprawił, że gospodarcza agenda wolnościowców ogniskuje działalność sztabów PO i PiS w pierwszych dniach kampanii przed drugą turą.

Polityczna naiwność Hołowni

Szymon Hołownia osiągnął bardzo przyzwoity wyborczy wynik. Jego kampania wyzwoliła fantastyczną energię wśród wielu idealistycznie nastawionych do życia publicznego młodych ludzi. Choć niedawna gwiazda TVN rozbłysła w tej kampanii, to już dziś widać, że czeka ją los supernowej. Hołownia na moment przykuł uwagę i obudził entuzjazm, ale już dziś widać, że z jego właśnie zapowiedzianego politycznego ruchu Polska 2050 nie może wyniknąć wiele.

Wczoraj niedoszły „prezydent różnych Polaków” ogłosił, że zagłosuje na Rafała Trzaskowskiego, a sympatyków co prawda wprost do poparcia nie namawia, ale zachęca ich do rozważenia udziału w wyborach.  Dziś już debatuje na Facebooku z wiceszefem Platformy Obywatelskiej realnie włączając się w jego kampanię. Przedstawił wczoraj też co prawda „minimum ponadpartyjnej prezydentury” wskazując, że wierzy, iż „reakcja na nie Trzaskowskiego pomoże wielu podjąć decyzję”.

Hołownia ogłaszając swoje postulaty minimum w kierunku Trzaskowskiego nawet nie stworzył przestrzeni, by obaj kandydaci zaczęli zabiegać o jego wyborców, deklarując poparcie dla kolejnych punktów z tej agendy. Zadeklarowanie wetowania ustaw, włączenia Najwyższej Izby Kontroli w zwalczanie Prawa i Sprawiedliwości czy powołania Rady Samorządowej nie jest dla Rafała Trzaskowskiego – w perspektywie marnych dziś szans na zwycięstwo i ewentualnej kohabitacji z rządem PiS – żadnym problemem.

Gdyby Hołownia ogłosił, że poprze kandydata, który weźmie do swojego programu jak najwięcej z jego postulatów – byłoby oczywiste, że ostatecznie poprze Trzaskowskiego. Część jego agendy dla Andrzeja Dudy po prostu jest nie do zaakceptowania. Ale przez co najmniej tydzień trwałyby przepychanki między kandydatami i co najmniej niektóre z postulatów – choćby niezwykle potrzebna w kontekście dużych szans kandydata Zjednoczonej Prawicy na reelekcję propozycja wetowania ustaw przeprowadzonych w wadliwy sposób przez ścieżkę legislacyjną czy gwarancje dla samorządów – mogłyby również znaleźć się w przedwyborczych zobowiązań urzędującego prezydenta.

Jeżeli wygrałby kandydat Platformy – wobec deklaracji Dudy pewnie musiałby zadeklarować wyborcom Hołowni więcej, niż dziś. Gdyby wygrał kandydat popierany przez PiS – być może chociaż dwie-trzy złożone przez niego przed II turą obietnice mogłyby tworzyć presję na kadencję bardziej niezależną od rządu, niż mijająca.

Tymczasem wiele wskazuje na to, że Hołownia cnotę traci, a rubelka nie zarobi. O jego postulatach i wizji polityki wszyscy szybko zapomną, co z pewnością utrudni mu budowanie podmiotowego ruchu. Jakkolwiek będzie próbował rozmawiać o tym z Trzaskowskim, to i tak komentarze i medialny obrazek sprowadzą się do jednego – Hołownia wsparł kandydata Koalicji Obywatelskiej.

Bosak, czyli wartość politycznego doświadczenia

We wczorajszej rozmowie z Robertem Mazurkiem Krzysztof Bosak przekonywał, że nie wierzy w zdolność Hołowni do budowania ugrupowania z prawdziwego zdarzenia. W kampanii wielokrotnie wskazywał jako swoją przewagę nad „czarnym koniem” prezydenckiego wyścigu wieloletnie polityczne doświadczenie i konsekwencje w budowaniu ideowej formacji. Nic lepiej niż zachowanie dwóch kandydatów po I turze nie udowadnia słuszności jego słów, że to właśnie doświadczenie jego jedynym fundamentem dla zachowania politycznej podmiotowości.

Od niedzielnego wieczoru i Duda, i Trzaskowski wysyłają sygnały do wyborców lidera Konfederacji. Tematem wyborczych spotów, grafik, obietnic i deklaracji stały się kwestie podatkowe. Sztaby obu pozostałych w wyścigu kandydatów stają na głowie, by pokazać, że to ich konkurent jest dla sympatyków Konfederacji „większym złem”. Urzędujący prezydent odciął się już od propozycji podatku smartfonowego, zaś prezydent Warszawy zadeklarował, że nie podpisze żadnej ustawy podnoszącej podatki.

Co zrobił Bosak, by doprowadzić do licytacji kandydatów na przejmowanie jego agendy? Właściwie… nie musiał robić nic. Wraz z pozostałymi liderami swojego ugrupowania błyskawicznie i wyraziście zadeklarował tylko, że żadnego z kandydatów nie wesprze. Sztaby Dudy i Trzaskowskiego nie mają innego wyjścia, by komunikować się bezpośrednio z wyborcami, przejmując do swojej narracji kolejne propozycje kluczowe dla konfederatów.

