Czwartek, Wrzesień 09, 2010
   
Rozmiar czcionki

Szukaj w Naszej Polsce

"NP" nr 35 Siergiejczyk: "Wszyscy ludzie prezydenta (4) - Jaromir Sokołowski – niemiecki łącznik"

O ile w polityce krajowej rola prezydenta – na mocy Konstytucji – jest mocno ograniczona, to w polityce zagranicznej głowa państwa ma dużo większe pole do popisu: nie tylko powołuje i odwołuje ambasadorów, lecz także poprzez osobiste kontakty z głowami innych państw kształtuje linię polskiej dyplomacji. Zwłaszcza że w wielu ważnych krajach (USA, Rosja, Ukraina, Francja) to prezydent jest faktycznym szefem państwa. W tym kontekście niezwykle istotne staje się zaplecze merytoryczne lokatora Pałacu Prezydenckiego, a zwłaszcza osoba ministra odpowiedzialnego za kwestie międzynarodowe.

Bronisław Komorowski od początku nie miał wątpliwości na kogo postawić. Już 12 lipca, zaledwie tydzień po wyborach, pełniący obowiązki prezydenta nowy marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna powołał Jaromira Sokołowskiego na stanowisko podsekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta, odpowiedzialnego za politykę zagraniczną. W ten sposób Sokołowski rozpoczął urzędowanie kilka tygodni wcześniej niż jego zwierzchnik.

To nie przypadek, bowiem już następnego dnia prezydent elekt Komorowski przyjął w Belwederze nowo wybranego prezydenta Niemiec Christiana Wulffa. Komorowski oświadczył wówczas, że „prezydenci Niemiec i Polski zadbają o dalszy rozwój współpracy polsko-niemieckiej”, zaś jego niemiecki odpowiednik zrewanżował się deklaracją, iż „chcemy wspólnie pracować na rzecz dalszej integracji Europy”. Z ust Komorowskiego padło też zapewnienie, że w pierwszą podróż zagraniczną zamierza pojechać do Berlina, Paryża i Brukseli.

Podczas tego spotkania prezydenta elekta nie odstępował na krok minister Sokołowski. I nic dziwnego: wszak jest on specjalistą od spraw niemieckich, w dodatku bardzo dobrze znającym ten kraj i jego elitę polityczną. Jaromir Sokołowski (rocznik 1971) jest z wykształcenia germanistą, studiował też stosunki międzynarodowe – w Warszawie i Hamburgu. W 1998 r., mając zaledwie 27 lat, został sekretarzem Ambasady RP w Berlinie. Ambasadorem był wówczas Andrzej Byrt, były wiceminister współpracy gospodarczej z zagranicą w rządach Suchockiej i Pawlaka, związany SLD, w dodatku agent PRL-owskiego wywiadu. W 2001 r. na berlińskiej placówce zastąpił go Jerzy Kranz, wcześniej zastępca ministrów Geremka i Bartoszewskiego. A już po dwóch latach na fotel ambasadora powrócił Byrt, którego wysłał tam prezydent Kwaśniewski. Sokołowski miał więc okazję współpracować z przedstawicielami dwóch bardziej wpływowych środowisk w dyplomacji III RP.

Po powrocie do kraju w 2003 r. Jaromir Sokołowski stał się aktywnym komentatorem spraw międzynarodowych w audycjach radiowych i telewizyjnych – od radiowej „jedynki”, przez TVN 24, po TVP (m.in. występował w programie „7 dni świat” Andrzeja Turskiego). Publikował też w prasie – oczywiście głównie na tematy niemieckie. Warto przytoczyć najbardziej znamienne motywy jego publicystyki. Np. w tekście poświęconym niemieckim ziomkostwom Sokołowski przedstawiał różową wizję stosunków między naszymi krajami: „Traktat graniczny (1990 r.) oraz traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy (1991 r.) otworzyły nowy rozdział w stosunkach polsko-niemieckich, stwarzając podstawy do rzeczywistego zbliżenia. I chociaż na początku lat 90. trudno było w to uwierzyć, w stosunkach między Polakami i Niemcami doszło do »cudu pojednania«. Wielu ziomków przyjeżdżało do Polski. Przybywając do domów, w których dawniej mieszkali, często spotykali życzliwych sobie Polaków, świetnie rozumiejących ich los. Oni też byli często ofiarami wysiedleń. Zawiązywały się nowe przyjaźnie” („Rzeczpospolita”, 20.09.2003 r.).
Z kolei w artykule opisującym wyraźną poprawę stosunków niemiecko-amerykańskich po objęciu rządów przez kanclerz Angelę Merkel Sokołowski ostrzegał, że „z perspektywy Waszyngtonu napięcia polsko-niemieckie i osłabienie naszej pozycji w Unii Europejskiej ograniczają naszą atrakcyjność”, po czym konstatował: „Co w tej sytuacji powinna robić Warszawa? Inwestować we wspólną politykę zagraniczną UE, szukać wspólnych interesów z Berlinem i przekonywać Niemców do polskich pomysłów dotyczących polityki wschodniej Unii Europejskiej, w tym szczególnie niestety coraz bardziej oddalającej się od Zachodu Ukrainy. Nasi amerykańscy sojusznicy na pewno temu przyklasną. Dobry interes, to taki interes, z którego wszystkie strony są zadowolone” („Rzeczpospolita”, 27.07.2006 r.).

