Bronisław Komorowski nigdy nie miał za sobą wojskowej służby, munduru ani koszarowego doświadczenia. Nie przeszkodziło mu to jednak najpierw objąć stanowiska wiceministra obrony narodowej, później zostać szefem MON, a następnie ubiegać się o urząd prezydenta Rzeczypospolitej – czyli funkcję, z którą wiąże się zwierzchnictwo nad Siłami Zbrojnymi. Paradoks polega na tym, że w biografii polityka tak jednoznacznie cywilnego niezwykle ważne miejsce zajmowali wojskowi wywodzący się jeszcze z PRL. Co więcej, nie była to wyłącznie historia dawnych kontaktów. Wiele wskazuje na to, że generałowie starego systemu byli dla Komorowskiego istotni przez lata, a on sam niejednokrotnie okazywał się dla nich postacią bardzo użyteczną.
Opiekunowie z czasów WRON
Wiosną 1990 roku Bronisław Komorowski oraz Janusz Onyszkiewicz trafili do Ministerstwa Obrony Narodowej jako pierwsi cywilni wiceministrowie. Skierował ich tam premier Tadeusz Mazowiecki. Często pomija się jednak okoliczność podstawową: resort obrony wciąż pozostawał wówczas pod silnym wpływem gen. Wojciecha Jaruzelskiego, który pełnił już urząd prezydenta. W praktyce oznaczało to, że wejście ludzi „Solidarności” do MON nie mogło się odbyć bez akceptacji generała.
Sam Komorowski po latach wspominał, że Jaruzelski nie sprzeciwiał się jego pojawieniu się w resorcie. Wręcz przeciwnie – miał być do spotkania bardzo dobrze przygotowany, a nawet znać szczegóły rodzinnej historii Komorowskiego. Przyszły marszałek Sejmu przyznawał, że Jaruzelski sprawdził życiorysy zarówno jego, jak i Onyszkiewicza, i to bardzo dokładnie. Miał też uznać ich za takich polityków, którzy pomogą armii odnaleźć się w nowej sytuacji ustrojowej, bez gwałtownego rozliczania i bez rewolucyjnych zmian.
Warto więc pamiętać, że Onyszkiewicz i Komorowski zostali zastępcami gen. Floriana Siwickiego, jednego z najważniejszych wojskowych PRL. Siwicki opuścił stanowisko dopiero po kilku miesiącach. Komorowski wspominał go zaskakująco serdecznie, przedstawiając jako sympatycznego starszego pana, człowieka z Kresów, chętnie opowiadającego o życiu, rodzinie, myślistwie i wędkarstwie. Według Komorowskiego z Siwickim dało się rozmawiać o wielu rzeczach – choć, jak sam przyznawał, najmniej o samym wojsku.
To właśnie z ostatnim ministrem obrony PRL Komorowski udał się w swoją pierwszą zagraniczną podróż służbową – do Norwegii, na uroczystości związane z rocznicą bitwy pod Narwikiem. W późniejszych ocenach polityka PO Siwicki jawił się niemal jako człowiek, który akceptował przemiany w Polsce i miał poczucie znaczenia polskiej suwerenności. Trudno nie zauważyć, że ten sposób opowiadania o generale stanu wojennego brzmi co najmniej łagodnie.
W cieniu admirała
Kolejną ważną postacią wojskową w otoczeniu Komorowskiego był wiceadmirał Piotr Kołodziejczyk. To oficer o życiorysie mocno osadzonym w realiach bloku wschodniego: kształcił się w kilku sowieckich uczelniach wojskowych, a pod koniec PRL dowodził Marynarką Wojenną. Po odejściu Siwickiego został ministrem obrony narodowej.
