Siergiejczyk: Interes roku
Współczesna kampania wyborcza to nie tylko kandydaci, hasła, programy. To także – a może przede wszystkim – pieniądze. Dlatego warto sprawdzać, ile poszczególne partie wydają na wybory, a tym bardziej warto pytać, skąd te pieniądze mają. W przypadku ugrupowań parlamentarnych od niemal dekady odpowiedź jest dosyć jasna: z naszych podatków. To my, wszyscy obywatele, zapłaciliśmy w tym roku za kampanie Komorowskiego, Kaczyńskiego, Napieralskiego i Pawlaka – czy nam się to podoba, czy nie. Na tym polega budżetowe finansowanie partii politycznych.Natomiast pozostali kandydaci musieli sobie radzić sami, co na pewno było jedną z głównych przyczyn słabiutkich wyników, jakie otrzymali 20 czerwca. W tej grupie wyróżniał się jednak Andrzej Olechowski. O ile kandydaci środowisk pozaparlamentarnych szacują swoje wydatki na kilkaset, a nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych, to Olechowski – jak twierdzi jego sztab – miał wydać ok. 2 mln zł, czyli niewiele mniej niż liderzy SLD i PSL (limit wydatków wynosił w tych wyborach 15,5 mln zł).
Skąd „kandydat niezależny” miał takie pieniądze? Podobno wyłącznie od Stronnictwa Demokratycznego, którego liderem jest Paweł Piskorski. A skąd taka kwota u Piskorskiego? Otóż pod koniec marca br. SD sprzedało kamienicę przy ul. Świdnickiej we Wrocławiu, która była siedzibą tej partii jeszcze w czasach PRL. Jak podawała prasa, kamienicę kupili „trzej wrocławscy przedsiębiorcy działający na rynku nieruchomości”, płacąc za nią 13 mln zł. Na konto partii od razu wpłacili 2,3 mln zł, resztę mają uiścić do końca roku. Gdyby nie ta transakcja, Olechowski nie miałby za co wykupić billboardów i spotów w radiu i telewizji – bo chyba nikt rozsądny nie myśli, że „kandydat niezależny” przeznaczyłby na to choćby część własnego majątku, wartego podobno 17 mln zł.
Przejmując ponad rok temu władzę w SD, Piskorski miał znacznie ambitniejsze plany dotyczące sławetnych, rozsianych po całym kraju, kamienic. Nie ukrywał, że z ich sprzedaży można uzyskać nawet 60 mln zł. Za te pieniądze ambitny polityk chciał sfinansować nie tylko kampanię prezydencką, ale także parlamentarną, która dałaby Stronnictwu przynajmniej kilkunastu posłów. Wynik Andrzeja Olechowskiego (1,44 proc. głosów), a także wcześniejsze zarzuty prokuratorskie wobec Piskorskiego oznaczają fiasko tych planów. Z kolei bunt części „starych” działaczy SD przeciwko nowemu liderowi może oznaczać, że więcej kamienic Piskorski nie zdoła już sprzedać. Jakiż rozsądny inwestor zaryzykuje wieloletnie procesy sądowe, których wynik jest mocno niepewny?
Ale już sama wrocławska transakcja to znakomity interes, ba! - wręcz interes roku. Piskorski sprzedał kamienicę za 13 mln, na kampanię Olechowskiego wydał 2 mln, „na czysto” zarobił więc 11 mln zł. To oczywiście nieco mniej niż majątek jego kandydata, lecz w końcu Olechowski „dorabiał się” przez kilkadziesiąt lat, a Piskorskiemu wystarczyło kilkanaście miesięcy. Z takim „wianem” nie musi się już martwić o przyszłość swego środowiska – przed następnymi wyborami będzie rozmawiał „jak równy z równym” z dużymi partiami, które w zamian za udział w finansowaniu kampanii zapewnią mu kilka dobrych miejsc na listach.
„Wybierz swój dobrobyt” – brzmiało hasło wyborcze Olechowskiego. Mało kto wziął je poważnie, ale nie Paweł Piskorski. On od początku swej kariery doskonale wie, że „dobrobyt” to podstawa uprawiania polityki. I tylko zdumienie ogarnia, gdy uświadomić sobie, jak wielką naiwnością wykazała się stara, doświadczona kadra SD, która wpuściła takiego lisa do swojego kurnika…
Paweł Siergiejczyk
"Nasza Polska" Nr 27 (766) z 6 lipca 2010 r.