Piątek, Czerwiec 01, 2012
   
Rozmiar czcionki

Szukaj w Naszej Polsce

Paweł Siergiejczyk: Wszystkie oblicza Marka Belki

Aktywista PZPR, współpracownik wywiadu, doradca Kwaśniewskiego, sympatyk Unii Wolności, człowiek międzynarodowej finansjery.
W powszechnej opinii wysunięcie kandydatury Marka Belki na prezesa NBP było ze strony Bronisława Komorowskiego gestem przedwyborczym, mającym na celu pozyskanie wyborców lewicy. To zapewne prawda, ale z pewnością nie cała. Wybory rozstrzygną się bowiem za kilka tygodni, a prezes banku centralnego – jeśli zostanie teraz wybrany – będzie urzędował przez 6 lat, zatem dłużej niż trwa kadencja prezydenta. Trudno więc uznać wybór Komorowskiego za doraźny i nieprzemyślany. Wydaje się, że jest odwrotnie: to świadoma decyzja marszałka (a z pewnością i premiera Tuska) o trwałym sojuszu ze środowiskami, których reprezentantem jest Belka.

„Cudowne dziecko” partyjnej Łodzi

Kilkanaście lat temu Adam Glapiński mówił o istnieniu „generacji ’84”, którą zdefiniował jako „pokolenie komunistów, którzy w stanie wojennym mieli około trzydziestu lat. Oni nie byli obciążeni ideologicznie. Nie czytali klasyków marksizmu, nie interesowali się doświadczeniem radzieckim. Byli zapatrzeni w Zachód, jeździli na stypendia do USA, bo sami je sobie w uczelnianych komitetach PZPR przydzielali, zresztą za wiedzą i zgodą Amerykanów. Wszelki opór wobec stanu wojennego, np. w kontaktach towarzyskich na SGPiS-ie, traktowali jako wadę umysłową i niedostatek inteligencji, który każe stawiać na złego konia. Tak zostali wychowani w swych komunistycznych domach. Część z nich równolegle z sekretarzowaniem w PZPR i karierą partyjną należała też do »Solidarności«” (J. Kurski, P. Semka, „Lewy czerwcowy”, s. 106-107).
Do tej definicji niemal idealnie pasuje Marek Belka (rocznik 1952). Niemal – bo Glapiński mówił o dobrze znanym mu środowisku warszawskim, natomiast obecny kandydat na prezesa NBP pochodzi z Łodzi. Ale i tam, na Wydziale Ekonomicznym Uniwersytetu Łódzkiego, w czasach Gierka i Jaruzelskiego dorastała „generacja ’84”. Jej naukowym patronem był prof. Cezary Józefiak, wówczas jeszcze członek PZPR, po 1989 r. związany z Unią Wolności. Wśród uczelnianych kolegów Belki, który uchodził za „cudowne dziecko” (ukończył studia i zaczął pracę na uczelni w wieku 21 lat, doktorat zrobił, gdy miał 26, a habilitację – 34 lata!), warto wymienić Annę Fornalczyk, Jarosława Bauca, Bogusława Grabowskiego, Jerzego Pruskiego, Jacka Saryusza-Wolskiego – późniejszych ministrów, prezesów, członków Rady Polityki Pieniężnej. Co prawda nie wszyscy należeli do partii, ale ich możliwości rozwoju – zwłaszcza wyjazdów zagranicznych – w owych czasach były nieporównanie większe niż przeciętnych Polaków.

Towarzysz „Belch”

Sam Belka w latach 70. był stypendystą Fundacji Fulbrighta na Columbia University, a także Amerykańskiej Rady Towarzystw Naukowych na University of Chicago oraz London School of Economics. Możliwość zagranicznych wojaży zawdzięczał oczywiście nie tylko opinii zdolnego naukowca, ale także przynależności do PZPR, datującej się od 1973 r. Wiele lat później tak tłumaczył swoją postawę: „To nie był klasyczny wybór ideowy. Ktoś mi kiedyś powiedział, że w ogóle po 1968 r. przestało być ideowo w partii. Kilka lat później wydawało się, że po marcowej atmosferze nie ma śladu. To był wczesny Gierek, okres nadziei, wielkiego optymizmu, ludzie myśleli, że idzie na dobre, kraj się otwiera. A w środowisku łódzkich ekonomistów bardzo wiele osób było w partii. A może po prostu była to w tamtych czasach dosyć oczywista droga dla człowieka aktywnego społecznie” („Polityka”, 9.02.2002 r.).