Obecnego prezydenta Sokołowski zna dopiero kilka lat, lecz jest to znajomość wyjątkowo intensywna. Komorowskiemu – który wówczas był jeszcze wicemarszałkiem i odpowiadał w PO za sprawy zagraniczne – miał go polecić jako tłumacza i doradcę znany pisarz Antoni Libera. Sokołowski szybko zdobył zaufanie polityka Platformy, a także jego żony i wkrótce stał się wręcz przyjacielem rodziny. A gdy Komorowski został marszałkiem Sejmu, uczynił Sokołowskiego dyrektorem swego gabinetu. Ambitny germanista wkrótce zajął pozycję, którą wielu porównuje z rolą Mieczysława Wachowskiego u boku prezydenta Wałęsy. „On organizuje pracę marszałka. Bez jego akceptacji nic się nie może wydarzyć” – pisano w „Polityce”. „Każdy poseł, który chce z Komorowskim porozmawiać, trafia najpierw przed oblicze szefa jego gabinetu politycznego Jaromira Sokołowskiego. I to on dokonuje selekcji – niczym tzw. bramkarze w znanych klubach” – to z kolei tygodnik „Wprost”. „Marszałek ma o nim bardzo dobre zdanie i ogromne zaufanie. Traktuje go wręcz jak syna” – a to cytat z „Przekroju”. Wszystkie te opinie pochodzą od ludzi dobrze znających marszałka, często polityków PO. Co ciekawe, w większości są anonimowe.
Wygórowane ambicje Sokołowskiego zraziły do niego nawet bliskich współpracowników Komorowskiego. Z powodu konfliktu z nim prawie rok temu straciła posadę Wanda Fidelus-Ninkiewicz, szefowa Kancelarii Sejmu od 2006 r. (a wcześniej przez 8 lat wiceszefowa). Również Jarosław Szczepański, wieloletni znajomy marszałka, w 2008 r. opuścił fotel szefa Biura Prasowego Kancelarii Sejmu, gdyż podobno nie mógł się porozumieć z Sokołowskim.

Dyrektor gabinetu marszałka był też bohaterem drobnego, acz bardzo charakterystycznego skandalu. Na początku 2007 r. autorzy satyrycznej rubryki w tygodniku „Wprost”, Robert Mazurek i Igor Zalewski, napisali, że Sokołowski zaczepił ich w Sejmie i zaczął namawiać, by zajęli się pochodzeniem ówczesnej szefowej MSZ Anny Fotygi, którą miał nazwać „folksdojczką”. „Wielu chamów widzieliśmy w Sejmie, ale takie numery rzadko tam przechodzą” – skomentowali tę propozycję obaj publicyści. Sam Sokołowski tłumaczył później, że niewłaściwie odczytali jego intencje.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym świadectwie zaufania, jakim Bronisław Komorowski obdarza swego współpracownika. Otóż jako marszałek delegował on Sokołowskiego do Rady Fundacji Centrum Badania Opinii Społecznej, czyli gremium nadzorującego znany wszystkim CBOS. Sokołowski jest tam jedyną osobą bez wykształcenia socjologicznego, a zasiada obok wielu znanych specjalistów z tej dziedziny. A jeszcze w czerwcu br. trafił tam na następną kadencję.

Inna sprawa, że nie wiadomo, jak długo ambitny germanista utrzyma się w Kancelarii. Wiele osób znających Sokołowskiego przewiduje bowiem, że w pewnym momencie może on wyjechać na placówkę zagraniczną, co prezydent Komorowski bez problemu mu załatwi. Podobno najbardziej marzy o posadzie ambasadora w Berlinie. Zwłaszcza że obecny ambasador, Marek Prawda, urzęduje już 4 lata i niebawem stanie kwestia wyboru jego następcy…

Paweł Siergiejczyk

Artykuł ukazał się w tygodniku "Nasza Polska" Nr 35 (774) z dnia 31 sierpnia 2010 r.

Logowanie