Przy tym wszystkim Bosak nie musiał wykonać żadnego ruchu, który odbierałby mu wiarygodność wobec własnych wyborców. Ba, umacnia ich w wyborze – konsekwentnie podkreślając szacunek dla mądrości i wyborów swoich sympatyków i nie pozwalając, by uznali, że poparcie Dudy lub Trzaskowskiego jest czymś więcej, niż taktyczną decyzją o wyborze „mniejszego zła”.

Lifting Platformy to dziś maksimum możliwości Hołowni

W efekcie 12 lipca tak głosujący na Trzaskowskiego, jak i na Dudę wyborcy Bosaka dalej będą przede wszystkim wyborcami Konfederacji. Tymczasem 12 lipca wstrzymujący się od wyboru i bliżsi Dudy – a proszę mi wierzyć, że istnieją – wyborcy Hołowni będą już jedynie „przyszłym-niedoszłym” elektoratem jego ugrupowania. Wielu z nich wróci pewnie w swoich preferencjach na stałe do PSL-Kukiz15-Koalicji Polskiej albo Lewicy. Część zaś – uzna, że misja „przypominania Platformie o korzeniach” została zakończona wraz z zaangażowaniem Hołowni w kampanię Trzaskowskiego i znów stanie się wyborcami Platformy.

Droga politycznych start-upów poza PO-PiS-em jest niezwykle trudna, o czym świadczą losy Pawła Kukiza, Ryszarda Petru, Roberta Biedronia czy Janusza Palikota, ale też ugrupowań takich jak Polska XXI, Polska Jest Najważniejsza, Polska Razem czy Wiosna. Wszystkie one jednak korzystały z medialnego zainteresowania i w pierwszych sondażach po ogłoszeniu wyborczych aspiracji cieszyły się dwucyfrowym poparciem. Hołownia deklarując darmowe wsparcie Trzaskowskiego tak naprawdę stawia się w sytuacji, w której pierwsze sondażowe słupki jego Polski 2050 mogą być już poniżej tej granicy. Co najmniej 1/4, jak wskazywały badania przed wyborami, jego wyraziście anty-platformerskich wyborców nie da się uwieść kolejny raz, co przy 13,8% głosów w niedzielę sprowadza go już dziś na granicę 10% poparcia.

Oczywiście, Hołownia ma obiektywne argumenty na rzecz defensywnej strategii – do kolejnych wyborów mamy trzy lata. Jeżeli Andrzej Duda wygra reelekcję – szanse na ich przyspieszenie są minimalne. Hołownia mógłby jednak chociaż przez kilka miesięcy gwarantowanego zainteresowania promować swój program, budować tożsamość swojego ruchu i koncentrować wokół swoich postulatów uwagę zniechęconych duopolem. Iść drogą choćby Pawła Kukiza, który w 2015 roku zaproponował, że… to on jako kandydat z trzecim wynikiem powinien poprowadzić debatę Komorowskiego i Dudy.

Decyzje Hołowni z pierwszych dni po zyskaniu zaufania ponad 2,5 miliona wyborców ujawniają prawdziwe intencje tego politycznego projektu. Celem jest stworzenie lepszego „anty-PiS-u”, a nie pierwszego skutecznego „anty-PO-PiS-u”. Jedyne, co z projektu Hołowni zostanie, to najpewniej szansa na kolejny wizerunkowy lifting Platformy, a nie okazja na stworzenie ruchu zdolnego do obniżenia temperatury politycznej polaryzacji w Polsce.

Spodziewam się, że Hołownia z Trzaskowskim i Budką zaczną budować wreszcie niebawem nowe, mniej partyjne oblicze dobrze nam znanej formacji. W nie tylko wizerunkowy, ale i personalny restart włączą się zapewne eksponowani niebawem bardziej niż dotąd samorządowcy w rodzaju Aleksandry Dulkiewicz czy Jacka Jaśkowiak oraz bezpartyjni dotychczas eksperci jak Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, a może i po zakończeniu kadencji Rzecznika Praw Obywatelskich sam Adam Bodnar.

Trudno jednak uwierzyć, że taka formacja wyrwie nas z zaklętego kręgu polaryzacji. Lepszy anty-PiS wciąż będzie anty-PiS-em, a nie pozytywną propozycją dla zniechęconych „dobrą zmianą” Polaków.

Autorem tekstu jest Piotr Trudnowski. Prezes Klubu Jagiellońskiego. Redaktor i szef działu „Podmiotowy obywatel” na portalu opinii Klubu Jagiellońskiego. Ekspert ds. społeczeństwa obywatelskiego Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego i stały współpracownik czasopisma idei „Pressje”.

Materiał ukazał się pierwotnie tutaj.

Udostępnij:

Karol Kwiatkowski

Karol Kwiatkowski

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone gwiazdką są wymagane

seventeen − sixteen =