Warto przypomnieć, że z zagranicznymi wojażami ludzi „generacji ’84” najczęściej wiązała się współpraca z PRL-owskim wywiadem. Tak było i w przypadku Belki. Z materiałów zachowanych w IPN wynika, że funkcjonariusze I Departamentu MSW zarejestrowali go jako swojego współpracownika pod pseudonimem „Belch” przed wyjazdem do USA w 1984 r. Podczas pobytu za oceanem Belka przekazał wywiadowi dwa opracowania ekonomiczne „o wartości porównawczej”, które uzyskał na uniwersytecie w Chicago. Poinformował też o rozmowie, jaką przeprowadziło z nim dwóch funkcjonariuszy FBI. Teczkę „Belcha” zamknięto w 1987 r.
Jeszcze przed tym wywiadowczym epizodem, na początku lat 80. Marek Belka był I sekretarzem POP PZPR na swoim wydziale i to na jego ręce po 13 grudnia 1981 r. wielu towarzyszy oddawało legitymacje partyjne. Jak sam wspominał: „Gdybym nie był tym sekretarzem, tobym pewnie oddał. A tak w moje ręce legitymację oddawała Fornalczykowa, Saryusz-Wolski”.

Nadworny ekonomista prezydenta

Po zmianie ustroju łódzki ekonomista poświęcił się działalności naukowej, co zaowocowało objęciem przez niego funkcji dyrektora Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN w 1993 r. Równocześnie zaczęła się jego kariera doradcy: przy Ministerstwie Finansów, Centralnym Urzędzie Planowania, Ministerstwie Przekształceń Własnościowych, w rządowej Radzie Strategii Społeczno-Ekonomicznej, której był wiceprzewodniczącym, zaś w lutym 1996 r., dzięki rekomendacji Leszka Balcerowicza, nowy prezydent Aleksander Kwaśniewski powołał Belkę na swojego doradcę ekonomicznego. Rok później, gdy z fotela wicepremiera i ministra finansów odszedł Grzegorz Kołodko, zastąpił go właśnie Belka. Urzędował zaledwie 8 miesięcy – do końca rządów Włodzimierza Cimoszewicza – by niedługo potem powrócić na stanowisko prezydenckiego doradcy, na którym spędził kolejne 3 lata. Równocześnie zasiadał w radzie nadzorczej sztandarowego banku postkomunistycznej nomenklatury: BIG Banku Gdańskiego, przekształconego później w Bank Millenium.

Gdy w 2001 r. SLD szykowało się do powrotu do władzy, Belka został oficjalnym kandydatem na ministra finansów, co należy tłumaczyć cichym podziałem wpływów między Leszkiem Millerem a Kwaśniewskim. Szef SLD miał jednak z Belką same kłopoty, bo na kilka dni przed wyborami przyszły minister ujawnił swoje plany cięć budżetowych, w tym wydatków socjalnych. Prawdopodobnie te zapowiedzi kosztowały postkomunistów kilka procent głosów, a przez to brak samodzielnej większości w Sejmie i konieczność zawarcia koalicji z PSL. Ale już w lipcu 2002 r., znów po 8 miesiącach urzędowania, Belka niespodziewanie podał się do dymisji, ustępując miejsca Kołodce. Wiązano ten fakt z jego agenturalną przeszłością, ale i z narastającym konfliktem między prezydentem a premierem. Zwycięzcą tego konfliktu okazał się Kwaśniewski, który wiosną 2004 r. wymusił dymisję Millera i przejął inicjatywę w sprawie powołania jego następcy. W ten sposób nowym szefem rządu został Marek Belka.

Z notesu Barbary Labudy

Lewicowy dziennikarz Robert Walenciak tak opisywał kulisy powstania tego gabinetu: „Dwa notesy były najczęściej używane, gdy Marek Belka w kwietniu kompletował swoją ekipę. Pierwszy to notatnik samego premiera – stąd pochodzą nazwiska jego najbliższych współpracowników, a także ministrów resortów gospodarczych. Na czym jak na czym, ale na finansach i gospodarce Belka zna się doskonale, więc ministrów finansów, skarbu czy infrastruktury dobrał według własnego rozeznania. Drugim był notes Barbary Labudy, minister w Kancelarii Prezydenta. Belka zna ją z czasów pracy w Kancelarii Prezydenta. Ich tymczasowe warszawskie mieszkania są w tym samym budynku. W trudnych dniach układania rządu premier schodził dwa piętra niżej, by przy herbacie przegadać państwowe sprawy. Notes Labudy zawierał nazwiska ludzi ze środowiska Unii Wolności, z organizacji pozarządowych, ekspertów” („Przegląd”, 30.08.2004 r.).

