"NP" nr 29 Niedzielski: "Zupełny brak logiki"
Najpierw chciała wprowadzić agentów, aby wyśledzili, czy przypadkiem nie ma w tym uniwersytecie, a szczególnie w jego Instytucie Historii, jakiejś podziemnej, antyrządowej (czyli antytuskowej) i antywałęsowej działalności. To miała być tak zwana kontrola zewnętrzna. Z kontroli nic nie wyszło, bo społeczny protest był tak silny, że słaba kobiecość pani minister musiała ustąpić.
Złośliwość kobieca jest jednak bardzo mocna, więc na tej kontroli nie poprzestała. Uniwersytet planował rozbudowę swego campusu – inaczej mówiąc budowę pomieszczeń na potrzeby prac uniwersyteckich. Ta rozbudowa była już dawno zaplanowana we wszystkich możliwych dokumentach rządowych, no a przede wszystkim - w budżecie państwa. Koszt planowej rozbudowy zaakceptowano na wysokości 310 milionów złotych. Ta rozbudowa nie przejdzie, pani minister powiedziała w napadzie złośliwości i zadecydowała, że uniwersytet tych pieniędzy nie dostanie – dodajmy od siebie w duchu, choćby po moim trupie. W kraju zaczęła się awantura. Nie znalazł się nikt, kto by chciał poprzeć zamiar minister Kudryckiej, oczywiście poza panem Wałęsą. Do awantury musiał się włączyć sam premier, anulując decyzję swego urzędnika. Skończyło się tak, jak miało się skończyć - uniwersytet dostał pieniądze, zaś pani minister zamknęła buzię na jakiś czas i z jej strony panowała błogosławiona cisza.
Bądźmy jednak my sami złośliwi i wbrew politycznej poprawności powiedzmy szczerze, że ta kobieta świętą nie zostanie. Nie tylko dlatego, że jej praca magisterska poświęcona była opoce komunizmu, czyli działalności spółdzielni produkcyjnej na wsi w jakimś okresie czasu. Przede wszystkim dlatego, że w swej kobiecości ma daleką drogę do naszej wielkiej królowej, świętej Jadwigi Andegaweńskiej, małżonki naszego wielkiego króla Władysława Jagiełły. Dzięki jej wyprawie, jak to dawniej się powiadało, czyli jej ówczesnego całego majątku osobistego, król Jagiełło mógł dalej prowadzić dzieło rozbudowy tego najwspanialszego uniwersytetu polskiego w końcu czternastego wieku, dzieła rozpoczętego przez Kazimierza Wielkiego. To był wielki majątek, który przysporzył naszej pierwszej polskiej uczelni splendoru i znaczenia. Jeszcze przed samą śmiercią, opisanej absolutnie wzruszająco przez Lucjana Rydla w powieści „Królowa Jadwiga”, mówiła o przeznaczeniu tego majątku na uniwersytet.
Idźmy dalej drogą złośliwości wobec pani minister. Jej równanie, czyli jeden profesor ma dwóch doktorów, a jeden doktor ma dwóch magistrów, ma już nazwę „równanie Kudryckiej”. Może dzięki takiemu równaniu chce dostać Nobla?
Do tego dochodzi teraz podział na doktorów zawodowych i doktorów badawczych. Skąd taki pomysł? Przypomnijmy, że minister w rządzie Tuska, musi wykazać się inicjatywnością, stąd takie pomysły. Na czym jednak się one opierają?
Wiadomo tylko, że pani minister i jej ministerstwo nie są nam potrzebne. Są przecież kraje, gdzie nie ma ministra szkolnictwa wyższego i nie ma w ogóle takiego urzędu. W takich krajach uniwersytety działają i mają się dobrze, choć może nie wszystkie. W Stanach Zjednoczonych istnieje około 6 tys. szkół wyższych – czy jest do pomyślenia ministerstwo szkolnictwa wyższego przy takiej ilości szkół wyższych? Absolutnie nie.
W Ameryce uniwersytety dzielą się na te, które przede wszystkim nauczają (to są teaching universities) oraz te, w których nauczanie prowadzone jest obok prac badawczych (teaching and research universities). Na wszystkich jednak dostaje się stopnie i tytułu naukowe. Gdyby minister Kudrycka zdobyła się na wysiłek przeczytania jakiejś ekspertyzy na ten temat, znalazłaby w nich informacje, że amerykańskie szkoły wyższe prowadzone są tak jak korporacje handlowe, przemysłowe, finansowe i inne. Jest po prostu rada nadzorcza (czy to może być odpowiednikiem senatu?), która wybiera zarząd a więc prezesa (prezydenta) i wiceprezesów.
Gdyby minister Kudrycka co nieco na taki temat wiedziała, może przestałaby wychodzić publicznie ze swoimi głupimi pomysłami. W każdym razie w realizacji pomysłów w zakresie reformy szkolnictwa wyższego potrzeba trochę podróży zagranicznych i znajomości języków obcych. Tymczasem w świecie akademickim chodzi już wieść, że polski minister od szkolnictwa wyższego zna trzy języki: oczywiście polski, ten we własnym bucie i kolejny język - we własnej gębie.
Andrzej Niedzielski
Artykuł ukazał się w tygodniku "Nasza Polska" nr 29 (768) z 20 lipca 2010 r.