Była połowa 1990 roku, czyli ostatnie miesiące prezydentury Jaruzelskiego. Kołodziejczyk nie tylko jednak przetrwał zmianę na szczytach państwa, ale przez kolejne lata zachował ogromny wpływ na kształt polskiej armii. Pełnił funkcję ministra również w rządach Jana Krzysztofa Bieleckiego i Waldemara Pawlaka. W pierwszym z tych gabinetów Komorowski wciąż pozostawał jego zastępcą.
Gdy później Kołodziejczyk znalazł się w konflikcie z częścią generalicji wspieranej przez prezydenta Lecha Wałęsę, Komorowski – już jako poseł Unii Demokratycznej i członek sejmowej Komisji Obrony Narodowej – stanął po stronie admirała. Chodziło o głośną sprawę tak zwanego obiadu drawskiego. I znów widzimy ten sam mechanizm: polityk przedstawiany jako cywilna twarz przemian w wojsku okazuje się obrońcą ludzi wywodzących się wprost z wojskowego establishmentu PRL.
Politruk dostosowany do nowych czasów
W pierwszych rządach po 1989 roku Komorowski odpowiadał w MON za pion wychowawczy armii. Oficjalnie miało to oznaczać odpolitycznienie wojska. Romuald Szeremietiew, który później zastąpił Komorowskiego na stanowisku wiceministra, oceniał jednak tę zmianę zupełnie inaczej. Według niego Komorowskiemu mogło się wydawać, że wystarczy, aby dawni politrucy oddali partyjne legitymacje i ogłosili się bezpartyjnymi. W praktyce – jak twierdził Szeremietiew – wielu z nich jedynie dostosowało się do nowych warunków, zmieniając barwy, ale nie mentalność.
Szczególnie wymowna jest sprawa obsady stanowiska szefa Departamentu Wychowania Wojska Polskiego. Komorowski sam przyznawał, że szukał generała młodego, możliwie najmłodszego, a przy tym takiego, z którym będzie można się porozumieć. Nie chciał człowieka myślącego wyłącznie wojskowymi kategoriami. Zależało mu też na osobie, której przeszłość nie będzie budziła społecznego sprzeciwu.
Tak wybrano gen. Krzysztofa Owczarka. Według Szeremietiewa cieszył się on ogromnym zaufaniem Komorowskiego. Problem w tym, że jego biografia nie była wcale tak odległa od PRL-owskiego aparatu politycznego. Owczarek ukończył Akademię Wojskowo-Polityczną w ZSRR, od końca lat 60. robił karierę w pionie politycznym Ludowego Wojska Polskiego, w latach 80. zajmował stanowiska w Głównym Zarządzie Politycznym, a pod koniec PRL był szefem Zarządu Politycznego Warszawskiego Okręgu Wojskowego i zastępcą komendanta Wojskowej Akademii Technicznej. Generalski awans otrzymał w 1988 roku.
Na stanowisku powierzonym mu przez Komorowskiego pozostał przez dwa lata. Później nadal robił karierę: wyjeżdżał na misje wojskowe do Korei i Gruzji, a także był zastępcą dowódcy Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Ze służby odszedł dopiero w 2000 roku. Trudno więc mówić o radykalnym zerwaniu z wojskowym dziedzictwem PRL. Było to raczej płynne przejście dawnych kadr do nowych realiów.
Pełnomocnik po starej szkole
Z rekomendacji Komorowskiego wywodził się również gen. Zdzisław Ostrowski, ostatni pełnomocnik rządu do spraw pobytu wojsk rosyjskich w Polsce. To także oficer uformowany w systemie wojskowym PRL. W latach 70. studiował w Akademii Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych ZSRR, słynnej „Woroszyłówce”. Później otrzymał generalski awans i obejmował kolejne stanowiska dowódcze w okręgach wojskowych.