Rząd Belki nie był więc – jak to się często uważa – kolejnym rządem SLD. W rzeczywistości był pozaparlamentarnym „rządem zaufania” prezydenta Kwaśniewskiego, którego marzeniem od czasów „okrągłego stołu” był sojusz „światłej” części postkomunistów ze środowiskiem Unii Wolności. Warto zauważyć, że w ekipie Belki tylko kilka resortów objęli politycy SLD, i to w wyłącznie ci, którzy uchodzili za „ludzi Kwaśniewskiego”: MSZ – Cimoszewicz, MON – Jerzy Szmajdziński, MSWiA – Ryszard Kalisz, rolnictwo – Wojciech Olejniczak.
Pozostałe stanowiska premier obsadzał „bezpartyjnymi fachowcami”. Jednych znał z kręgów finansowych, jak ministra finansów Mirosława Gronickiego, który był głównym ekonomistą Banku Millenium, ministra skarbu Jacka Sochę, wieloletniego szefa Komisji Papierów Wartościowych i Giełd, czy ministra infrastruktury Krzysztofa Opawskiego, wcześniej kierującego Radą Giełdy Papierów Wartościowych. Innych podpowiedziała Labuda, czyli tak naprawdę środowisko Geremka, Michnika i Kuronia.

Tu sztandarową postacią był minister edukacji Mirosław Sawicki, wychowanek „drużyn walterowskich”, marcowy „komandos”, współpracownik KOR, zaś w III RP wysoki urzędnik MEN, którego premier Cimoszewicz awansował na wiceministra w tym resorcie. Zastępczynią Sawickiego w rządzie Belki została Anna Radziwiłł, była wiceminister edukacji z rządu Mazowieckiego, senator Unii Demokratycznej i przewodnicząca Rady Fundacji Batorego. Z kolei na fotel ministra zdrowia powrócił Marek Balicki, wówczas senator SdPl, wcześniej wieloletni poseł UD, zaś prezesem NFZ Belka uczynił Jerzego Millera, byłego wiceministra finansów u boku Balcerowicza (o Millerze – obecnie szefie MSWiA – pisaliśmy w poprzednim numerze „NP”). Natomiast funkcję szefa Agencji Wywiadu otrzymał Andrzej Ananicz, były wiceminister spraw zagranicznych z czasów Skubiszewskiego i Geremka.

Pechowy demokrata

Te nominacje nie mogły się podobać dużej części SLD, ale ponieważ szefem partii był Krzysztof Janik, kolejny „człowiek Kwaśniewskiego”, nastroje niechętne Belce były pacyfikowane. Sytuacja zmieniła się na przełomie roku 2004/2005, gdy na kongresie SLD Janik przegrał rywalizację z Józefem Oleksym, zaś Unia Wolności postanowiła przyjąć nową nazwę: Partia Demokratyczna – demokraci.pl. Jednym z liderów „nowej” formacji został wicepremier i minister gospodarki w rządzie Belki Jerzy Hausner, demonstracyjnie występując z SLD.

Niedługo potem przynależność partyjną zmienił także sam Belka, który zresztą szykował się do tego już wcześniej. Jak bowiem wspominał lider UW Władysław Frasyniuk: „Poznałem go na parę dni przed tym, gdy został premierem. Jako kandydat na szefa rządu zaproponował mi rozmowę i nagle podczas niej uzmysłowiłem sobie, że mam do czynienia z osobą, której kompletnie nie znałem, a która myśli podobnie jak ja. Uświadomiłem sobie, że Belka ma niezwykłą odwagę, bo pyta mnie – szefa partii pozaparlamentarnej – o różne rzeczy związane z rządem, problemami kraju, nawet z konkretnymi nazwiskami. Poprosił na przykład, by eksperci związani z Unią Wolności przygotowali mu pewne analizy. W pewnym momencie powiedziałem nawet: »Panie premierze, żeby była jasność, ja jestem z UW, a pan jest z SLD«. A on na to: »A tak, rzeczywiście. Ale nie mam żadnego innego środowiska, do którego mógłbym się zwrócić z przekonaniem, że szczerze i bezinteresownie powie, co należy zrobić«. Tak właśnie powiedział” („Głos Wielkopolski”, 15.04.2005 r.).

