Rzeczpospolita?
Wpisany przez Piotr Jaroszyński Środa, 28 Październik 2009 18:43
Felietony
Mówi się dziś często o „demokratycznym państwie prawa”, ale w stosunku do naszego kraju nabiera to coraz bardziej karykaturalnego sensu. Niezależnie bowiem od nazewnictwa, które można rozbudowywać w nieskończoność, dodając, że jest to państwo europejskie, postępowe, nowoczesne, transparentne, stan rzeczy jest taki, jacy są ludzie, a więc najwyżsi urzędnicy państwowi, czy to w sferze władzy ustawodawczej, czy sądowniczej, czy wykonawczej, nie mówiąc już o sferze tzw. biznesu i mediów. Ministrowie na czele ze swym przełożonym uśmiechają się i wypowiadają wyuczone formułki, posłowie są ciągle zabiegani, a prokuratorzy niewiele pamiętają albo dziwią się, że za coś w ogóle przychodzi im odpowiadać. Do tego wszystkiego włączają się niektóre gwiazdy rozrywki, które ostatnimi czasy wyjątkowo gustują w promowaniu brudu i bezguścia, okraszając swe niskiej jakości dowcipy prymitywnymi skojarzeniami i wulgarnym językiem. Jednym słowem, gdyby nie technika, moglibyśmy uważać, że państwo nasze raz przypomina Magnum Latrocinium, a raz Cloaca Maxima, na pewno jednak nie jest to Rzeczpospolita, a więc dokładniej mówiąc: rzecz wspólna, czyli wspólne dobro, do którego podchodzimy z największą powagą i odpowiedzialnością.
Schorzenie takie nie pojawia się po raz pierwszy, ale gdyby rządzący posiadali wykształcenie klasyczne, to znaliby je z historii i z tekstów spisanych w języku łacińskim. Niestety, dzisiejsze elity wprawdzie otrzymały w szkołach gruntowne wykształcenie, ale marksistowskie, i stąd tak łatwo wpadają w objęcia dawnych służb specjalnych i całej tej mentalności władzy ludowej, która największą satysfakcję czerpała z tego, że może sobie porządzić, a rodzinie i znajomym coś załatwić. Komuniści wiedzieli, co robią, wycofując z programu szkolnego łacinę i filozofię, by w ten sposób pozbawić młode pokolenia szansy na możliwość sięgania do źródeł (czyli oryginalnych tekstów łacińskich czy greckich) i zdobycia umiejętności wyciągania z lektur logicznych i mądrych wniosków.
Dlatego przypomnijmy słynne pytanie, jakie zadał w swym „Państwie Bożym” św. Augustyn: „Czymże są więc wyzute ze sprawiedliwości państwa, jeśli nie wielkimi bandami rozbójników?”. I na potwierdzenie zadaje drugie pytanie: „Bo czyż rozbójnicze bandy są czymś innym niż małymi państwami?” (IV, 4). Przecież bandy to społeczności zorganizowane, mają swoich przywódców i odpowiednią hierarchię, mają swe zwyczaje i prawa, mogą nawet wybierać herszta drogą demokratyczną. I co z tego? Czy to oznacza, że banda jest państwem, bo pochodzi z demokratycznych wyborów? A może liczy się wielkość: banda to mała grupa, a państwo to wielki twór. I taką możliwość bierze św. Augustyn pod uwagę, bo przytacza bardzo pouczającą anegdotę. Król Aleksander Wielki pojmał jakiegoś małego korsarza i zapytał go, z jakiego powodu para się rozbojem na morzu. Ten zuchwale odpowiedział: z tego samego powodu, co i ty, ale ty uprawiasz rozbój po całym świecie. Ale ponieważ „ja posługuję się przy tym małym okręcikiem, nazywają mnie rozbójnikiem, a że ty używasz do tego wielkiej floty, przeto zwą cię wodzem”. Ta zuchwała, jak ją określa św. Augustyn, odpowiedź była jak najbardziej trafna, bo niezależnie od wielkości, od prawa i od demokracji każda organizacja staje się zgromadzeniem rozbójników, jeśli nie ma na oku odpowiedzialności za dobro wspólne. I dopóki ta odpowiedzialność nie zostanie jasno wyartykułowana, że chodzi najpierw o dobro ludzi, czyli narodu, że chodzi o zachowanie jego dziedzictwa w wymiarze materialnym i duchowym, że chodzi o suwerenność, która stoi na straży tak pojętego dobra, tak długo władzy nie można ufać, a nawet trzeba jej się obawiać.
Zjawiskiem, które towarzyszy łupiestwu w ramach Magnum Latrocinium jest Cloaca Maxima. Jak wiadomo, Cloaca Maxima był to w Rzymie główny, czyli największy kanał ściekowy, do którego spływały wszystkie nieczystości. Metaforycznie określenie to bywało przenoszone na życie publiczne, gdy poziom demoralizacji i wulgarność języka dochodził do stanu alarmowego. W takim właśnie stanie znajduje się nasze państwo. Najwięcej przekleństw usłyszeć można w CB radio, gdzie kierowcy, skądinąd życzliwie informujący o sytuacji na drogach, zupełnie stracili hamulce dla swoich emocji, bo wspólną przestrzeń w eterze traktują jak wysypisko śmieci lub kanał ściekowy. Ale przecież skądś to się bierze, skądś idzie ten zły przykład. Media i politycy nakręcają społeczne emocje do tego stopnia, że ludzie, widząc to wszystko, co się dzieje, i czując się bezsilni, zaczynają kląć i złorzeczyć. Pojawiło się nowe zjawisko: byle pretekst wystarczy, aby złorzeczyć. To już nie jest narzekanie, ale złorzeczenie. Sypie śnieg – złorzeczą, pada deszcz – złorzeczą, wieje wiatr – złorzeczą. Każde przesilenie atmosferyczne lub polityczne jest tak pokazywane przez media, żeby ludzi drażnić i rozdrażniać, do upadłego, by wydawali z siebie niecenzuralne okrzyki i rzucali najgorsze wyzwiska i przekleństwa, by jeden na drugiego patrzył z nienawiścią. To jest właśnie Cloaca Maxima życia społecznego.
Chyba jednak gdzieś zabrnęliśmy w ślepą uliczkę. Tak nie da się żyć. To już nie jest społeczeństwo, czyli wspólnota, ale znerwicowana ludność. Trzeba od podstaw przemyśleć, jak mamy dalej żyć, aby przywrócić pewien ład i życzliwość, nawet w tych warunkach, jakie są, bo zawsze trzeba żyć po ludzku. Trzeba odsuwać od siebie wszystko, co brudzi, gazety, programy telewizyjne, polityków, pseudoartystów, zamknąć to wszystko w wewnętrznym obiegu, by nam nie brudzili życia. Skoro zaś Pan Bóg stworzył nas na to, byśmy byli ludźmi, mówili jak ludzie i zachowywali się jak ludzie, musimy odzyskać blask i czystość polskiej kultury i polskiego języka.
Piotr Jaroszyński
NASZA POLSKA NR 43/2009