Komorowski opisywał go jako człowieka skutecznego w rozmowach z Rosjanami, zwłaszcza w sprawach technicznych związanych z opuszczaniem przez nich polskich obiektów wojskowych. W jego relacji Ostrowski miał zabiegać o to, aby wycofujące się wojska nie zostawiły po sobie całkowicie zdewastowanych terenów. W nagrodę powierzono mu symboliczny meldunek przed premier Hanną Suchocką o zakończeniu pobytu wojsk rosyjskich w Polsce.
Ta uroczystość miała jednak wymiar anegdotyczny. Ostrowski, mimo wcześniejszych ćwiczeń, podczas meldunku zamiast powiedzieć o Rzeczypospolitej Polskiej, automatycznie używał formuły „Polska Rzeczpospolita Ludowa” i mówił o „armii radzieckiej”. Sam wydawał sobie komendę „wróć”, próbował poprawić formułę, ale stary język wracał. Komorowski wspominał tę sytuację jako zabawną anegdotę. Można jednak odczytać ją także inaczej: jako symbol mentalnej ciągłości części wojskowych elit między PRL a III RP.
Drugi i trzeci człowiek w resorcie
O tym, jak wyglądała sytuacja w MON w czasach rządu Hanny Suchockiej, gdy ministrem był Janusz Onyszkiewicz, a Komorowski jego zastępcą, pisał Jan Parys. Zwracał uwagę, że ważne miejsca w ministerstwie zajmowali generałowie, których sam wcześniej zdymisjonował: Franciszek Puchała i Tadeusz Cepak.
Parys przypominał, że Puchała był autorem planu wprowadzenia stanu wojennego. Cepak natomiast miał w latach 70. zostać wydalony z ambasady w Londynie za działalność szpiegowską na rzecz PRL. Był już wtedy w podeszłym wieku, a Parys oceniał, że nie posiadał kompetencji potrzebnych do kierowania armią w realiach początku lat 90.
Warto rozwinąć te życiorysy. Gen. Franciszek Puchała był absolwentem „Woroszyłówki”. W latach 80. kierował Zarządem Operacyjnym Sztabu Generalnego LWP, a w 1989 roku został zastępcą szefa Sztabu Generalnego. W opisywanym okresie formalnie pozostawał w dyspozycji ministra obrony, później został inspektorem w Sztabie Generalnym. Gdy Onyszkiewicz wrócił do MON w 1997 roku, powierzył mu kierowanie Zespołem Głównych Inspektorów.
Gen. Tadeusz Cepak również miał za sobą studia w moskiewskiej Akademii Sztabu Generalnego – i to dwukrotne. Jego kariera była związana z Zarządem II Sztabu Generalnego, czyli wojskowym wywiadem. Pełnił tam nawet funkcję zastępcy szefa. W latach 1990–1993 kierował Zarządem Wojskowych Spraw Zagranicznych MON, a następnie przeszedł do rezerwy. Przez lata działał także w środowiskach kombatanckich związanych z misjami pokojowymi ONZ.
Zachęcamy do lektury: Wyciek danych żołnierzy z Zegrza. PESEL-e 392 wojskowych na ogólnodostępnym dysku
Znów więc mamy do czynienia z wojskowymi o jednoznacznie PRL-owskich korzeniach, którzy po 1989 roku nie zniknęli z życia publicznego. Przeciwnie – znaleźli dla siebie miejsce w nowych strukturach państwa.
Gdy Komorowski został ministrem
W połowie 2000 roku, po odejściu Janusza Onyszkiewicza, Bronisław Komorowski – już jako polityk AWS – objął stanowisko ministra obrony narodowej. W resorcie było wówczas więcej cywilów niż na początku transformacji, ale nadal nie brakowało generałów o życiorysach sięgających głęboko w poprzedni system.
Pierwszą ważną postacią był gen. Czesław Piątas. Niedługo po objęciu przez Komorowskiego funkcji ministra prezydent Aleksander Kwaśniewski powołał Piątasa na szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Piątas w latach 70. studiował w Akademii Wojsk Pancernych Sił Zbrojnych ZSRR, a w latach 80. ukończył „Woroszyłówkę”. Generałem został już jednak w III RP, w 1992 roku, a pod koniec lat 90. uzupełnił wykształcenie w Narodowym Uniwersytecie Obrony USA w Waszyngtonie.