Aby wykorzystać „efekt nowości” demokratów, Belka postanowił podać się do dymisji i doprowadzić do wcześniejszych wyborów parlamentarnych w czerwcu 2005 r. Towarzyszyło temu pamiętne wystąpienie premiera 3 marca w Sejmie, gdy krzyczał na posłów: „Koniec teatru politycznego, do roboty!”. Mało kto jednak pamięta, że zaraz po tej tyradzie Belka opuścił gmach parlamentu i udał się do siedziby Fundacji Batorego, gdzie oświadczył: „Od pierwszych dni działania mojego rządu formułowałem program bliski temu, co mówią inicjatorzy Partii Demokratycznej”. Ta demonstracja na niewiele jednak się zdała, gdyż prezydent odmówił przyjęcia dymisji szefa rządu i mimo wszystko postanowił trzymać się SLD, zwłaszcza że w tym czasie Oleksego zastąpił Olejniczak. Efekt był taki, iż Belka urzędował do końca października 2005 r., a we wrześniowych wyborach PD uzyskała niespełna 2,5 proc. głosów. Sam Belka startował do Sejmu z Łodzi, gdzie zdobył prawie 13 tys. głosów – mniej niż lokalni liderzy PiS i PO.

Człowiek najwyższego zaufania

Po tej nieudanej przygodzie z polityką były premier wybrał karierę za granicą. Już na początku 2006 r. objął funkcję sekretarza wykonawczego Komisji Gospodarczej ONZ ds. Europy, a 3 lata później został dyrektorem Departamentu Europejskiego w Międzynarodowym Funduszu Walutowym. Nie były to zresztą pierwsze zagraniczne posady w życiorysie Belki. Już na początku lat 90. został konsultantem Banku Światowego, dla którego realizował projekt dotyczący badania funkcjonowania polskich przedsiębiorstw. A gdy po raz pierwszy opuścił rząd w 1997 r., szybko zdobył posadę doradcy rządu Albanii, która znalazła się wtedy w kryzysie finansowym. Z kolei po odejściu z gabinetu Millera został doradcą ds. Europy Środkowej i Wschodniej jednego z największych amerykańskich banków – JP Morgan. Natomiast od czerwca 2003 r. pełnił funkcję szefa koalicyjnej Rady Koordynacji Międzynarodowej w Iraku, a 4 miesiące później został dyrektorem ds. polityki gospodarczej w Tymczasowych Władzach Koalicyjnych w Iraku, odpowiedzialnym za reformę walutową, stworzenie nowego systemu bankowego i nadzór nad gospodarką. W Bagdadzie urzędował do kwietnia 2004 r., gdy został premierem rządu RP.
Nawiązując do tych faktów, Ludwik Dorn stwierdził: „Postawmy pytanie, co Polska z tego miała. Nic. A firmy innych krajów – i owszem. To jest kluczowe pytanie. (…) Ponadto z ręki amerykańskiej takie funkcje w Iraku mógł otrzymać tylko ktoś, kto cieszy się najwyższym zaufaniem. Takim zaufaniem nie obdarza się za darmo. Wolałbym, żeby szefem NBP został jednak ktoś, do kogo nasi amerykańscy przyjaciele mają mniejsze zaufanie”. Dorn dodał także: „Nie chciałbym, żeby polski bank centralny był oddziałem nieformalnego bytu, jakim jest pewien układ interesów międzynarodowej finansjery” (wywiad dla portalu onet.pl, 28.05.br.).
Warto w tym miejscu wspomnieć o jeszcze jednym fakcie. Otóż Marek Belka jest również członkiem Trilateral Commission (Komisji Trójstronnej) – zakulisowego gremium skupiającego wybranych członków elit politycznych i gospodarczych trzech kontynentów: Europy, Ameryki i Japonii. Powstało ono w 1973 r. z inicjatywy Davida Rockefellera i Zbigniewa Brzezińskiego, a wśród jego członków są takie postaci, jak Henry Kissinger, Jimmy Carter czy Bill Clinton. Do Polskiej Grupy Komisji Trójstronnej należeli lub należą także: Andrzej Olechowski, Janusz Palikot, były prezes Orlenu Zbigniew Wróbel, była szefowa Agory Wanda Rapaczyńska, redaktor naczelny „Polityki” Jerzy Baczyński i dominikanin o. Maciej Zięba. Komisja spotyka się co jakiś czas w innym miejscu, a jej obrady są poufne. Co ciekawe, takie spotkanie odbyło się także w Warszawie – w maju 2004 r., akurat kilka dni po tym, jak Belka został premierem.

Paweł Siergiejczyk
"Nasza Polska" nr 23 (762) z 8 czerwca 2010 r.

Logowanie