Najwyższą funkcję wojskową pełnił nie tylko za ministra Komorowskiego, ale również za jego następcy, Jerzego Szmajdzińskiego z SLD. Do rezerwy odszedł na własną prośbę na początku 2006 roku, już po wyborze Lecha Kaczyńskiego na prezydenta. Nie oznaczało to jednak końca jego obecności w resorcie. Od stycznia 2008 roku został pierwszym wiceministrem obrony u boku Bogdana Klicha z Platformy Obywatelskiej. Kariera zatoczyła więc koło – od uczelni sowieckich, przez najwyższe stanowiska w armii, aż po kierownictwo cywilnego MON w czasach PO.
SKL w Wojskowych Służbach Informacyjnych
Drugą ważną osobą z okresu, gdy Komorowski kierował MON, był gen. Tadeusz Rusak, szef Wojskowych Służb Informacyjnych w latach 1997–2001. Jego droga była nietypowa. W latach 80. wykładał w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Chemicznych w Krakowie, doszedł do stopnia podpułkownika, a w 1990 roku odszedł z wojska na własną prośbę. Nie trafił jednak na margines życia publicznego – został szefem krakowskiej delegatury Urzędu Ochrony Państwa.
Za człowieka, który miał duży wpływ na kadry UOP, uchodził wówczas Jan Rokita. Dlatego Rusak powszechnie był postrzegany jako osoba związana z krakowskim politykiem. To poparcie okazało się dla niego bardzo ważne. Po zwycięstwie AWS Rokita, jeden z liderów Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego, stał się ważną postacią obozu rządzącego. Jego partyjny kolega, a wówczas także polityczny przyjaciel, Bronisław Komorowski, objął kierownictwo sejmowej Komisji Obrony Narodowej.
W takich okolicznościach Rusak utrzymał stanowisko szefa WSI przez całą kadencję parlamentu. Co więcej, w 2000 roku otrzymał stopień generalski. Komorowski do dziś uchodzi za jednego z najbardziej zdecydowanych obrońców dobrego imienia wojskowych służb informacyjnych, które w czasie jego działalności politycznej odgrywały w państwie znaczącą rolę.
Powrót profesora do BBN
Po katastrofie smoleńskiej, w której zginął między innymi Aleksander Szczygło, Bronisław Komorowski jako marszałek Sejmu i osoba wykonująca obowiązki prezydenta szybko powołał nowego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Został nim gen. Stanisław Koziej.
Nie sposób odmówić Koziejowi kompetencji w sprawach obronności. Od wielu lat uchodził za jednego z najważniejszych specjalistów w tej dziedzinie, posiadał tytuł profesora, a w wojsku służył od początku lat 60. Stopień generalski otrzymał jednak dopiero wiele lat później.
Komorowski, uzasadniając nominację, podkreślał, że wybór Kozieja jest gestem wobec opozycji, ponieważ generał pełnił wcześniej funkcję wiceministra obrony w rządzie Prawa i Sprawiedliwości. Takie przedstawienie sprawy nie oddaje jednak całego obrazu. Koziej nie był człowiekiem PiS i nie miał politycznych związków z partią Jarosława Kaczyńskiego. Wiceministrem u Radosława Sikorskiego był krótko, niespełna dziewięć miesięcy, po czym podał się do dymisji, tłumacząc ją brakiem akceptacji dla własnej koncepcji zmian w dowodzeniu armią.
Znacznie istotniejsze jest to, że Koziej był od dawna znajomym Komorowskiego. W latach 1993–2001 pracował w MON jako wicedyrektor, a później dyrektor Departamentu Systemu Obronnego. Był więc bliskim współpracownikiem Komorowskiego z czasów jego aktywności w resorcie. Przedstawianie tej nominacji wyłącznie jako gestu wobec opozycji wydaje się więc co najmniej niepełne.
Moskwa, Waszyngton i Bruksela
Kolejna ważna decyzja personalna zapadła 7 maja, gdy Komorowski powołał nowego szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Następcą gen. Franciszka Gągora, który zginął w katastrofie smoleńskiej, został gen. Mieczysław Cieniuch.
Podobnie jak Gągor, Cieniuch ukończył podyplomowe studia w Narodowym Uniwersytecie Obrony USA w Waszyngtonie. Różnica polegała na tym, że wcześniej kształcił się również w Moskwie. W 1982 roku ukończył z wyróżnieniem Akademię Wojsk Pancernych ZSRR, a dziesięć lat później – także z wyróżnieniem – Akademię Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej.
Od końca lat 90. Cieniuch zajmował wysokie stanowiska w Sztabie Generalnym WP. W 2003 roku prezydent Aleksander Kwaśniewski wyznaczył go na zastępcę szefa Sztabu Generalnego przy gen. Piątasie. W 2006 roku został polskim przedstawicielem wojskowym przy Komitetach Wojskowych NATO i Unii Europejskiej w Brukseli. Po powrocie do kraju w 2009 roku objął funkcję radcy ministra Bogdana Klicha.
Jego życiorys dobrze pokazuje charakter wielu wojskowych karier III RP: Moskwa, potem Waszyngton, następnie Bruksela. Oficerowie wykształceni jeszcze w realiach Układu Warszawskiego bez większych przeszkód przechodzili przez kolejne etapy transformacji, obejmując później funkcje w strukturach państwa, NATO i Unii Europejskiej.
Stare życiorysy, nowe nominacje
Bronisław Komorowski, pełniąc obowiązki prezydenta, zapewne będzie miał jeszcze okazję obsadzić kolejne ważne stanowiska wojskowe po dowódcach, którzy zginęli pod Smoleńskiem. Można się więc spodziewać następnych nominacji. Patrząc na dotychczasowe decyzje oraz krąg wojskowych, z którymi Komorowski współpracował przez lata, trudno wykluczyć, że awanse otrzymają kolejni generałowie o podobnych biografiach.
Historia relacji Komorowskiego z armią pokazuje bowiem pewną ciągłość. Człowiek, który sam nigdy nie był żołnierzem, przez całą swoją karierę polityczną opierał się na wojskowych wywodzących się z PRL-owskich struktur. Generałowie dawnego systemu pomagali mu odnaleźć się w świecie obronności, a on z kolei dawał im miejsce w nowych realiach państwa po 1989 roku.
Zapraszamy do przeczytania podobnego artykułu: Stanisław Sojczyński „Warszyc” – twórca KWP, Żołnierz Wyklęty
Można oczywiście twierdzić, że transformacja wojska musiała odbywać się stopniowo, bez gwałtownych czystek i bez natychmiastowego odrzucenia wszystkich dawnych kadr. Tyle że w przypadku Komorowskiego nie chodzi jedynie o techniczną konieczność korzystania z doświadczenia wojskowych. Chodzi o wyraźną sympatię, zaufanie i gotowość do powierzania ważnych funkcji ludziom, których życiorysy były głęboko zakorzenione w armii PRL.
Dlatego pytanie o stosunek Bronisława Komorowskiego do generalicji starego systemu nie jest sprawą historycznej ciekawostki. To pytanie o sposób myślenia o państwie, wojsku i odpowiedzialności za bezpieczeństwo. Jeśli człowiek bez wojskowej przeszłości przez lata budował swoją pozycję w obronności dzięki oficerom dawnego układu, warto zastanowić się, komu tak naprawdę zawdzięczał swoje wpływy – i komu później sam się odwdzięczał.



